Miasto 33 i 1/2

Jako że wcześniej nie miałem możliwości, na „Miasto 44” wybrałem się 2 października. Pomyślałem sobie, że data symboliczna, że warto akurat tego dnia zobaczyć film Komasy. Miejsce też dość symboliczne, bo samo serce Żoliborza – kino Wisła na Wilsona. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu, nie zobaczyłem w filmie nawet kawałka tej nadwiślańskiej dzielnicy. I nie było to jedyne rozczarowanie.

 
Nie jestem krytykiem filmowym, nie studiowałem kulturoznawstwa, ba, filozofii nawet nie skończyłem. Ale ocenić film potrafię, a nawet jeśli nie, to mogę, bo kto mi zabroni. Tak samo jak nikt niestety nie zabrania produkowania niektórych obrazów. Rozczarowała mnie już pierwsza scena. Po prezentacji wszystkich mecenasów, sponsorów, partnerów i po gadce o tym, żeby zwrócić sąsiadowi w rzędzie przede mną uwagę, żeby nie nagrywał filmu, bo w ten sposób hołdu nie oddaje (co nawet podziałało: „może Pani zgasić tę latarnię?”), cały aż kipiałem od emocji i zniecierpliwienia. Padły pierwsze słowa i czar prysł – coś nie tak z dźwiękiem. Mając jednak w świadomości, że to może moja percepcja zniekształca dźwięk, bądź raczej jest to odgłos naczosów z 11. rzędu, filmu skreślać nie zamierzałem. Poznałem bohaterów, zobaczyłem kawałek Warszawy, nie usłyszałem Lany del Rey, czekałem aż się coś zadzieje. Czekałem, aż skończy się wstęp i nastąpi właściwe rozwinięcie – słyszałem opinie, że to film dla gimbazy, więc spodziewałem się trochę uczniowskiego schematu. I tu pomyłka! Nie było tu ani klasycznego wstępu, ani klasycznego rozwinięcia, ani klasycznego zakończenia. Nie było wybuchu na początku, napięcie nie rosło z czasem. Tak naprawdę nie wiem, co tu było.

 
W filmie Komasy zamiast punktów kulminacyjnych mogę wyróżnić punkty facepalmów. Pierwszy raz złapałem się za głowę dość szybko, bo przy pierwszym pocałunku. Kto widział, ten wie, o czym piszę, kto nie widział… to może i nawet lepiej. Cały czas miałem w głowie te piękne hollywoodzkie produkcje, tam takie sceny też przecież są, prawda? Drugim kulminacyjnym facepalmem było połączenie seksu z dubstepem i przemierzaniem zalanych warszawskich piwnic – wróżę tym sześćdziesięciu sekundom status kultowej sceny polskiej kinomatografii, serio. Trzecim, największym facepalm momentem było zakończenie. Te ostatnie dwie minuty filmu. Zaskoczenia ze sceną na wyspie nie było, nawet poczułbym, że reżyser obraża moją inteligencję, jeśli właśnie tak nie skończyłaby się nastoletnia miłość. Jednak ujęcie z Warszawą w tle, to było już za dużo. Poczułem się bardzo głupim widzem, niedouczonym, nieznającym historii swojego miasta. Wręcz zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nie to przenikanie się starego z nowym gotów byłbym pomyśleć, że powstanie nie działo się w Warszawie. Nie doczekałem do końca napisów, co zdarza mi się rzadko.

 
Idąc na „Miasto 44”, nie oczekiwałem za wiele, chciałem chyba tylko zobaczyć sprawnie zrobiony film akcji, o najistotniejszym wydarzeniu w historii tego miasta. Chciałem zobaczyć, jak można pokazać apokalipsę w ponadmilionowej metropolii. Ale zabrakło mi tutaj pokazania śmierci miasta. Nawet nie wiem, kiedy to się stało. Filmowi zabrakło odpowiedniego tempa, chociaż bardziej przychodzi mi do głowy określenie: brak flow. A tymczasem zostawiam was bez puenty, bo późno już. Serwus.

 

Fot.: Fragment plakatu „Miasto 44” prod. Akson Studio

Co sądzisz? Skomentuj!