Miasto/poza

Co decyduje o warszawskości? Czy stolica jest bardziej stołeczna poza jej granicami? Siedziałem w żoliborskiej Jaskółce z głową pełną pytań. W menu nie było ani jednego mięsnego dania – wege styl zobowiązywał lokal do trzymania się zasad bezmięsnego kaszrutu, acz nie kurczowo. Na późne niedzielne śniadanie chętnych było bardzo wielu.

Pośród nich głodny ja, któremu burczący brzuch zaczynał zsyłać varsavianistyczne wizje. Ujrzałem gości siedzących przy stolikach i reprezentujących nowy gatunek kawiarnianego warszawiaka. Wtedy objawiła mi się warszawskość w całej swojej okazałości. Niezbyt szczególna, a jednocześnie wyjątkowa. Ludzie przy stolikach zwyczajnie byli, a stolica tak samo jak oni – zwyczajnie jest. Myślę, że to obecność stanowi klucz do rozwiązania zagadki o Warszawie. Nie da się jej zignorować, a żeby ją zrozumieć trzeba ze stolicą trochę pobyć.

***

Na Żoliborzu zawsze się gubię. Jednokierunkowe uliczki o łukowym przebiegu wyprowadzają na manowce. I tak z Sułkowskiego znalazłem się nagle pod domem Prezesa Kaczyńskiego. Zbieg okoliczności? Być może, ale zapukać się nie odważyłem. Poza tym okna były pozasłaniane, więc pewnie i tak nie było go w domu. Później znowu zakręciłem oberka i wyjechałem już na Mickiewicza.

Wieże kościoła św. Stanisława Kostki pięknie górowały nad zielenią drzew. Aż nie chciało się tego Żoliborza opuszczać, ale musiałem, musiałem. Jechałem dalej za Warszawę by po raz pierwszy w życiu odwiedzić Piaseczno. Warszawa przechodzi w nie niepostrzeżenie. Niby dalej tak samo płasko, ale coś się jednak zmienia. Po drugiej stronie drogowskazu znajdujemy się już  w zupełnie innej rzeczywistości. Puławska to długa ulica, ale tylu lodziarni co w Piasecznie nie ma przy niej nawet w Warszawie. Lody tradycyjne, lody tajskie, lody włoskie, lody „azalisz”, lody i kawa – pierwsza sprawa… Istne szaleństwo.

Do Piaseczna wybrałem się jednak nie na lody, a na wystawę w domu kultury. Ta zaś okazała się dziesięcioma pracami wywieszonymi na ścianach kawiarni przy stolikach. Piaseczyńscy kawiarniani bywalcy siedzieli pod grafikami jak gdyby nigdy nic. Z tego powodu w kafejce wykonałem dość pokraczny obchód stolików.  Zatrzymałem się przy każdym by obejrzeć prace ulubionego ilustratora. Chciałem popatrzeć na obrazy, a ludzie usilnie mnie zagadywali. Klimatyzacja hulała, a ja byłem chyba jedynym gościem wystawy.

***

Później zahaczyliśmy o Zalesie. Czarutek, Boguś, Tara i Bajla biegały dokoła domu jak opętane. Chojnowski Park Krajobrazowy pachniał i koił nerwy zszargane stołecznym pośpiechem. Gospodarz rytmicznie bujał się na huśtawce. Wzmagało to tylko nastrój nicnierobienia. Tył-przód, tył-przód. Warszawy poza Warszawą nie było. Siedzieliśmy na werandzie do późna. W trakcie wieczoru Boguś gdzieś się zagubił. Kot na skraju lasu trochę go przypominał. Okazało się jednak, że siedział pod deskami werandy. Musieliśmy wracać. Gospodarz przywdział koc niczym szlafrok i pomachał nam na pożegnanie. Po półgodzinie jazdy wróciliśmy do Warszawy dalej być.

Co sądzisz? Skomentuj!