Miasto jutra, ale dziś. Rozmowa z Pauliną Wilk.

O odkrywaniu miast przyszłości, niekontrolowanym rozwoju globalnych metropolii i próbie odnalezienia się w pozornym chaosie rozmawiamy z Pauliną Wilk, autorką książki „Pojutrze. O miastach przyszłości”. 

Mateusz Kaczyński: Czy lubi pani miasta? Ciekawi mnie czy po odwiedzeniu światowych metropolii nie wolała by pani przenieść się na wieś i zwyczajnie zapomnieć o wiszących nad nami problemach, które z pewnością nadejdą.

Paulina Wilk: Uwielbiam miasta. Fascynują mnie. Są jak szczególny gatunek istot żywych – skomplikowanych, rozległych, podlegających nieustającym zmianom tak dalece, że tracących pamięć. Nie postrzegam ich już jako kontry wobec natury, ale czegoś na kształt kontynuacji biologicznego procesu ewolucji – są gatunkiem silnych i rozmnażających się organizmów. Nie mam w sobie eskapizmu, od niczego nie chcę uciekać, zresztą wieś ma dziś swoje, nie mniej realne problemy. Jej istnienie jest zagrożone – gdzie nie spojrzeć miasta lub ich zaplecza. O wieś i jej adekwatną dziś definicję coraz trudniej.

„Pojutrze” nie nastroiło mnie optymistycznie. Z jednej strony byłem zafascynowany tym, co nadchodzi. Z drugiej – nie chciałbym mieszkać na stałe w żadnym z odwiedzonych przez panią miast.

Niepokój wydaje mi się nieuniknioną reakcją na złożoność świata i wyzwania, które przyszłość bez wątpienia zrzuci na nasze już przeciążone głowy. Zauważył pan, że cały świat jest dziś na walizkach? Nikt nie chce nigdzie mieszkać na stałe, wszyscy pragną być „gdzie indziej”. Migrujemy, latamy, przewozimy bagaże. Pojęcie domu i zakorzenienia traci swoje dotychczasowe konotacje. W Azji wśród młodych nomadów, z którymi koczowałam w hostelach, słyszałam, że dom jest tam, gdzie wi-fi.

W megamiastach mieszka nieraz po kilkanaście milionów ludzi. To tyle co całe narody. Jakie jest prawdziwe oblicze mieszkańców tak wielkich konglomeracji? Czy w roju można zachować indywidualność?

Oblicza są różne i wielu ludzi zachowuje indywidualność. Weźmy jedno tak olbrzymie miasto – indyjskie Delhi, w którym mieszka już, licząc z pęczniejącymi przedmieściami, około 26 milionów ludzi. Ich zagęszczenie czy współużytkowanie przestrzeni prowadzi oczywiście do integracji na różnych poziomach, ale też wcale nie powstrzymuje tradycyjnego postrzegania świata w kategorii kast czy własnych, pojedynczych interesów. To wielki, ale bardzo złożony i niejednorodny byt. Zresztą te ogromne miasta, jak Seul czy Lima, wytwarzają unikalną, niemal wioskową lokalność, ich dzielnice mają wyraźnie odrębną atmosferę i charakter, w jednych się chodzi do małych butików, w innych pracuje nocami w szwalniach, w jednych się leży na trawie, w innych tęskni za kroplą świeżej wody. Miasta, proszę nie mieć złudzeń, są bardzo podzielone, a jednym z ich największych problemów jest brak publicznej przestrzeni wspólnej, w której możemy być razem i na równych prawach.

Czy podczas wędrówki po miastach mocno odczuwała pani samotność?

Najmocniej. Samotność w podróży jest nieodzowna, żeby przeżywać świat do żywego i bez zakłóceń. W przypadku tej książki samotność była też moim narzędziem pracy – jako pojedyncza, nieuzbrojona istota szłam przez ogromne, masowe byty miejskie, mierzyłam swój pojedynczy umysł z procesami globalnymi. Takiego „pojedynku” szukałam. Dobrze znam samotność, nie ma w niej nic łatwego. Pisanie od zawsze było dla mnie najlepszym, co mogłam z nią począć.

