Na orzechu

Gościnnie dla Pańskiej Skórki: Anna Aschenbach

Jeśli się kogoś kocha, jeśli kocha się chociaż jednego człowieka, dba się dla niego o Ziemię, żeby w przyszłości mógł siadywać wieczorem w ogrodzie, i o wodę, żeby mógł głaskać brzuchy ryb, pływając w rzece, i o powietrze, żeby jesienią przypływało babie lato i plątało mu się we włosy. Jeśli się kogoś kocha, dba się dla niego o drzewa. Babcia zawsze mówiła, że to nie o tlen chodzi, ale o pamięć. Wierzyła, że nasze słowa gromadzą się na wieczność w pniach drzew, obrastają je co roku słojami, trwają wierniej niż księgi, które można przecież fałszować. Dziadek powtarzał, że drzewa uczą nas prawdy o korzeniach: o tym, że nie przywiązują nas na stałe do jednego miejsca, ale pozwalają czerpać soki z najgłębszych czeluści Ziemi, i dzięki tym sokom rozkwitać.

Mapa mojego dzieciństwa jest mapą drzew. Potężne pnie przy ulicy Promyka, olbrzymy, które powalił wiatr historii na początku lat osiemdziesiątych: pamiętam tę straszliwą burzę, biegłyśmy z Mamą do pokoju, żeby zamknąć okno przed nagłym wichrem, pchałyśmy je we trzy z głośnym krzykiem, całe mokre od tnącego deszczu, a później opadłyśmy bez sił na podłogę. Pochyła wierzba płacząca na Kępie Potockiej, kilka kroków od “Araba”, do której strach było podchodzić, bo czasem w jej gałęziach pojawiała się maleńka topielica; znam osoby, które widziały ją na własne oczy. Wysokie topole przy ulicy Mickiewicza, obwiązywane biało-czerwonymi wstążkami na pamiątkę ostatnich chwil wolności żoliborskich powstańców. Zaczarowane aleje w dzikim jeszcze wtedy Parku Żeromskiego, szerokie konary nad ulicą Felińskiego, na które wdrapywali się mężczyźni podczas pogrzebu księdza Popiełuszki. Wzdłuż ulic, alej, płotów, na placach zabaw i na szkolnym podwórku. O świcie, o zmierzchu, o każdej porze roku miały swoją opowieść i swoje zaklęcia, i nadal je snują, skrzypiąc, szumiąc, szepcząc, układając się w miasto, o którym czasem myślałam, że to Kair, Paryż, Caracas.

A gdyby można było zatrzymać na kliszy wyrwy w sercu, moja miałaby kształt orzechowca, który Dziadek posadził w ogrodzie, kiedy urodził się mój Tata. Drzewko, choć jeszcze wątłe, przetrwało Powstanie i koniec wojny, i rosło spokojnie mimo zmian ustrojowych, najazdów i manifestów. Na zdjęciach z lat pięćdziesiątych jest już spore. Stoi pod nim drewniana ławka, oparta o mur domu, na ławce Dziadek czyta książkę. Kilka lat później w ogrodzie zamieszkuje oswojona kawka. Na zdjęciu Tata i Stryj, piękni dwudziestoletni, rozmawiają o czymś zabawnym w cieniu wysokiego drzewa. Ławka stoi do dzisiaj, mur domu obrośnięty jest dzikim winem; w otworach po pociskach, których Dziadek nie pozwolił nigdy zakleić, mieszkają wróble. Na środku ogrodu lekko nad ziemię wystaje pień, pamiątka po najważniejszym drzewie.

