Na tabliczkach, pośród liści, już nie wiszą komuniści

Niedawno do skrzynek pocztowych warszawiaków trafiła broszurka zeszytowego formatu, wydana przez Polską Fundację Narodową (znaczy się za nasze pieniądze), zatytułowana dość zawile, ale chyba główny jej nagłówek to „Akcja dekomunizacja”. Celem, który przyświecał autorom publikacji, było przedstawienie mieszkańcom Warszawy nowych patronów ich ulic. No bo skoro zmiana została przeprowadzona odgórnie i bez jakichkolwiek konsultacji, to w końcu nie każdy musi mieć świadomość, kim nowy patron jest. Ani czym zawinił stary. Szczególnie w tej drugiej kwestii postarano się, oj postarano.

Broszurka, która dołączy do mojej kolekcji warszawskich kuriozów (obok np. propagandowego albumu „Sami zobaczcie” – laurki dla Hanny Gronkiewicz-Waltz i jej usłanej sukcesami multikadencji w Ratuszu), to esencja tzw. „polityki historycznej”, czyli przedstawiania wydarzeń w taki sposób, któremu może daleko do rzetelnego naukowego podejścia, ale za to utylitarna funkcja kształtowania umysłów jest widoczna gołym okiem. Zresztą – wszystko tu jest „narodowe” – Fundacja, Instytut Pamięci, a nawet Archiwum Cyfrowe jako źródło zdjęć. Taka też, bardzo „narodowa” w treści jest owa książeczka. Ponieważ jej głównym celem jest uzasadnienie „zła i niedobra” wszystkich zdekomunizowanych patronów, ich biografie także przedstawiono w oryginalny sposób. Niezależnie od dokonań, zasług dla Warszawy (albo – choćby dla kultury i sztuki, bez zabarwienia ideologicznego), biogram zawiera zawsze obowiązkowo wytłuszczone hasło „komunista”, „działacz komunistyczny”, „członek” itp. Aż dziwne, że nie mamy już w Warszawie ulic Świerczewskiego i Nowotki, skoro widmo komunizmu nadal tak uparcie krąży nad Warszawą i wbija czerwone pazury w tablice adresowe.

Przyjrzyjmy się więc kilku spośród „nowych warszawskich wyklętych”.

Zacznę od Stanisława Tołwińskiego, bo w jego przypadku mieszkańcy przynajmniej podjęli próbę obrony dotychczasowego patrona. Zasłużony działacz spółdzielczy, współzałożyciel WSM, w czasie okupacji ratował osoby ukrywające się przed hitlerowcami (także licznych Żydów), w najtrudniejszym powojennym okresie pełnił funkcję prezydenta Warszawy. Za te zasługi i za wyznawane spółdzielcze wartości upamiętniono go ulicą na Żoliborzu. Co czytamy w broszurce? Otóż przede wszystkim dowiadujemy się, że Tołwiński był uczestnikiem Rewolucji Październikowej. A dalej – że poseł komunistycznego sejmu, „blisko związany” (?) z Urzędem Rady Ministrów. Na szczęście nie zapomniano o tym, że był też prezydentem Warszawy (choć wygląda jakby troszkę i za to właśnie został okryty pośmiertną infamią). O tym, co było sensem nadania ulicy imienia Tołwińskiego – ani słowa. Dla porządku – na tabliczkach zastąpił go zabity przez NKWD partyzant, o którego związkach z Warszawą, czy Żoliborzem nikt za bardzo nie słyszał.

Dalej mamy Dąbrowszczaków – ochotników antyfaszystowskich, którzy jako pierwsi w Europie próbowali powstrzymać ideologię, która kilka lat później doprowadziła do jednej z największych tragedii w dziejach świata. Szlak bojowy Dąbrowszczaków w czasie II wojny światowej to zresztą także np. Narwik, czy udział w działaniach ruchów oporu w wielu krajach europejskich. Więcej – w tym wpisie. Co mówi broszura? Że to „ochotnicy-komuniści, uczestnicy sowieckiej interwencji w Hiszpanii”. Tak, dobrze widzicie. A co robili Polacy w szeregach antyfaszystowskiego zrywu? Otóż – jak jeden mąż – „zajmowali stanowiska komisarzy politycznych ściśle współpracujących z wywiadem sowieckim” oraz „dążyli do budowy stalinowskiej Republiki Hiszpanii”. Po wojnie służyli w bezpiece, a w międzyczasie zdążyli założyć Gwardię Ludową. Co ciekawe – pozbawienie antyfaszystów ich miejsca w przestrzeni publicznej Warszawy, było życiową misją radnej Olgi Johann. Ta wprawdzie dekomunizacji ulic nie doczekała, ale za to dostała własną tabliczkę. Umiarkowanie znana (poza obsesją na punkcie śledzenia upiorów komunizmu) radna zastąpiła na Woli umiarkowanie znanego działacza komunistycznego, Jana Szałka (swoją drogą o tym, ze walczył w Powstaniu Warszawskim, w notce zawartej w broszurce nie znajdziemy ani słowa), zostając patronką 150-metrowej uliczki na tyłach hali sportowej na Kole. Marny zaszczyt, chyba tak działa koło karmiczne.