Czy tak odległe metropolie mają dla Pani wspólny mianownik? Mentalności ich mieszkańców wydają się być skrajnie różne…

Nie szukałam go, nie wydawało mi się to istotne. Ale ten mianownik jest bardzo wyraźnie odczuwalny. Wszędzie, od Kampali po Kopenhagę, miasto jest obietnicą. Wiąże się z nim wiara, że jutro będzie lepsze, że nasze życie się rozwinie, a potrzeby spełnią. Miasto jest zaklęciem, któremu poddają się miliardy ludzi pragnący czegoś więcej niż to, co już jest. Dlatego lgną do miast i znoszą wiele niedogodności, by przeniknąć do ich wnętrza. Miasto to uniwersalne marzenie ludzkości.

Opisane w „Pojutrze” miasta wydzierają światu przestrzeń życiową. Naginają rzeczywistość by dopasować ją do swoich potrzeb. Jak długo możemy tak funkcjonować? Czy jest jeszcze dla nas nadzieja?

Możemy tak funkcjonować jeszcze długo, skoro tak właśnie – z coraz większym natężeniem – biegną sprawy od kilku stuleci. Czy wyzyskiwanie Ziemi ma kres? Chciałabym w to wierzyć. Ale coraz częściej mam wrażenie, że żyjemy w świecie, w którym niemal nic się nie kończy, nie zmienia, a zatem nie tworzy miejsca na narodziny nowego. Mamy raczej do czynienia z przekształcaniem tej samej materii, tych samych wyzwań. Miasta wydają się naginać przyrodę do granic jej wytrzymałości, ale jednocześnie dość szybko tworzą nowe rozwiązania, które pomagają im radzić sobie z kłopotami, jakie same wywołały… Najbardziej narażeni na konsekwencje są ubodzy, oddaleni od przywilejów. Zamożni, powiązani z władzą, dość skutecznie chronią swój komfort. A gdy będzie trzeba, pierwsi odlecą na Marsa. Nawet tam dościgną nas nierówności.

W książce opisuje pani dwa rodzaje wizji miast. Rewolucyjne i czasem utopijne koncepty, które nigdy lub tylko częściowo wcielono w życie oraz ich współczesne odpowiedniki. Która wizja bardziej do pani przemawia? I jak ściera się ona z rzeczywistością?

Lubię wszystkich marzycieli. Żałuję, że częściej patrzymy na nich jak na niepoważnych czy zwariowanych, niż z uwagą odczytujemy ich pomysły. W ten sposób oddajemy władzę nad rzeczywistością smutnym i władczym panom w garniturach, którzy projektują i planują miasta dobre dla biznesu, dla samochodów, dla przemysłu i szybkiego transportu. A co z mamą i dzieckiem? Co z emerytem? Co ze mną, moim psem i sąsiadami dojeżdżającymi do pracy? Co z naszymi potrzebami i marzeniami? Właśnie utopiści i odważni miejscy wizjonerzy próbują szukać rozwiązań nas uszczęśliwiających. Może gdybyśmy robili im więcej miejsca, zamiast potulnie przystosowywać się do narzuconych scenografii i scenariuszy, mielibyśmy większe poczucie kontroli i związku z własnymi miastami.

W miastach jak w soczewce skupiają się problemy ludzkości. Azjatyckie czy afrykańskie megamiasta wydają się z warszawskiej perspektywy bardzo odległe. Miastami rządzą jednak podobne mechanizmy. Z którymi problemami dotykającymi światowe metropolie przyjdzie nam zmierzyć się w Polsce najprędzej?

