Poczytaj mi, Pańska Skórko: Miejska rewolucja z puszką farby. O „Walce o ulice”

„Totalitaryści”. „Fanatycy” opętani „ideologią antysamochodową”. Członkowie „wszechwładnego rowerowego lobby”. Brzmi znajomo? Takie same epitety można przeczytać pod każdą dyskusją w polskim internecie, która dotyczy zmian w transporcie – zwłaszcza tych zakładających zmniejszenie roli prywatnych aut. W zglobalizowanym świecie nawet inwektywy stają się uniwersalne. Te cytowane wyżej pochodzą z wypowiedzi przeciwników Janette Sadik-Khan, komisarz ds. transportu Nowego Jorku w latach 2007-2013, która zrewolucjonizowała sposób poruszania się mieszkańców „Wielkiego Jabłka”. Walka o ulice: jak odzyskać miasto dla ludzi to opowiedziana szczerze i z werwą historia tej zmiany. Zmiany, która powinna zajść w każdym mieście świata.

Walka… ma w angielskim oryginale bardziej bojowy tytuł – Streetfight: Handbook for an Urban Revolution. Nie bez przyczyny. Jak pisze Sadik-Khan: „Jeżeli zaatakujesz status quo, to status quo Ci odda. Mocno.” Nie inaczej było w przypadku rewolucji w mobilności, którą przeprowadziła w swoim mieście. Sadik-Khan zastała Nowy Jork w transportowym stanie przedzawałowym: jego zapchane ulice nie służyły ani stojącym w korkach kierowcom, ani pasażerom wlokących się autobusów, ani stłoczonym jak sardynki na chodnikach pieszym, ani przedsiębiorcom (o rowerzystach nie wspominając, bo widywano ich wtedy głównie w telewizji). Wszyscy, łącznie z administracją ówczesnego burmistrza Bloomberga, szefa Sadik-Khan, uznawali ten stan za naturalny. Gdy autorka postanowiła go zmienić, od razu miała przeciwko sobie brukowce, kierowców, politycznych oponentów i obrońców status quo – nawet jeśli jest nim niefunkcjonalna i niebezpieczna ulica.

Jak Sadik-Khan wykazała konieczność zamknięcia dla ruchu Times Square i reorganizacji skrzyżowań na Broadwayu? Wykazując, że ponad 80% przestrzeni na tym terenie zajmują prywatne samochody przewożące mniej niż 20% ludzi codziennie przewijających się przez „Skrzyżowanie Świata”.

Mówią, że szczęście sprzyja odważnym. Ale jeszcze bardziej – sprzyja przygotowanym. A odwagi i przygotowania bohaterom Walki… na pewno nie brakowało. „Show me the numbers”, zwykł mawiać swoim urzędnikom burmistrz Bloomberg zanim godził się na testowanie kolejnych pomysłów. „Na słowo ufamy co najwyżej harcerzom. Wszyscy inni powinni pokazać twarde dane”, powtarza za nim autorka i książka przetkana jest rzetelnie przeanalizowanymi, ale nieobciążającymi czytelnika statystykami, zebranymi często w kreatywny sposób. Jak Sadik-Khan wykazała konieczność zamknięcia dla ruchu Times Square i reorganizacji skrzyżowań na Broadwayu? Wykazując, że ponad 80% przestrzeni na tym terenie zajmują prywatne samochody przewożące mniej niż 20% ludzi codziennie przewijających się przez „Skrzyżowanie Świata”. Jak udowodniła, że dzięki jej zmianom przejazd przez Manhattan się usprawnił? Zebrała pokazujące to dane z systemów GPS tysięcy nowojorskich taksówek, których kierowcy najgłośniej protestowali, że według nich jeździ się gorzej. Jak znacząco zmniejszyła ilość i koszt wypadków na drogach? Analizując 7 tys. poważnych zdarzeń z 5 lat, które podważyły ugruntowane opinie o tym, co zwiększa, a co zmniejsza bezpieczeństwo. To solidne analizy, wpierw problemów, a potem skutków wprowadzonych rozwiązań pozwalały przekonać ponad 8 milionów nowojorczyków, domorosłych specjalistów od transportu, że najlepsze rozwiązania nie są zgodne z ich intuicją. I nie ograniczają się do poszerzania ulic i stawiania znaków.

Jej rewolucja na ulicach i placach Nowego Jorku wymagała tylko puszek farby, donic czy słupków, rozmów z lokalnymi przedsiębiorcami, którzy chętnie godzili się opiekować nowo otwartymi przestrzeniami publicznymi oraz, w przypadku Times Square… kilkuset kolorowych leżaków.