Kolejna ciekawostka to „dekomunizacja z gwiazdką” kilku innych „wojskowych” ulic. Wprawdzie z Armią Ludową rozprawiono się bez pardonu, nadając jednej z głównych arterii miasta imię Lecha Kaczyńskiego (a fakt, że przechodzi ona w Wawelską, spowodował oczywistą i przewidywalną lawinę grubych żartów), to już dla żołnierzy 1 Praskiego Pułku Wojska Polskiego, II Armii Wojska Polskiego, czy żołnierek Batalionu Platerówek inkwizytorzy z IPN byli znacznie bardziej łaskawi – ulice straciły patronaty formacji wojskowych, ale za to uhonorowano ich członków i członkinie. W przypadku Praskiego Pułku i Platerówek uzasadnienie subtelnej zmiany nazwy ulicy jest niemal słowo w słowo identyczne – „należy oddzielić indywidualne losy żołnierzy od samej jednostki”, dla członkiń i członków obu oddziałów walka w nich była „jedyną szansą, aby wydostać się z ‚nieludzkiej ziemi'” itd. itp. II Armia to z kolei, według broszury, dobre chłopaki, które chciały walczyć z Niemcami, ale nie miały wpływu na wielką politykę (i dlatego, jak wynika z notki – zajmowali się oni zwalczaniem podziemia i strzelaniem AK-owcom w tył głowy). Dlaczego z jednej strony odbiera się ulicę, uzasadniając, że „bezprawnie sformowany” (?) oddział brał udział w działaniach pacyfikacyjnych, m. in. w „obławie augustowskiej”, a z drugiej „oddziela indywidualne losy żołnierzy od samej jednostki” – nie bardzo łapię. Nie bardzo też łapię, dlaczego nie „oddzielono indywidualnych losów” Dąbrowszczaków, czy żołnierzy Armii Ludowej od jednostek, w których służyli. Logika lvl IPN.

Tego typu smaczków jest w niedużej broszurce więcej. Większość biogramów zawiera niedopowiedzenia albo wręcz przekłamania (analogicznie do przedstawionej obok hagiografii nowych patronów ulic). A wśród tych znajdziemy – oczywiście – całą galerię postaci wybranych z czysto politycznego klucza – paru opozycjonistów z czasów PRL, sporo żołnierzy (także od „Łupaszki”), paru muzyków i kompozytorów (również po linii ideologicznej – Gintrowski, Kaczmarski, Kilar), choć w świetle bardzo narodowo-prawicowego doboru patronów jakimś cudem (może dla niepoznaki) prześlizgnął się także KOR. Jeśli już wojewoda „musiał” zastąpić radę miasta w wykonaniu ustawowego obowiązku, to doprawdy mógł najpierw poszukać patronów, którzy nie będą dzielić jeszcze głębiej, a następnie odpuścić sobie wydawanie konfrontacyjnej i – delikatnie mówiąc – często mijającej się z faktami broszurki propagandowej. Wszystko to – począwszy od sposobu, w jaki ową „dekomunizację” przeprowadzono, a kończąc na doborze niektórych patronów – może spowodować jedynie głęboki niesmak. I rodzić perspektywę kolejnych ideologicznych przemianowiań ulic po zmianie kierunku politycznych wiatrów.

Mam też kilka sugestii dla urzędników wojewody, ministerstw, instytutów i wszystkich inkwizytorów, którzy obudzili się niemal trzy dekady po upadku komunizmu i tropią duchy przeszłości. Jak już uwalono Tołwińskiego, to dlaczego nie pójść na całość i nie zerwać z czerwoną jak truskawki tradycją WSM-u? Nie godzi się, aby w Państwie Narodowym miejsce o takich tradycjach pozwalało na ich dalszą kultywację! Albo w takim Międzylesiu uchowała się ulica Dworcowa (na bank Nikołaj, redaktor „Stalinskiej Smieny” – w wielu miastach zauważono już tę ukrytą opcję radziecką, tylko w Warszawie jakoś na razie sowiecka agentura czai się w spokojnej dzielnicy), Puławska – jak wie każde dziecko – tak naprawdę upamiętnia „Puławian” z PZPR, a Natolin – z analogicznych powodów – także stracił za komuny dziewiczą neutralność. Walczcie więc dzielnie z upiorami i pamiętajcie, że jeszcze wielu zasłużonych księży i generałów czeka na swoje ulice.

Co sądzisz? Skomentuj!