Mierzymy się ze wszystkimi, tyle że w umiarkowanej skali. Mamy w polskich miastach fatalne powietrze i brak zrównoważonego rozwoju, np. budynków tworzonych tak, by nie generowały wielu kosztów czy środków transportu promujących zdrowy styl życia, zamiast stania w korkach w prywatnych autach trujących nasze ciała. Mamy problem z prywatyzacją ważnych przestrzeni w miastach, tych przestrzeni, które udają, że są wspólnie. Mam na myśli różne „skwery” i „plazy” między biurowcami i galeriami handlowymi, które wcale nie są publiczne, nie wolno na nich na przykład demonstrować. Takie miejsca robią z nas klientów, a nie obywateli. Mamy kłopot z gentryfikacją różnych dzielnic, gwałtownym skokiem czynszów uniemożliwiającą zakup mieszkania dobrze skomunikowanego z miejscem pracy. Mamy za mało kieszonkowych przestrzeni zielonych – małych, dających oddech przerw w betonowym krajobrazie. One obniżają stres, zwiększają poczucie szczęścia. A betonu mamy stanowczo za dużo. Na świecie skuwa się go w miastach, zmniejsza liczbę dróg ekspresowych w terenach zabudowanych. Nam do tego daleko. Oczywiście mamy też kłopoty niematerialne, na przykład gwałtowną zmianę tożsamości wielu nowych mieszkańców miast, stresy związane z przyjmowaniem nowego stylu życia, frustracje wynikające z życia wśród wielu ludzi o różnych systemach wartości.

W takim razie które z  pozytywnych i innowacyjnych miejskich rozwiązań najlepiej byłoby wprowadzić w Warszawie? Czy według pani któraś z wizji odnosi się trafnie do naszych realiów? Chodzi mi przede wszystkim o kierunek, w którym podąża stolica Polski.

Obawiam się, że nasza stolica nie podąża w żadnym kierunku. Drepcze w miejscu, ponieważ nie posiada odważnego lidera. Rządzą nią ludzie myślący w kategoriach czteroletnich kadencji samorządowych, niezdolni wybiegać dalej, a co za tym idzie niezdolni wypełniać zadań, do których ich, jako wyborcy, powołaliśmy. Warszawie bardzo brakuje wieloletniej wizji rozwoju, zakrojonej na pół wieku i co kilka lat weryfikowanej. Od 30 lat nie powstał nawet plan zagospodarowania ścisłego centrum wokół pałacu kultury. Jest tam pustka i parking. A największa stacja metra z tak zwaną „patelnią” jako deptakiem nie jest zimą nawet odśnieżana, pasażerowie brną w błocie. To pokazuje z jednej strony brak strategicznego, dalekosiężnego myślenia, z drugiej – zupełną ignorancję podstawowych, pragmatycznych potrzeb ludzi. Ale Warszawa pozostaje dobrym miastem do życia. Ma niezłą komunikację miejską i ją powinna błyskawicznie, odważnie rozwijać, a równolegle walczyć o szybką poprawę jakości powietrza. Nie mamy w tej chwili ważniejszego problemu. Brakuje też śmiałej, wspierającej relacje i kulturę polityki lokalowej miasta. Zamiast pustostanów, aptek i banków w śródmieściu i dzielnicach, lokale mogłyby trafiać do organizacji pozarządowych, start-upów i wspaniale ożywiać całe obszary. Tak robił m.in. Berlin, z dobrym skutkiem.

Podczas pisania książki zetknęła się pani z miastami, które rozwijają się zupełnie inaczej od siebie. Jedne rozlewają się na ogromnych połaciach, inne celowo ograniczają swój obszar. Jeszcze inne zaś zmieniają się w idealny system, w którym wszystko działa sprawnie, ale też i bezosobowo. Ludzie stają się tam w pewien sposób zbędni. Które z miast „Pojutrza” najbardziej panią zafascynowało, a które rozczarowało? Dlaczego?

