Miły pan doktor zarzyna uchwałę krajobrazową

Kiedy byłem dzieciakiem – wierzcie lub nie – nie miałem specjalnych problemów z chodzeniem do lekarza. Osiedlowa przychodnia przy Romera zawsze intrygowała mnie odseparowaniem stref dla dzieci chorych i zdrowych, nowoczesną (wówczas) architekturą, czy tym wspaniałym chemicznym zapachem (który tak siadł mi na psyche, że do dziś lubię „szpitalną” nutę w rzemieślniczych piwach). Na pewno plusem był też sympatyczny, empatyczny i obdarzony dobrym podejściem do młodego pacjenta pan doktor Konstanty. Radziwiłł, herbu Trąby. Późniejszy minister zdrowia, a dziś wojewoda mazowiecki. O którym (od czasu odejścia z MZ) wielu mieszkańców województwa mogło do tej pory nie słyszeć, ale właśnie usłyszało – za sprawą wyrzucenia przez niego do kosza uchwały krajobrazowej – potrzebnej Warszawie jak solidna kuracja pod opieką dobrego lekarza.

A co się działo po kolei?

Zaczęło się od prac nad projektem uchwały – trwały one ładnych kilka lat (pierwsze konsultacje społeczne odbyły się w 2017, a uchwałę przygotowywano wcześniej przez dwa lata) i kiedy w styczniu tego roku w końcu ogłoszono jej ostateczny kształt, mieszkańcy Warszawy (a przynajmniej spora ich część, poza właścicielami kantorów wymiany walut, komisów samochodowych i pracownikami firm szma… z branży reklamy wielkoformatowej) autentycznie się ucieszyli. Co nie dziwi, bo mieszkamy w bodaj najbardziej zeszpeconej przez „ałtdor” stolicy europejskiej. I praktycznie nie ma tygodnia, aby firmy reklamowe, które w Warszawie czują się jak pączusie w nieograniczonym niczym masełku, czymś mieszkańców nie zaskoczyły. To obwieszą pawilon plandekami od góry do dołu, to zamontują intensywnie świecący ledowy ekran w takim miejscu, w którym będzie on najbardziej przeszkadzał kierowcom, to owiną zabytkowy budynek w siatkę z reklamą szamponu, czy odpalą wielkie litery na wielkim wieżowcu tak, aby było je widać zza Wisły. A warszawiacy nie gęsi, po świecie jeżdżą, potrafią zauważyć różnicę między dajmy na to zabytkowym centrum czeskiej Pragi a przedmieściami Mumbaju. Pytanie, które z tych miejsc przypomina unurzana w reklamach Warszawa jest raczej retoryczne.

Rondo Wiatraczna w Mumbaju, nieopodal Swastik Park (fot. Google Street View)

Uchwała miała dzielić miasto na strefy i – w zależności od odległości od centrum – zezwalać na mniejszą lub większą swobodę reklamodawców. Na przykład w centrum dopuszczalne miałyby być jedynie nieduże reklamy i miejskie słupy ogłoszeniowe. Duże billboardy, które kojarzą się obecnie z Warszawą jak Pałac Kultury, miałyby być umieszczane wyłącznie przy największych ciągach komunikacyjnych. Ograniczono też m.in. patologiczną reklamę „siatkowo-remontową” i świecące ekrany. Miłym pomysłem było także uporządkowanie tematu szyldów. Wiecie – w niebyt odejść miały XERO PIŃĆ GROSZY PROMOCJA STUDENCI TANIEJ w kolorach limonkowym i pomarańczowym, wycięte z folii samoprzylepnej, a w ich miejsce miały pojawić się relatywnie nieduże szyldy (na oknach – do 20% witryny). Pomyślano też o ograniczeniach w grodzeniu osiedli, o małej architekturze (ławkach, stojakach rowerowych, donicach), a nawet – na żądanie firm outdoorowych – zapewniono im bardzo komfortowy okres przejściowy na dostosowanie się – trzy lata dla posiadaczy szyldów, dwa – dla innych nośników reklam. Słowem – dla mieszkańców ulga, dla reklamodawców wystarczająco dużo czasu, aby się – pardon le mot – nachapać i wypracować inne sposoby monetyzacji przestrzeni. Niemniej – jak doniosły „Wirtualne media”: „Przedstawiciele branży reklamy zewnętrznej oceniają, że jej zapisy są rygorystyczne i mogą doprowadzić do zaniku bardzo wielu form reklamy zewnętrznej. Twierdzą, że regulacjom tym brakuje szerszego otwarcia na nowe technologie, co kłóci się z wizerunkiem smart city, do którego pretenduje Warszawa.” Czaicie – jak nie będzie wszechobecnego outdooru i limonkowej szyldozy, to nie będziemy smart city. No ale uchwałę ogłoszono.

Dwa tygodnie po jej przyjęciu przez Radę Warszawy (to dość szybko, co dawało nadzieję na faktyczny realizm wdrożenia), wojewoda zgodnie z przepisami ogłosił ją w Dzienniku Urzędowym Województwa Mazowieckiego. Po to, aby… po niecałym kolejnym miesiącu całą uchwałę, mocą swojego stanowiska i Rozstrzygnięcia nadzorczego nr WNP-I.4131.12.2020.RM, unieważnić. Uzasadnienie ma 40 stron, ale kluczowe są w nim dwa aspekty. Pierwszy argument jest dość mocny i – na gruncie prawnym – wydaje się dość zasadny. Wojewoda wskazał bowiem, że po wprowadzeniu do uchwały licznych zmian wynikających z konsultacji społecznych, projektu nie skonsultowano ponownie z Mazowieckim Konserwatorem Zabytków. Zarzut pozornie dość celny, ale z drugiej strony – trochę nie wyobrażam sobie mocnych zastrzeżeń konserwatora (na gruncie merytorycznym oczywiście) do uchwały, która estetykę – także zabytków – miała chronić. Drugi wątek jest jednak znacznie ciekawszy. Wojewoda wskazał bowiem, że nie dokonano ponownego wyłożenia projektu uchwały do publicznego wglądu, a jednocześnie – jak wskazuje Wojciech Wagner, wicedyrektor Biura Architektury – odniósł się też do kilku czysto technicznych aspektów, które z jednej strony są prawdopodobnie łatwe do obalenia na drodze sądowej, z drugiej – droga sądowa to kolejne opóźnienia we wprowadzeniu uchwały, a dla firm reklamowych – profit.

I już chciałem zaryzykować tezę, że oprócz reklamodawców nikt, niezależnie od barw politycznych, nie cieszy się z takiej decyzji wojewody, kiedy zobaczyłem tweeta partii, której nazwę trochę brzydzę się wypowiadać, zacytuję więc tylko:

I to niech będzie pointą.

Co sądzisz? Skomentuj!