Niewysłane trzysta słów dla Warszawy

Z wielkim entuzjazmem przyjęliśmy wiadomość o konkursie literackim „Warszawa w 100 słowach” zorganizowanym przez Ratusz. Trzy propozycje napisaliśmy, ale ich nie wysłaliśmy. Dlaczego?

Oczami wyobraźni widzimy te olbrzymie worki listów spływających nawet z najdalszych zakątków miasta, pełnych krępujących wyznań miłosnych do stolicy, zawstydzającej grafomanii i taniego sentymentalizmu. My też tak chcieliśmy. Ale po napisaniu swoich setek doszliśmy do wniosku, że z naszymi wizjami literackimi i tak nie wygramy. Więc po prostu zostawiamy to tutaj. Dla potomności.

Warszawa szara przez cały rok z wyjątkiem chwil, kiedy jest jasna/wtedy potykam się, co krok o stos butelek, co wyrasta/przed znaną bramą i kapliczką wódeczką raczą się panowie/choć drzew coraz mniej to budynków/przyrost przyprawia o mętlik w głowie/patrzę na wszystko bezkrytycznie – rozlewa się jak masa ciasta/bezładnie, ale całkiem słodko/portret mi rodzinnego miasta/puste przestrzenie na przytorzach i niezabudowane działki/gdzieś w weturilo walnął opel tuż po zgaśnięciu lewostrzałki/nadświetlna prędkość tutaj życia/czasem do muru nas przypiera/powodów wiele mam do bicia/nóż się w kieszeni sam otwiera/gdy ktoś nie mieszka, a szkaluje/to za opinię podziękuję/i powiem dalej w krótkich słowach:/Warszawa pany, a wy ch…

– Mateusz Kaczyński

Bardzo kocham moje miasto, jest ono duże i ma dużo wysokich budynków. Kiedy mama wiezie mnie do szkoły samochodem, najpierw patrzę na niskie domy na osiedlu, gdzie mieszkam, a potem na coraz wyższe i wyższe wieżowce, które fajnie się błyszczą. U nas na osiedlu nie ma szkoły, nie ma też metra ani tramwaju, a autobusy są strasznie ciasne. Tata czasem mówi, że trzeba było zostać w Łomży. W Łomży mieszka babcia, od której rodzice przywożą pyszne jedzenie. I do Łomży jedzie się krócej niż jak rano mama wiezie mnie do szkoły, więc nie rozumiem, o co tacie chodzi tak właściwie.

– Adam Kaliszewski

Centrum Warszawy, lato. Wciągam w nozdrza ten charakterystyczny zapach – cudowną miksturę pyłów zawieszonych. Słońce grzeje niemiłosiernie, ale nie ma kawałka cienia, bo wszystkie drzewa w promieniu kilometra już dawno wycięto. Wysportowany mężczyzna w wieku poborowym z wytatuowanym herbem stolicy szarpie studenta z Nigerii. Tymczasem podchodzi do mnie inny mężczyzna, w garniturze, i syczy nienawistnie: „Musi pan natychmiast stąd odejść. Ten teren został właśnie zwrócony prawowitemu właścicielowi, mojemu koledze z Urzędu Miasta. Spieprzaj pan.”. Poszedłem. I tak bym musiał odejść, jakiś samochód napierał na mnie od dłuższej chwili, bo stałem na jedynym fragmencie chodnika, na którym jeszcze nikt nie zaparkował.

– Łukasz Truściński

Lubimy pisać dla Warszawy. Taka już nasza rola.

Co sądzisz? Skomentuj!