Muffia Bakery: śniadanie przy Burakowskiej

Gościnnie dla Pańskiej Skórki: Nobotak

Zazwyczaj wychodzeniu z knajpy towarzyszy gorzkie „nic specjalnego”, ewentualnie poparte cichym westchnieniem „w domu lepiej”. Czasem jeszcze pojawiają się myśli o wyższości chleba z malinówką ponad wszelką przetworzoną przez „zdolnego” kucharza strawę. A skoro już o pajdzie mowa, to instagramowa wieść niosła, że najlepsze wypieki wychodzą spod ręki Pani Waleckiej aka @thereshecooks. Zdjęcia były takie, że w uszach aż dzwoniło od wyobrażeń na temat chrupiącej skorki i bogatego miąższu. Czasem te wyobrażenia zajadałam kromka z Charlotty, innym razem szukałam ukojenia u Vincenta, ba, poczyniłam nawet swój własny ulepek, ale przedobrzałam ze wszystkim: od ilości zakwasu, po bogactwo orzechów. Kwaśny keks to był, ot co.

Jako gastroplotek mojego świata, kiedy tylko pojawiło się ogłoszenie o spotkaniu autorskim z rzekomą boginią pieczywa, zwolniłam się z pracy i w deszczu i słocie pobiegłam do Baru Studio. Niby trzymałam dystans. Niby ta skrzynka pieczywa nie robiła na mnie wrażenia, no przecież nie podejdę… A potem słyszałam już tylko najsłodszy dźwięk tarcia ostrza o skórkę, mlaskanie i jęki zachwytu. No to wstałam. Wstałam, zjadłam, przepadłam.

A parę miesięcy później gnana obsesją trafiłam do Muffia Bakery. Miało być śniadanie, miała być brioszka i beza. W razie gdybym czuła się nieprzekonana to z literek menu wyczytałam „pulled pork”. No to nie było odwrotu.  Swój entuzjazm próbowałam ostudzić trudem wycieczki rowerowej, lokalizacja z dreszczowców, czyli jakże urocza ulica Burakowska i narzekaniem, że 35 zł za „na pewno” małą kanapkę, „na pewno” minibezę i „na pewno” podłe prosecco to jednak nie przystoi na koniec miesiąca.

Burakowska nadal jest brzydka, ale ogródek Muffia Bakery nie wpisuje się w ten krajobraz, zresztą witryna wypełniona idealnymi wcale-nie-mini pavlovami skutecznie mnie zamroczyła. Zapłaciłam, jakieś śmieszne 45 zl (za, uwaga, dwie kanapki, bezę i wino), a moim oczom ukazała się chlebowa bogini pytająca z czym zjem brioszkę. Tak musi wyglądać glutenowy raj. Walecka robiąca Ci kanapkę z pulled porkiem (no i drugą z warzywami), miły Pan dający Ci do ręki kieliszek bąbelków i asysta niosąca „bezunię”.

Przepadłam po raz drugi. Brioszka eksplodowała masłem, była lekka lekkością treściwą i w niczym nie przypominała tych modnych, acz bezsmakowych, buł otulających najmodniejsze hamburgery i/lub hot-dogi w mieście. Potem było już tylko domowe aioli, chimichurri i to mięso. To mięso, co smakowało szczęśliwym życiem i codziennym masażem. Kucharz wiedział, co robi dusząc je w punkt, nie tłamsząc  przyprawami i oddając nam do rąk najlepsze mięsne niteczki roku. Ta kanapka to była petarda. Petarda wielkości pełnowymiarowego, obiadowego burgera. Spróbowałam też wersji warzywnej. Aioli, chimchurri, baba ghanoush, grillowane warzywa. Dobre, ale fajnie jest być mięsożercą i dostać pulled porka wywołującego wzruszenie.

Miałam cichą nadzieje, że bezy to atrapy, że skoro tak ładnie wyglądają, to nie mogą dobrze smakować, ze, he he, w końcu sobie rzucę znaną frazą „ja robię lepsze”. Po pierwszym widelcu udławiłam się swoim „he he”. Ta beza to jest, proszę Państwa, majstersztyk. Niesucha, niemokra, nie tektura, nie sam cukier, nie woni białkiem. Ot, obłoczek, a na nim idealny mariaż śmietanki i mascarpone, malin i czegoś kwaśnego, niesprecyzowanego, trochę jak marakuja, trochę jak moja konfitura morelowa. Nie będę zgadywać, ale było to wszystko kolejnym tego poranka niebem w gębie.

Moi mili, o sobotnich śniadaniach w Muffia Bakery będę teraz trąbić na potęgę, są najlepsze! Fajne jest to, że na śniadanie trzeba polować, że to cała przygoda jest, a nie szczęście w formie instant, ogólnodostępne. Kiedy już traficie na Burakowską to czujecie się jak członkowie elitarnego kręgu, bo o śniadaniu trzeba się dowiedzieć. Najlepiej obserwować facebook Moniki – Cała w mące, to tam pojawia się informacja, kiedy Pani Walecka i team Muffia Bakery będą karmić i co tym razem przygotują. Były już bajgle, tosty i brioszki. Ja zacieram ręce na to, co będzie następne, a czas oczekiwania na pewno umilę sobie wycieczką po muffijną bezę. One są dostępne w piekarni codziennie.

Dwie osoby zjadły i nie były głodne do kolacji za 45 zł, jedna osoba miała rozmarzone oczy przez kolejnych kilka dni. Druga osoba zapamiętała, co jadła – uwierzcie mi na słowo – to jest BIG DEAL

Co sądzisz? Skomentuj!