Miejsce kobiety jest w kuchni – wywiad z Dagmarą „Głodną” Rosiak

 

Kontynuujemy abordażowy cykl o kobietach w kuchni, dziś w rozmowie z Dagmarą „Głodną” Rosiak – kobietą gotującą, brand managerką restauracji Zoni i WuWu, inicjatorką wielu konceptów kulinarnych (m.in. obiadów czwartkowych organizowanych u siebie w domu lub w zaprzyjaźnionych lokalach) i autorką bloga Głodna. Drążymy temat, jak to w zasadzie jest z tymi szefowymi kuchni w Warszawie.

 

zdjęcie: Zuzanna Szamocka

 

Mówisz o sobie, że od 2014 r. jesteś Głodna. Jakie zmiany obserwujesz na przestrzeni czasu na rynku restauracyjnym, jeśli chodzi o pracę kobiet na kuchni?

Zmieniło się dużo. Z moich obserwacji wynika, że pojawiło się więcej szefowych kuchni. Przykładowo – Las i Anna Klajmon, Zielony Niedźwiedź i Oliwia Bernady, WuWu i Adriana Marczewska. Cieszy mnie to, bo z perspektywy dziennikarskiej widzę, że dziewczyny chcą nie tylko się nawzajem wspierać, ale też się integrują, kumplują, często wymieniają się inspiracjami. Każda z nich interesuje się kuchnią polską i ma tę kuchnię w bazie swojej karty, ale w zupełnie innym stylu. Anna Klajmon to totalnie kuchnia śląska, Adriana – warszawska z wpływami Lubelszczyzny, skąd pochodzi, a Oliwia ma bardziej tradycyjne, slowfoodowe menu. W ogóle od okołu dwóch lat zauważam, że nie tylko faceci są w kuchni na pierwszym miejscu. Oczywiście, jest to bardzo trudny zawód i nie możemy zapominać, że praca w kuchni to także wysiłek fizyczny trwający 15 godzin dziennie, przez co pokutuje stereotyp, że kobiety nie dadzą sobie z tym rady. A z drugiej strony to my kobiety, mamy siłę, rodzimy dzieci, wychowujemy je i jesteśmy świetnymi gospodyniami.

Co według Ciebie wprowadza obecność kobiety w kuchni do restauracji?

Myślę, że kobiety będące w kuchni mogą wprowadzić do restauracji więcej gościnności. Mamy to wrodzone, bo przecież w naszą tradycję i kulturę wpisane jest, by dobrze karmić. Poza tym osobiście uważam, że w branży restauracyjnej nie powinniśmy ze sobą konkurować z innymi lokalami, tylko się wspierać i takie wspieranie się może być naturalne dla wielu kobiet. Jesteśmy zwykle rodzinne, wrażliwsze. Ja osobiście, jeżeli ktoś mi coś daje albo czymś się ze mną dzieli, to też od razu chętnie oddam mu co tylko mogę. Mężczyźni w tej branży za to często pokazują, że trzeba być twardzielem, trzymając tasak w ręku. Całe szczęście i to się zmienia, bo w ostatnim czasie kucharze, których miałam okazję poznać, pokazują też wrażliwszą część siebie.

Czy wcześniej niż dwa lata temu kobiet-szefowych kuchni było mniej?

Wydaje mi się, że kobiety na kuchni były zawsze, ale nie miały potrzeby pokazywania, że rządzą jako szefowe. Jesteśmy tą skromniejszą płcią, zwykle nie mamy takiej potrzeby, jak miewają czasem mężczyźni – szefowie, dla których naturalne jest zaznaczanie swojej obecności.

 

zdjęcie: Zuzanna Szamocka

 

Na co zwracasz największą uwagę podczas wizyty w restauracji?

Dla mnie najważniejszy jest zdecydowanie smak, ale za tym smakiem zawsze stoi konkretny człowiek. To czego mi bardzo brakuje w warszawskiej gastronomii, ale co się na szczęście powoli zmienia i mam nadzieję, że ja jako Głodna miałam na to jakiś wpływ, to to, że restauracje zaczęły opowiadać – o pani Krysi, która lepi pierogi od 15 lat i o tych wszystkich osobach, których na co dzień nie widzimy, choć oni odpowiadają za to, co dostajemy na talerzu. To już nie tylko komunikacja o super dostawcach i świetnych produktach, choć fajnie, że nauczyliśmy się już czerpać z zasobów lokalnych jest to już naturalne, że nie szukamy ich gdzieś bardzo daleko. Dla ludzi z branży restauracyjnej jest to oczywiste – gotujemy sezonowo, dbamy o klimat, nie marnujemy jedzenia, walczymy z nadprodukcją plastiku. Ale przecież za każdym daniem stoi inna historia, często zaczynająca się od szefa kuchni, choć też będąca wynikiem rozmowy z całym zespołem i wyciągania inspiracji od innych. Teraz więc skupmy się na ludziach i na tych rękach, które nasze dania ostatecznie wykonały. Mam nadzieję że w tę stronę pójdą teraz trendy.

Co sądzisz? Skomentuj!