Miejsca w Warszawie, których już nie ma (i dobrze)

W cyklu „Dawna Warszawa, dawni warszawiacy” pisałem do tej pory o sprawach przyjemnych: imprezach, kawiarniach czy proto-hipsterskiej modzie warszawskich dandysów w XIX wieku. Czas teraz na zagadnienie nieco mroczniejsze, za to na pewno nie mniej interesujące.

Wojna, system totalitarny a ostatnio radosna swoboda dewastacji w imię „wolnego rynku” sprawiła, że wielu z nas z pietyzmem patrzy na niemal każdy budynek czy kamień pamiętający czasy przedwojennej Warszawy. Ta empatia zaczęła też obejmować zresztą i wiele obiektów z czasów PRLu. Sam zresztą do tego typu osób należę. Jednak były niegdyś w Warszawie miejsca, których naprawdę byśmy nie chcieli dzisiaj tu mieć. Może czasem trochę szkoda, że nie pozostała po nich przynajmniej ruina, ale generalnie – nie ma czego żałować.

Kara śmierci w dawnej Warszawie

Zacznijmy od tego, że przepisy prawne na podstawie których wydawano wyroki w Warszawie od średniowiecza aż do ostatniego rozbioru Polski, mogą wydać się dziś dosyć egzotyczne. Przede wszystkim karą śmierci szafowano wówczas bardzo hojnie, powodów dla których można było być ukaranym na gardle istniało naprawdę sporo. Na dodatek ze świata doczesnego wyprawiano na naprawdę wiele różnych sposobów, z których odrąbanie głowy mieczem należało do tych łagodniejszych. Nie była to oczywiście specyfika warszawska, podobne zwyczaje prawne panowały wówczas nie tylko w całej Polsce, ale w ogóle w naszej części Europy, od cesarskich Niemiec poczynając, aż po Wilno, Lwów czy Pragę.

W wielkim uproszczeniu i zarysie można napisać, że złodziei recydywistów wieszano, morderców ścinano mieczem, a czarownice, wszelkiego rodzaju fałszerzy bądź sodomitów (co było ogólnym określeniem na wszystkich odbiegających swoimi upodobaniami od powszechnie przyjętych norm seksualnych) palono na stosie. Gdy przestępstwo wydawało się sędziom szczególnie oburzające stosowano dodatkowe atrakcje takie jak darcie pasów, łamanie kołem czy ćwiartowanie. To wszystko na pewno wyglądało jeszcze gorzej, niż brzmi – naprawdę nie chcielibyśmy znaleźć się na miejscu ludzi, którzy w ten sposób zginęli.

Fragment panoramy Warszawy z widoczną (po prawej) szubienicą na czterech słupach i z czterema belkami (il. z dzieła Georga Brauna i Fransa Hogenberga Civitates Orbium Terrarum, 1617 r.)

Fragment panoramy Warszawy z widoczną (po prawej) szubienicą na czterech słupach i z czterema belkami (il. z dzieła Georga Brauna i Fransa Hogenberga Civitates Orbium Terrarum, 1617 r.)

Tak jak było wiele rodzajów kar śmierci, tak też nie było jednego miejsca, gdzie je wykonywano. Warszawa, jak każde porządne miasto, posiadała swoją szubienicę. I jak w każdym porządnym mieście stała ona poza jej ówczesnymi granicami. Wynikało to stąd, że powieszenie uznawano za śmierć wyjątkowo haniebną. Wszak nie kto inny, tylko zdrajca Jezusa, Judasz, powiesił się. W oczach ówczesnych ludzi Judasz i wszystko co z nim związane było synonimem zdrady, obrzydliwości i zła, był to jeden z czołowych antybohaterów masowej wyobraźni.

Wieszanie po warszawsku

Nasza szubienica stała na północ od Nowego Miasta, na terenach wioski Pólków (obecnie to tereny Cytadeli). Ze względów „dydaktycznych” umieszczono ją na wzniesieniu nazwanym z czasem Górą Szubieniczną. Dyndające zwłoki miały odstraszać przed popełnianiem kradzieży, wskazując jak to się może skończyć. Wisielec wisiał zwykle tak długo, aż sam się nie „urwał”, a następnie był na górze też zakopywany (bo pogrzebem nie można tej czynności w tym przypadku nazwać). Straszne to było miejsce i bez specjalnej potrzeby nikt tam nie chadzał. No chyba, żeby popatrzeć na egzekucję.

