Nie aż taki duży błąd centralny, czyli polemicznie z krytyką Warszawskiego Parku Centralnego

Bardzo cieszę się, że pojawiła się na Pańskiej Skórce krytyczna reakcja (w postaci tekstu Marka Szolca) na zaproponowaną przez Jana Śpiewaka i Wolne Miasto Warszawa koncepcję Warszawskiego Parku Centralnego. Ale nie dlatego, że się z nią w pełni zgadzam. Każdy tak ambitny pomysł na nasze miasto powinien być solidnie przedyskutowany, skrytykowany, nawet zmieszany z błotem, aby ostatecznie spełnił oczekiwania jak największej liczby mieszkańców. Jak największej, bo wszystkim dogodzić się i tak nie da.

Cieszy mnie też, że jako odpowiedź na planowany park nie padła kontrpropozycja w rodzaju „gęsta zabudowa drapaczami chmur, aby zasłonić obrzydliwy Pekin i zrobić w końcu normalne centrum, jak w Astanie”. Powoli tego typu koncepcje odchodzą do lamusa i wszyscy już wiemy, że zieleń w mieście jest niezbędna. Wiemy też, że prawdziwego miasta bynajmniej nie tworzą wyłącznie niebotyczne biurowce. To ułatwia dyskusję, bo nie trzeba po raz kolejny wyważać otwartych drzwi.

Marek Szolc, autor krytycznego artykułu, na pierwszy ogień rzuca sobie do podeptania wizualizację Warszawskiego Parku Centralnego*. Fakt, jest nieco niedorzeczna, trudno jej bronić, ale też trzeba stwierdzić, że przecież każdy plan zaczyna się od pewnego ogólnego konceptu, zarysu. Dlatego też naprawdę nie ma co się czepiać o deweloperską jakość (co piszę z satysfakcją jako najgorszą obelgę) zaproponowanych przez Wolne Miasto Warszawa grafik. Każdy by od tego zaczął, tak to się po prostu robi.

Przejdźmy jednak do konkretów. Marek Szolc słusznie diagnozuje, że okolice Pałacu Kultury powinny pełnić funkcję centrum, które łączyłoby rozbite na atomy miejskie kwartały wokół Poznańskiej, Chmielnej czy placu Grzybowskiego. I rację ma też, że park jako taki nie pełni z zasady roli łącznika, więc by się w tej funkcji nie sprawdził. Co prawda czego wokół Pałacu nie zbudować, to i tak od reszty miasta odgrodzone będzie miejskimi autostradami, Marszałkowską i Jerozolimskimi, ale na razie się o to nie będę czepiał. Może kiedyś uda się je zwęzić, może znajdzie się na to inne rozwiązanie. Faktem jest też, że zimą atrakcyjność takiego parku jest względna, i na samą myśl o maszerowaniu w kopnym śniegu, między gołymi kikutami drzew przy minus dwudziestu stopniach, przeszły mnie ciarki. Tu jednak pojawia się pierwszy, poważny problem z krytyką Marka.

Otóż prezentowane przez niego wyobrażenie Warszawskiego Parku Centralnego bliższe jest dziewiczej amazońskiej dżungli (względnie syberyjskiej tajdze), niż nowojorskiemu Central Parkowi. To nawet zrozumiałe, na wizualizacjach rzeczywiście to trochę tak wygląda. Ba, nawet w materiale prasowym projektu mowa jest o “formie miejskiej dżungli”. Jest to jednak chyba tylko nie do końca przemyślana metafora, bo zaraz obok jest mowa o stawianiu w tym parku placów zabaw, kiosków kawiarnianych, obiektów o funkcjach usługowych, ławeczek, lamp i tak dalej. Zatem dogęszczanie zielenią i owszem, ale efektem nie ma być w żadnym razie nieprzebyta, dziewicza puszcza z krętymi ścieżkami wydeptanymi przez zwierzęta.

Czy dosyć mętna, co prawda, podana przez Marka Szolca wizja „ciekawych lokali i świetnych sklepów” aż tak bardzo różni się od tej Jana Śpiewaka? Przypominam, że problem z placem Defilad i okolicami Pałacu Kultury nadal się nie zmienił: nie można tam budować niczego większego ze względu na skomplikowaną sytuację własnościową tych terenów i tunel średnicowy. Skąd zatem mają się tam wziąć miejskotwórcze pierzeje i placyki rodem z kart książek Jana Gehla? Możliwe są najwyżej lekkie pawilony, a takie z powodzeniem można umieścić w Warszawskim Parku Centralnym, są zresztą w propozycji Wolnego Miasta Warszawa pewne sugestie takich rozwiązań.

Mam wrażenie, że w gruncie rzeczy całą sprawę zarówno Marek Szolc, jak i Jan Śpiewak widzą dosyć podobnie, a różnice tkwią w szczegółach. W tych co prawda jak wiadomo mieszka zazwyczaj diabeł, ale też umówmy się, że spieranie się o liczbę pawilonów i drzew na obecnym etapie nie ma zbyt wiele sensu. Ważne, że wszyscy zgadzamy się co do jednego: to nie ma być zamknięty bastion ekskluzywnych biurowców, lecz przestrzeń ogólnodostępna, otwarta, i co najwyżej nisko zabudowana. I tego się trzymajmy.

* Warto przypomnieć przy okazji, że faktycznie cała koncepcja “parku centralnego” ma dużo wcześniejszą metrykę, bo pojawiła się w ramach Futuwawy dobrych pięć lat temu.

Co sądzisz? Skomentuj!