Nie mam przemyśleń o Warszawie.

Nie mam przemyśleń o Warszawie. Nie dzisiaj, kiedy pada szarobury deszcz ze śniegiem. Lato się już dawno skończyło. Mam tylko nadzieję, że breja przykryje wszystko to, co mi się nie podoba.

Jak mi tu dobrze. (fot. PolandToday).

Na razie nie ma mrozu, więc śnieżny lukier się nie utrzyma i nie osłodzi rzeczywistości. Zamiast tego zostanie trochę wilgoci i błota. Ot, listopad. Zaletą pluchy jest jednak zawieszenie. Do bożonarodzeniowego szału i odpalenia świetlnych dekoracji na Trakcie Królewskim jeszcze chwila. Najbardziej dramatyczne momenty (czyt. przemarsze) mamy już za sobą, a do kolejnych pozostał okrągły rok. Można przez te kilka dni spokojnie trwać. Nic nie wyprowadzi nas z równowagi.

Po mieście jeździ się już lepiej, bo: a) zima zdążyła już zaskoczyć drogowców; b) kierowcy zmienili opony na zimowe; c) na śnieżne zaspy jeszcze czekamy. To także niezwykły w roku okres, kiedy nie brakuje rowerów veturilo. Należy tylko wyczekać na odpowiedni moment, kiedy niebo się przejaśni lub po prostu nie wieje i nie pada. Wtedy, hop, na stację i odpalamy welocyped! Po drodze mogą pojawić się raptem dwie trudności: nieoczekiwany poślizg i kłopot ze zwrotem roweru. Ale nie ma się czym przejmować. W końcu żaden rozumny warszawiak nie korzysta z veturilo w przedsionku zimy.

Ale mi tu przyjemnie. (fot. PolandToday).

Powodów, by spędzić kilka następnych dni w dobrym nastroju jest jeszcze wiele. Nie musimy się, na przykład, martwić o smog, bo zwyczajnie go nie widać. A jak czegoś nie widać to najprawdopodobniej go nie ma. Nie istnieje. Jego niewidoczność potęguje pogoda. To nie przypadek, że apogeum szarości przypada właśnie na noc listopadową. Ciemny świt przechodzi w szary poranek, szare południe, szare popołudnie i kosmicznie czarny wieczór. W ciemną noc należy spać.

To jeszcze jedna zaleta. Sen. Warto w ten czas dużo spać i śnic piękne sny. Po co zaprzątać sobie głowę koszmarem otaczającej nasz rzeczywistości, gdy można zagłuszyć go słodkim chrapaniem? Na trzydziestym piętrze biurowców szklanych drzwi i tak nas nie usłyszą. Za to my przynajmniej obudzimy się wyspani i w dobrym humorze. Wtedy rano, po przeciągnięciu się w łóżeczku, będziemy mogli spojrzeć z zadowoleniem na wiszący na ścianie portret stolicy Anno Domini 2020. Pełni wiary w dobry kierunek, utwierdzeni w przekonaniu, że wizja staje się rzeczywistością napijemy się kawki. A gdy kofeina uderzy i obudzimy się z podwójną mocą, to pomyślimy o naszym dobrym humorze.

Dobrym, bo w tej Warszawie jest wizja. Świetlana, ale bez ludzi.

Co sądzisz? Skomentuj!