Najlepsze wino w mieście i historia jednej torebki

W listach do redakcji pytacie nas często, czy młodym, lewicującym i (ciągle) dobrze zapowiadającym się ludziom wypada odwiedzać ekskluzywne lokale i delektować się wyszukanymi potrawami, podczas gdy prekariat nie dojada i wynosi kopytka z sosem z zakładowych stołówek. Odpowiedź jest prosta: oczywiście że wypada! Szczególnie, jeśli przez ostatni tydzień żywiliście się zupkami vifon. Szczególnie, jeśli na jedzenie i wino własnej selekcji zaprasza jego warszawski król – Robert Mielżyński.

Winiarnia Roberta Mielżyńskiego to legenda. On zaczął to robić w czasach, kiedy warszawska elita uważała, że szczytem wyszukania jest wcinanie sushi, kiedy nikt nie słyszał o jakimś tam Amaro, a w Sowa&Przyjaciele nikt jeszcze nie podsłuchiwał, bo była tam karczma Słupecka, śledź i wódka z ziemniaków.

kojący chłód ceglanych murów fabryki i zieleni, zmrożone białe wino z górnego Piemontu i koncert Stanisława Sojki

Tak się składa, że kilka lat pracowałem w Fabryce Koronek przy Burakowskiej 5/7, w zagłębiu lansu i luksusu, ale nie takim obszczymurzym a’la Hala Koszyki, tylko prawdziwym, dyskretnym, a nie ostentacyjnym. Wyobraźcie sobie upalny letni dzień, kojący chłód ceglanych murów fabryki i zieleni, zmrożone białe wino z górnego Piemontu i koncert Stanisława Sojki, z fortepianem na otwartym powietrzu. Na parkingu znudzeni szoferzy palili papierosy, oparci o błyszczące maski limuzyn na blacha CC i CD.  Tak było.

Pan Robert zawsze lubił sam odbierać dostawy, kręcił bączki wózkiem widłowym i doglądał towaru. Stolik co prawda można było zarezerwować, ale już wynająć i zamknąć lokal na prywatną imprezę – wykluczone! Przecież jakiś stały gość może przyjść, i co wtedy? Pocałuje klamkę? No nie!

Świętością w każdym aspirującym domu była torebka od Mielżyńskiego. Taka podłużna na wino. Symbol statusu prawie jak czarna reklamówka Boss lub z Aldika. Taką torebkę przechowywało się latami albo pakowało w nią wino z Biedronki i dawało w prezencie. Obdarowany robił to samo, i torebka krążyła niczym w opisanym przez Malinowskiego triobrandzkim rytuale Kula.

Za 28-30 złotych można było kupić trunek, za którego jakość i smak ręczył właściciel

Do tzw. Mielża zapraszaliśmy naszych klientów. W ramach small talków zawsze rozpływali się nad tym, jak mamy dobrze, bo pewnie codziennie jemy tam lunch… Hehe, jasne! Nie to żebyśmy nie chcieli, ale stołowaliśmy się głównie w stołówce pobliskiej bazy MPO. Faktem jest jednak, i tak pozostało do dziś, że na wino od Mielżyńskiego akurat było nas, młodych adeptów tego i owego na dorobku, stać. Za 28-30 złotych można było kupić trunek, za którego jakość i smak ręczył właściciel.

 

Dziś mógłbym tu rozpisać się, czym poczęstował nas Robert Mielżyński, co jedliśmy i co piliśmy, ale w sumie po co? Wszystko było pyszne i wyjątkowe – ziemista zupa z ciecierzycy, wino niefiltrowane, polski i niemiecki riesling, warzywny tatar… ale nie w tym przecież rzecz! Na koniec dostaliśmy od gospodarza prezent – butelkę wina. W wiadomej, charakterystycznej torebce. Teraz, wyprasowana przez szmatkę i złożona elegancko, leży w mojej szufladzie.


Wina wybranego przez Roberta Mielżyńskiego specjalnie dla Pańskiej Skórki będziecie mogli spróbować na naszym Warszawskim Śledziku Wielokulturowym- 22 grudnia, w Instytucie Sztuki Kulinarnej
https://www.facebook.com/events/1615410931839216/

Warszawski Śledzik Wielokulturowy


https://sledzik.evenea.pl/

Zapraszamy serdecznie!

Co sądzisz? Skomentuj!