Bardzo lubię miasta doskonale zorganizowane, bezpieczne i niemal bezbłędne. Świetne wrażenie zrobił na mnie Singapur, który detalicznie kontroluje swą przestrzeń i jej użytkowników, ale także daje dużą przestrzeń i prestiż przyrodzie, chroni ją jak dobro narodowe. Miasta rządzone nieliberalnie, jak Singapur czy Abu Zabi, tworzą nowy model współistnienia niż nasze europejskie metropolie – tam wielu ludzi ma status gościa, nie obywatela. Ich pozostawanie w mieście jest uwarunkowane „dobrym sprawowaniem”. To wyklucza zadomowienie się, ale jest skuteczną strategią trwania miast globalnych, zamieszkałych przez liczne grupy etniczne, które bez tych obostrzeń mogłyby popaść w przemoc i konflikty. Świetnie czułam się w Seulu, Kopenhadze, Bombaju. W każdym z tych miejsc z innego powodu, ale w świecie naprawdę nietrudno o zachwyt. Jakimś rozczarowaniem był arabski Masdar – sądziłam, że jadę do eksperymentalnej utopii, a wylądowałam w biznesowej centrali produkującej nowe technologie na eksport. Zadziwiła mnie Lima – mało o niej wiedziałam, a odnalazłam miasto-mozaikę, złożoną z dzielnic-wiosek, zamieszkałych przez niezwykle przedsiębiorczych i pracowitych ludzi, którzy nie oglądają się na nikogo, od rana do nocy własnymi rękami „robią” swoją przyszłość.

Co należy zrobić by mądrze spożytkować potencjał miasta? Według badań niebawem większość ludzkości będzie mieszkać na terenach miejskich. Czego może nauczyć się od megamiast? A czego warto uniknąć?

Już dziś co drugi z nas mieszka w mieście. Za dwie dekady trudno będzie spotkać kogoś, kto żyje poza nim. Megamiasta są faktem, a ich najważniejszą zdolnością jest ta do łączenia się, komunikowania i uczenia od siebie nawzajem. Miasto to zawsze byt otwarty, rozwijający się wyłącznie przez wymianę z innymi. Dla mnie to świetny wzór do życia: wyciągać ręce, słuchać, testować podpatrzone rozwiązania u siebie, pożyczać sobie zasoby, nie obwarowywać się. W miastach na co dzień praktykujemy tolerancję, bo żyjemy wśród innych. Pracujemy u ludzi innego wyznania, kupujemy u osób o odmiennych poglądach, uprawiamy sport z osobami z innych pokoleń. To fantastyczna akademia tolerancji i zapominania o ideologii podziałów.

Dziękuję za rozmowę.

************

Paulina Wilk – Rocznik 1980. Pisarka i publicystka. Jej pierwsza książka „Lalki w ogniu. Opowieści z Indii” (Carta Blanca, 2011) została uznana za jeden z najważniejszych debiutów reporterskich ostatnich lat. Książka otrzymała m.in. nominację do Nagrody Literackiej Nike, Nagrody im. Beaty Pawlak, Nagrody Literackiej Angelus, Nagrody National Geographic Traveller i in. Autorka odebrała nagrodę Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera za najlepszą książkę podróżniczą 2011 roku. Paulina Wilk od roku 2000 publikuje teksty prasowe. Współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Polityką” i magazynem reporterów „Kontynenty”, a także TVP Kultura i Polskim Radiem. Od 2003 do 2011 roku pracowała w dziale kultury „Rzeczpospolitej”. Jest współzałożycielką Fundacji „Kultura nie boli” działającej na rzecz edukacji kulturalnej i promocji literatury, a także współorganizatorką Big Book Festival – międzynarodowego festiwalu książki, który od 2013 roku odbywa się w Warszawie.

Fotografie: Albert Zawada; materiały własne autorki.

 

Co sądzisz? Skomentuj!