Na jednym z najstarszych przedstawień Warszawy (u góry nad tekstem w całości w wersji z końca XVI wieku, powyżej podkolorowany fragment nieco późniejszy) widać to miejsce straceń dosyć dobrze. Co prawda warszawska szubienica ani wtedy, ani później nie była tak imponująca jak choćby paryska – stolica Francji mogła się pochwalić budowlą robiącą spore wrażenie: murowaną i wielopiętrową. Przy niej warszawska wypadała blado, ale swoje zadanie spełniała.

Mountfaucon – szubienica paryska (rycina z 1863 r., rekonstrukcja, © domena publiczna)

Mountfaucon – szubienica paryska (rycina z 1863 r., rekonstrukcja)

Na Górze Szubienicznej wykonywano także inne hańbiące wyroki śmierci, a więc w zasadzie wszystkie oprócz ścięcia mieczem (tych dokonywano na rynku). W pobliżu stało też prawdopodobnie nabite na pal drewniane koło, w które wplatano zwłoki skazańców wcześniej nim połamanych. W różny sposób, na przykład poprzez przybicie do szubienicy, eksponowano też fragmenty ciał osób skazanych na ćwiartowanie. Pozostawały tam do czasu daleko posuniętego rozkładu. Zapewne w tym samym miejscu rozpalono też niejeden stos, choć według niektórych źródeł Warszawa miała i inną, specjalnie przeznaczoną do tego celu lokalizację. Placyk położony u wylotu ulicy Piekarskiej na Podwale (mniej więcej w miejscu, gdzie jest teraz pomnik Kilińskiego) nazywano „Piekiełkiem” właśnie ze względu na płonące tam stosy.

Jeśli jeszcze tego byłoby mało, to trzeba dodać, że koło szubienic znajdowały się też zazwyczaj doły rakarskie. Do obowiązków katów miejskich należało nie tylko wykonywanie egzekucji, torturowanie, smaganie czy wyświecanie, ale też wywożenie z miasta ciał samobójców i padliny sprzątniętej z ulic. W XVII wieku w ciągu jednego roku kat wywoził średnio 120 trucheł końskich oraz 500 psich i kocich.

Nieczystości miejskie

Kolejnym zadaniem kata było wybieranie nieczystości z kloak. Cały swój „urobek” wyrzucał na zbocze skarpy, w efekcie powstała monstrualnych rozmiarów góra gnoju i wszelkich śmieci. Jeśli komuś się wydaje, że dbano o to, aby takie miejsce znajdowało się w przyzwoitej odległości od domostw, to się myli. Gnojna Górka, jak ją nazywano, była rzut beretem od Rynku Starego Miasta, kościoła św. Jana i Zamku Królewskiego. Obecnie mniej więcej w tym samym miejscu jest tam uroczy punkt widokowy chętnie odwiedzany przez turystów, z którego rozlega się malowniczy widok na Pragę. Górka spełniała swoją funkcję od średniowiecza aż do 1844 roku.

Studenci socjologii Uniwersytetu Warszawskiego powinni być też wdzięczni, że nie ma miejsca, skąd nazwę zawdzięcza ulica przy której znajduje się ich instytut. Karowa, bo kara, czyli „wóz, taczka”. Ale w tym przypadku nie jakaś tam, tylko taka służąca do zbierania z ulic śmieci i nieczystości, w tym też łajna. Nazwa ulicy poświadczona jest od 1770 roku, wzięła się od magazynu karowego, gdzie stały te wszystkie wozy, ówczesne śmieciarki. Oczywiście niespecjalnie przywiązywano wagę do pucowania tych pojazdów na wysoki połysk, a że było ich tam w jednym miejscu zapewne przynajmniej kilka, to można sobie wyobrazić te aromaty.

Miejsc tych już nie ma i nie wydaje mi się, aby ktoś specjalnie tego żałował. Trochę szkoda, że nic nie zostało po pólkowskiej szubienicy (choć może zostało, ale do tego żeby to sprawdzić potrzebne by były badania archeologiczne, a nic o takich nie słyszałem), bez wątpienia byłby to stały punkt niejednej wycieczki.

Co sądzisz? Skomentuj!