Kiedy byłyśmy małe, ogród był rajem. Przy wejściu, wzdłuż okien, rosły bzy, które przyprawiały w maju o zawrót głowy. Za nimi pigwa i agrest, a w rogu drzewo brzoskwini. Drzewa wiśni, jabłonie, grusze, śliwy, morele, rosły gęsto jak w czarodziejskiej puszczy. W głębi, tam, gdzie lepiej było nie chodzić wieczorem, rosło kilka drzew leszczyny. Moje dzieciństwo było szczęśliwe i gdybym miała coś o nim opowiedzieć, zaczęłabym od ogrodu. Spędzałyśmy w nim cały wolny, beztroski czas, a kiedy jesienny chłód zatrzymywał nas w domu, ogród szukał nas, uderzając gałęziami orzecha w okna pokoju. Wychylałyśmy się nad parapetem i zrywałyśmy wielkie, mięsiste orzechy w zielonej łupinie. Suszyły się długo w piwnicy, wnosiłyśmy je później do domu w plecionych koszykach; nie kończyły się aż do wiosny. Czasem lubiłyśmy otwierać orzechy prosto z drzewa: ich skórka była cieniutka, lepka i gorzka, zdejmowałyśmy ją i patrzyłyśmy na śnieżną biel nasion. Takie młode orzechy były słodkie i na długo pozostawiały smak w ustach.

Co roku jesienią nadchodził jeden szczególny dzień, kiedy cała rodzina gromadziła się w ogrodzie. To był jedyny dzień w roku, kiedy nie wolno nam było siedzieć na orzechu. Rano Tata odwiązywał od najniższej gałęzi sznurki podtrzymujące huśtawkę z deski i zdejmował montowane przez nas półki. Później Tata albo Wujek, albo obydwaj jednocześnie, wchodzili po kolei na wszystkie gałęzie orzecha i skakali po nich, a my biegałyśmy z wielkimi koszami i zbierałyśmy wszystko to, co spadło. Ile było przy tym radości! Często spóźnione owoce lądowały nam na głowach, czasem razem z orzechami spadały zapomniane od lata zabawki, ukryte podczas gier w gęstych gałęziach.

Każda z nas miała swoją gałąź. Moja była od strony domu. Żeby się na nią dostać, trzeba było wejść po grubym pniu na pierwszy próg i wczołgać się na szeroki konar. Drzewo było wyższe od dwupiętrowego domu i opierało gałęzie na dachu. Pamiętam cały czas siebie leżącą na gałęzi. Było tak, jakbym czerpała z niej siły, jakby soki płynące pod szarą, twardą skórą drzewa przenikały do moich żył, niosąc spokój i miłość do Ziemi. Na tej gałęzi przeczytałam Siddarthę, Baczyńskiego, pierwsze prawdziwe listy.

Zimą oblepiałyśmy orzech śniegiem, a latem plotłyśmy długie wianki i wieszałyśmy je na gałęziach. Jeśli Bóg będzie miłosierny i zabierze mnie na koniec do raju, chciałabym zamieszkać na naszym orzechu.

Wiadomość o wybuchu w Czarnobylu była dla mnie czymś abstrakcyjnym: niekończące się wieczorne telefony, niesmaczny płyn na łyżeczce, zamknięte okna. Dopiero po jakimś czasie zaczęliśmy zauważać, że ogród umiera. Najpierw zaczęły usychać drzewa brzoskwini i moreli, później wiśnia i porzeczki. To było dla nas jak powolny koniec świata. Rodzice podcinali gałęzie, obwiązywali, poili, ale nic to nie pomagało, ogród odchodził. W tym samym czasie odeszli Babcia i Dziadek, ich mieszkanie na poddaszu pachniało nadal orzechami, ale na drzewie owoców było coraz mniej. Wreszcie gałęzie zaczęły pękać. Olbrzym umierał, i w ogrodzie zapanował smutek.

Wyjechałyśmy na wakacje, a kiedy wróciłyśmy, orzecha już nie było. Płakałam za nim wiele razy. Widuję go w snach, dotykam jego szarej skóry. On też mnie szuka, tak jak dzisiaj, mocno uderza w szyby i szarpie parapetem, ale kiedy podbiegam do okna, już go nie ma, jest tylko wieczór, deszcz i wiatr.

Co sądzisz? Skomentuj!