Nie da się walczyć jak facet będąc dziewczyną. Rozmowa z Moniką Saromą, zawodniczką brazylijskiego jiu-jitsu.

O kobietach w sztukach walki, pewności siebie i wytrwałości rozmawiamy z Moniką Saromą, która od prawie dekady trenuje brazylijskie jiu-jitsu.

Mateusz Kaczyński: Walczysz jak dziewczyna czy jak facet?

Monika Saroma: Jak dziewczyna.

Dlaczego?

Bo jestem dziewczyną. Nie da się walczyć jak facet będąc dziewczyną.

W jaki sposób walczy dziewczyna?

Technicznie. Skupia się na tym, żeby zrobić coś precyzyjnie, a nie na tym, żeby wykonać technikę siłowo.

W obiegowej opinii dziewczyny kiepsko się biją. To raczej faceci są od obijania twarzy…

Nie zauważyłam tego. Wszystkie dziewczyny, które znam biją się naprawdę profesjonalnie. Doprowadzają to do perfekcji.

Monika na macie klubu Dragon’s Den. (fot. Mediashots).

Jak zaczęła się twoja przygoda ze sportami walki?

Dość niekonwencjonalnie. Na studiach musiałam przygotować materiał na temat pewnej firmy. Korzystałam z pomocy kolegi, który tam pracował. Na ścianie w jego gabinecie wisiał wielki plakat z napisem: „Gratulujemy wicemistrzostwa Europy”. Temat od razu zszedł na to, co trenuje i o co w tym wszystkim chodzi. Okazało się, że prezes firmy jest zawodnikiem brazylijskiego jiu-jitsu. Zaczęliśmy rozmawiać o tej dyscyplinie. Na drugi dzień poszłam obejrzeć trening.

Ile lat ćwiczysz?

Zaczęłam osiem lat temu.

Co zmieniło się od tego czasu?

Bardzo dużo. Miałam kilka kryzysów w mojej karierze. Nie przykładałam się też tak bardzo jakbym chciała. Jednak po tym czasie jestem zadowolona, że pozostałam aktywna.

Sztuki walki pozostają w obiegowej opinii męskim światem, w którym obowiązują twarde reguły i szorstkie relacje. Z perspektywy dziewczyny, która siedzi w tym świecie od dawna to prawda czy mit?

Na przestrzeni lat bardzo dużo się zmieniło. Przyznaję, że jest to nadal trochę męski świat i pewnie parę lat jeszcze minie zanim wyrównamy statystki. Dużo dziewczyn boi się podjąć się wyzwanie jakim są sztuki walki, ale jest coraz lepiej. Na początku mojej kariery zdarzyło mi się, że nie mogłam trenować w jednym klubie, bo odgórnie było narzucone, że dziewczyny w nim nie ćwiczą.

To był wyjątek?

Zdecydowanie. W każdym innym klubie przyjmują dziewczyny z otwartymi ramionami. Jest się tym rodzynkiem, o którego dbają, a nie tłamszą.

Mówisz, że panowie w klubach dbają o dziewczyny. To kwestia tego, że mało dziewczyn ćwiczy brazylijskie jiu-jitsu i są przez to dla nich wyjątkowe?

Na początku może postrzegali dziewczyny w jiu-jitsu jako coś nietypowego, jednak zawodniczki przetarły już drogę do zdobycia szacunku i tego, jak się je traktuje.

Czy jakieś sytuacje związane z tym, że jesteś dziewczyną w brazylijskim jiu-jitsu zapadły ci wyjątkowo w pamięć?

Jest ich mnóstwo. Na jednym z pierwszych treningów chciałam dowiedzieć, się jak wygląda sytuacja dziewczyn na macie. Bardzo długo przymierzałam się do sportu indywidualnego. Wcześniej trenowałam sporty grupowe, więc było to dla mnie duże zaskoczenie jak wygląda w położenie dziewczyn w nowej dyscyplinie. W klubie trenowało dużo świetnych kobiet, ale od jednego faceta usłyszałam, że przychodzą na trening, żeby znaleźć sobie męża. I, że za chwilę znikają. Bardzo mnie to uderzyło. Postanowiłam za wszelką cenę udowodnić, że to nieprawda. Oczywiście okazało się, że to wierutna bzdura. Każda dziewczyna na treningu była super, robiła fajne rzeczy i pochodziła z innego środowiska. Znalezienie męża było jakąś abstrakcją. Nigdy nie brały go pod uwagę jako motywacji do przyjścia na matę.

Starcie dziewczyn. (fot. Dragon’s Den). 

Skrajnie męski stereotyp.

Poza tym jednym razem nigdy więcej się z takim podejściem nie spotkałam. Czasami zdarzało się jednak, że ktoś nie chciał ze mną ćwiczyć, bo uważał, że jest za silny i zrobi mi krzywdę. To jednak skrajne przypadki, które obecnie bardzo rzadko się zdarzają. Pozytywnym doświadczeniem były przygotowania do zawodów. Parę razy poproszono mnie o pomoc. Wtedy mężczyźni doceniali to, że walczę technicznie, a nie siłowo, i że mogą ze mną powalczyć bez spinania się.

Miałaś okazję trenować za granicą?

Tak.

Jak tam wygląda podejście do kobiet na macie?

