Myślenie w metrze

Cogito ergo subvia lub bardziej swojsko – myślę, więc metro. Po dzisiejszej przejażdżce do pracy drugą linią podziemnej kolejki zdałem sobie sprawę, że faktycznie skłania ona do myślenia.

Druga linia metra zaprasza do filozofowania nie w kontekście tego, że jest za krótka. Ani dlatego, że każdy z nas miał setkę uwag do utrudnień, opóźnień i objazdów związanych z jej budową. To wszystko już przeszłość, a po jej torach mkną pociągi. Skłania do myślenia z innego powodu. Wraz z otwarciem zyskaliśmy niesamowicie cenną rzecz: miejską przestrzeń wolną od reklam. Powstało miejsce, w którym wreszcie można usłyszeć własne myśli. Ciężko wyobrazić sobie Warszawę bez wielkoformatowych bannerów i latających na wietrze ulotek. Krzykliwe kolory daszków nad wejściami drugiej linii znakomicie komponują się z nieokiełznanym natłokiem form i barw na powierzchni. Nic nie wskazuje na odwrotny efekt pod ziemią. Niezamierzona ironia projektantów? Być może.

Wraz z otwarciem drugiej linii zyskaliśmy niesamowicie cenną rzecz: miejską przestrzeń wolną od reklam.

Wystarczy zjechać na poziom -1, a znajdziemy się wśród gustownych szarych ścian, zimnego betonu i kompletnej ciszy informacyjnej. Żadnych sklepów, neonów i innych przeszkadzajek, do których przywykliśmy. Na dole zwyczajnie ich nie ma. Ogarnia nas dziwne uczucie, że czegoś brakuje. Gdy natłok zewnętrznych treści ucichnie, uświadamiamy sobie, że wcale za nim nie tęsknimy. Pod jakimś względem dogoniliśmy Wiedeń*. Puste lokale usługowe na stacjach czekają cierpliwie na najemców. Pojawiają się w żółwim tempie, a wśród nich błyska promyk nadziei – na stacji Stadion Narodowy otworzyła się księgarnia. Nie byle jaki punkt odbioru książek zakupionych w Internecie, ale najprawdziwsza składnica z tytułami z szanowanych wydawnictw.

Druga linia jest głęboka, ale wzdłuż schodów nie wisi ani jeden plakat reklamujący środki wspomożenia męskiej potencji.

Przejście przez bramki i zjazd schodami ruchomymi również zadziwiają. Druga linia jest głęboka, ale wzdłuż schodów nie wisi ani jeden plakat reklamujący środki wspomożenia męskiej potencji. Ścian peronu nie zasłaniają afisze entych z kolei odcinków hollywoodzkich seriali o superbohaterach. Ciszę rozprasza jedynie wjazd pociągu na stację. W godzinach szczytu panuje na niej tłok, ale w ciągu dnia można natknąć się zaledwie na kilka osób. Zdarzają się chwile, gdy przyjazdy pociągów w przeciwnych kierunkach oddalone są od siebie o dziesięć minut. Można wtedy przycupnąć na betonowej ławce i zatracić się w atmosferze skupienia. Nie dzieje się nic, a przyjemny chłód podziemi daje odpocząć od upału. Przestrzeń stacji jest pusta (rozpraszają jedynie murale Wojciecha Fangora na ścianach, ale to element wystroju, a nie reklamy). Po chwili myśli same uciekają w nieznane rejony.

Można sobie wyobrazić sobie Warszawę bez reklam, ale są to mgliste wspomnienia. Licealiści z Hoffmanowej musieli posłużyć się programem komputerowym, by na filmie uwolnić stołeczne budynki od wielkoformatowych bannerów. Lubię jeździć tramwajem i podziwiać widoki Warszawy, ale reklamy skutecznie je psują. Drugą linię metra polubiłem dopiero niedawno, kiedy zdałem sobie sprawę, że pustka w niej ma ogromne zalety. Odpoczywa tam głowa, więc warto udać się pod ziemię choć na kwadrans. A przestrzeń na powierzchni niech bierze przykład z hadesu.


*W wiedeńskim metrze do tej pory prawie nie było reklam. Ściany były puste, a na niektórych stacjach zamiast produktów przedstawia się zabytki np. częściowo odsłonięte rzymskie fundamenty.

Co sądzisz? Skomentuj!