Włodarze polskich miast mogą się nauczyć na tym przykładzie, jak tworzyć i wprowadzać oparte na rzetelnych danych polityki. Ale nie tylko tego: przeciwna unikaniu oporu za wszelką cenę i utykaniu w długoletnich konsultacjach, których celem jest udawanie, że coś ma się zmienić, Sadik-Khan wniosła na nowy poziom miejskie prototypowanie. Jej rewolucja na ulicach i placach Nowego Jorku wymagała tylko puszek farby, donic czy słupków, rozmów z lokalnymi przedsiębiorcami, którzy chętnie godzili się opiekować nowo otwartymi przestrzeniami publicznymi oraz, w przypadku Times Square… kilkuset kolorowych leżaków. Gdyby zmiany się nie przyjęły, można się z nich było łatwo wycofać. Gdy odnosiły sukces, dało się je prosto, szybko i tanio zreplikować gdzie indziej. Okazuje się, że do powstania żywego miejskiego placu, bezpiecznej ścieżki rowerowej czy buspasa potrzebna jest tylko wola, farba i pędzel. Nie sposób nie zadedykować tego władzom Warszawy (zwłaszcza, że najdroższe narzędzie Sadik-Khan – donice – u nas jakiś czas temu skończyły swoją służbę przy Świętokrzyskiej).

W Walce… robi wrażenie przenikliwe spojrzenie na ulicę jako funkcjonalną całość, a nie tylko przez pryzmat jej przepustowości. Sadik-Khan dostrzega ekonomiczny potencjał dobrze zaprojektowanej ulicy, biorący pod uwagę komunikację, handel, środowisko i estetykę. Dzięki temu proponuje rozwiązania, które mogą uszczęśliwić pieszych, rowerzystów, użytkowników komunikacji miejskiej, lokalnych przedsiębiorców, mieszkańców i ostatecznie – samych kierowców. Jak zawsze ma na to dane, pokazujące wzrost obrotów sklepów czy spadek liczby wypadków przy przeprojektowanych przez jej służby ulicach. Po przeczytaniu tej książki nie da się chodzić po mieście i nie myśleć o tym jak dobrze, albo (jak to z reguły w warszawskich warunkach bywa), jak źle zrobione są nasze ulice. I że wystarczy ułamek kwoty potrzebnej na budowę twardej infrastruktury, by je naprawić.

Bez zmiany sposobu, w jaki projektujemy nasze ulice nie doprowadzimy do tak potrzebnej rewolucji w mobilności.

Nie mniej innowacyjne od samego spojrzenia na ulice są proponowane dla nich rozwiązania. Przejścia nazwane „uszami Myszki Miki” zmniejszające odległość, jaką muszą przez asfalt pokonać piesi, bezpieczne pasy rowerowe umieszczane między chodnikiem a pasem do parkowania, napisy „Look!” na przejściach odrywające przechodniów od telefonów, dynamiczne stawki za parkowanie, zachęcające do jazdy np. po zakupy wtedy, gdy natężenie ruchu jest najmniejsze… Dobre pomysły, które przynajmniej w teorii można łatwo skopiować u nas, pojawiają się w Walce… na co drugiej stronie. Ale mottem pozostaje: „efekt zależy od tego, co zbudujesz”. Sadik-Khan nie pozostawia złudzeń co do tego, że korki powoduje nie za mała podaż dróg, a za duży popyt na nie, a samochody nie utykają w korkach, ale je tworzą. Bez zmiany sposobu, w jaki projektujemy nasze ulice nie doprowadzimy do tak potrzebnej rewolucji w mobilności. Nowy Jork dołączył do Paryża, Londynu, Berlina i innych miast, które z roku na rok udowadniają, że ogólnoświatowy argument antyrowerowy: „nie jesteśmy drugim Amsterdamem ani drugą Kopenhagą”, jest tylko wygodną wymówką, by siedzieć z założonymi rękami i nie atakować status quo. Choć Sadik-Khan pisze, że nigdy nie miała amsterdamometru służącego do oceny zmian w miastach, to jej zwycięska walka o ulice oraz sposób, w jaki o niej opowiada, zasługują na dziesiątkę – w skali od jednego do dziesięciu wiatraków.

Pozostaje liczyć, że kiedyś w Polsce też powstanie książka o na pierwszy rzut oka przyziemnym temacie mobilności, z której jednocześnie będzie bić miłość do własnego miasta i radość ze zmieniania go na lepsze. „Ludzie mają nowe oczekiwania. No i jest Nowy Jork. Jeżeli można coś zrobić tutaj, to można to zrobić wszędzie”, kończy książkę Sadik-Khan. No właśnie – jeżeli udało się jej przesadzić nowojorczyków z samochodów do autobusów i na rowery, odzyskać dla ludzkiej aktywności rozległe przestrzenie publiczne w niezwykle ciasnym mieście, i to jeszcze w taki sposób, że teraz mieszkańcy sami proszą o więcej, to na pewno da się to zrobić z warszawiakami. Tylko kto podejmie rękawicę (i puszkę z farbą?).

„Walka o ulice. Jak odzyskać miasto dla ludzi”, Janette Sadik-Khan, Seth Salomonow. Wydanie polskie: Wydawnictwo „Wysoki Zamek”, Kraków 2017, tłum. Weronika Mincer, wstęp Marta Żakowska.

Co sądzisz? Skomentuj!