To już bardzo zwyczajna rzecz. Trenując w Niemczech pierwszy raz trafiłam do klubu w Kolonii, gdzie ćwiczyli sami mężczyźni. Nigdy wcześniej kobieta nie brała tam udziału w treningu. Część z  zawodników była muzułmanami, którzy modlili się w kącie i nie wiedziałem, jak do tego podejdą. Zostałam przyjęta bardzo, bardzo serdecznie. Tam tez dostałam swój niebieski pas. W momencie wręczania go usłyszałam, że to pas także za serce do jiu-jitsu. To wspaniały sposób, by podkreślić, że nie ważnej jakiej jesteś płci. Jeśli robisz coś, co kochasz to ktoś to widzi i docenia.

Stało się to w miejscu raczej nieoczywistym…

Tak. Niektórzy jednak nadal mają nadal wybujałe ego i wolą sparingi tylko z facetami. Takim osobom nie sprostasz. Na szczęście jest ich coraz mniej. Czasem jeszcze słyszę od moich sparingpartnerów, których poddam: „No ładnie, ładnie Monia, ale pamiętaj, że nie używam na tobie siły”.  Ja też jej nie używam, a jakoś cię poddałam, więc to kwestia do przemyślenia dla ciebie. Nie dla mnie. To jest akurat fajne.

Monika podczas pasowania na purpurowy pas. (fot. Dragon’s Den)

Niedawno odebrałaś purpurowy pas.

Po wielu latach.

Jakie to uczucie piąć się w karierze zawodnika i pokazywać postawą, że dziewczyny trenują równie mocno jak faceci?

Bardzo długo czekałam na purpurowy pas ze względu na przewlekłe kontuzje, mój zawód, wyjazdy i brak możliwości trenowania na stałe. Było wiele dziewczyn, które znacznie wcześniej osiągnęły to co ja, bo są aktywnymi zawodniczkami. Jestem bardzo zadowolona z reakcji kolegów z klubu. Uważali, że już dawno powinno to się stać i, że zawirowania życiowe to spowolniły. Powtarzali, że jestem następna w kolejce i, że to pas mocno zasłużony i wypracowany. Do dziś czuję z tego dumę, że dałam radę i wytrwałam.

Kto w sportach walki jest dla ciebie niedoścignionym wzorem?

Zainspirował mnie Paweł Mistewicz, który wprowadził mnie w jiu-jitsu. Pasja, którą przelewa na uczniów jest niesamowita. Bardzo mocno walczył o to, żebym mogła trenować tam gdzie on czyli na macie, gdzie zabroniono mi udziału w treningach. Jego wsparcie i nauki wiele mi dały.

Co dały ci sztuki walki w codziennym życiu?

Zdecydowanie pewność siebie. Poszłam na pierwsze treningi jako totalna wstydziocha ze stanem przedzawałowym. Teraz wiem, że wszystkie drzwi na wszystkich matach świata są otwarte i biorę je szturmem. Wchodzę, przebieram się w kimono i walczę. Tego mi było trzeba. Przełamać się społecznie. W brazylijskim jiu-jitsu ma się bardzo bliski kontakt z drugim człowiekiem. Jest bardzo dużo „przytulania”. Umieć zapanować nad obawą przed tym dużo daje.

Czy kiedy zakładasz dźwignie albo dusisz to wkładasz palce w oko albo gryziesz?

(Śmiech) Zdarzył mi się jeden wypadek. Wina leżała po obu stronach. Przyznam się szczerze. Ugryzłam kolegę w sutek. Nie miał koszulki pod kimonem, mocno przyciągnął mnie do siebie i w momencie spotkania…. A na poważnie… Kiedy jednak w walce zdobywam przewagę i zakładam technikę kończącą to chcę ją sfinalizować, żeby skończyć walkę.

W brazylijskim jiu-jitsu przebywa się w bliskim kontakcie z drugą osobą przez prawie cały czas. Czy ściskanie się z facetami i przewracanie na macie to krepujące doświadczenie?

W ogóle nie miałam z tym problemu. Wychowywałam się w męskim towarzystwie, przebywałam dużo na podwórku, grałam w piłkę i w koszykówkę. Przewijało się dużo chłopaków. Na macie jest trochę inaczej. Wchodzisz na nią i wtedy płeć, wiek i pas nie odgrywa żadnej roli. Zapominasz o tym. To po prostu trening. Czasem zdarzają się krępujące momenty, ale są raczej zabawne niż zawstydzające. Bez podtekstów – wchodzisz na matę i robisz swoje.

Sztuki walki są coraz popularniejsze, ale dla wielu kobiet tak bliski kontakt może być wkroczeniem w prywatną sferę.

Powinny o tym zapomnieć i porzucić takie myślenie. Nie ma żadnych podtekstów. W trakcie walki widzisz wszystkie techniki i czego nauczyłeś się na treningu… Zapominasz, czy walczysz z chłopakiem czy z dziewczyną. Wystarczy przyjść, spróbować i niczym się nie krępować.

A jeśli jednak zdarzą się jakieś docinki odnośnie kobiecości?

To szybko są niwelowane przez kolegów z klubu. Z doświadczenia wiem, że stają w obronie kobiet, zanim któraś z nich zdąży zareagować. Tam gdzie trenuję czuję się najlepiej i jestem bardzo zadowolona z atmosfery, jaka tam panuje. Odkąd tam jestem nie spotkało mnie nic przykrego. Każda dziewczyna, która przyjdzie zostanie. Spróbujcie. Zachęcam.

Dziękuję za rozmowę.

******************

Monika Saroma – trenuje brazylijskie jiu-jitsu w Dragon’s Den. Jej ulubiona techniką jest duszenie trójkątne. Na co dzień opiekuje się dziećmi. Zje wszystko co kokosowe. W dzieciństwie chciała być jak Michael Jordan!

 

 

 

Co sądzisz? Skomentuj!