Mamy fart (na razie)

Jesienią, jeszcze przed sezonem smogowym, zacząłem przymierzać się do solidnego opracowania – chciałem na łamach Pańskiej Skórki wrócić do tematu warszawskiego powietrza w sposób kompleksowy i rzetelny, w oparciu o twarde dane. Wystosowałem więc odpowiednie pismo do Urzędu Miasta (w trybie dostępu do informacji publicznej, nieustająco polecam), na które otrzymałem obszerną odpowiedź. Poprosiłem o komentarz także Warszawski Alarm Smogowy. Przygotowując się do napisania tekstu obserwowałem nie tylko wskazania czujników pomiarowych, ale też bieżącą komunikację Ratusza, doniesienia mediów, dyskusje. Koniec końców najnormalniej mi się odechciało. Dlaczego?

Kiedy prawie rok temu spotkaliśmy się w fantastycznym gronie na smogowej debacie „OPOS”, poszczególni prelegenci zwracali uwagę na szereg kwestii, wśród których powtarzały się te same główne wątki – ruch samochodowy, dogęszczanie zabudowy, wycinki drzew versus transport publiczny, rozsądne planowanie przestrzenne, nowe nasadzenia. Nieco uwagi poświęcono też kwestii ostrzegania i alarmowania. Minęło trochę czasu i…:

  • Drzew w Warszawie ubyło więcej, niż przybyłozwracałem na to uwagę kilka miesięcy temu, sprawą zajęła się też kompleksowo NIK, która stwierdziła wprost, że „tereny zieleni nie były skutecznie chronione przed rozwijającą się zabudową”, „wskaźniki dotyczące powierzchni terenów zieleni przypadającej na jednego mieszkańca w porównaniu do 2014 r. spadły w okresie objętym kontrolą w trzech miastach (Kraków, Łódź, Warszawa)”, zaś „w kontrolowanych miastach usunięto łącznie o 16,9% więcej drzew niż posadzono nowych” a „ubytki starano się rekompensować poprzez sadzenie dużej ilości krzewów”. I skonkludowała: „Zastrzeżenia NIK budzi niedostateczne uwzględnianie problematyki ochrony terenów zieleni w procesach planowania przestrzennego.” I o ile wywody blogera każdy może podważać jak chce, to z Najwyższą Izbą Kontroli nie ma żartów
  • Ruszyła też spodziewana (choć wiele osób miało cień nadziei, że tak to się nie skończy), inwestycyjna wycinka pięciu tysięcy (a nie trzech tysięcy, jak wcześniej informowano) drzew na Żeraniu. Tu właściwie szkoda pisać cokolwiek więcej.
  • W kwestii dogęszczania warszawscy radni również są zgodni – jak pokazało głosowanie ws. Emilii Plater, uważają oni najwyraźniej, że „dominanty” poprawiają jakość powietrza, a warszawiacy bardziej niż tlenu, pragną kolejnych wieżowców w Śródmieściu (że odwołam się do niedawnego, kuriozalnego raportu Warszawskiego Forum Samorządowego).
  • Ograniczenie transportu indywidualnego na rzecz zbiorkomu? Na razie możemy o tym zapomnieć. Niezależnie od inicjatyw ustawodawczych, presja uzależnionych kierowców jest tak ogromna, że władze miasta, które mają wystarczająco dużo problemów ze zszarganą reputacją, raczej nie zdecydują się na wprowadzenie jakichkolwiek ograniczeń przed wyborami. Bilans zysków i strat liczonych w głosach byłby – niestety – niekorzystny.
  • Kwestia informacyjna również leży i kwiczy. Praktycznie za każdym razem kiedy stężenia pyłów przekraczają normy (na przykład 10-krotnie), na miejskim fanpage’u pokazują się urocze zdjęcia świątecznej iluminacji oraz… dziesiątki komentarzy wściekłych warszawiaków. Odpowiedź jest wówczas standardowa: „Informowaliśmy przez 19115 i na fanpage’u Zielona Warszawa”. I już. Sęk w tym, że aplikacja 19115 (pomijając już to, ilu warszawiaków z niej korzysta) raz działa lepiej, a raz gorzej, mi jeszcze nie zdarzyło się otrzymać w niej powiadomienia o złym stanie powietrza, a „napisaliśmy na tym drugim, mniej popularnym fanpage’u” to raczej kpina niż wytłumaczenie. Jeśli miasta nie stać na realne (czy choćby cząstkowe – takie jak bezpłatna komunikacja publiczna w dni o najgorszej jakości powietrza) działania, to przynajmniej spełnienia obowiązku informacyjnego oczekiwałbym na satysfakcjonującym poziomie.

W tym sezonie mamy jednak fart. Głównie dlatego, że tej zimy często i mocno wieje. Oczywiście nie jest to specjalny powód do radości, bo to, że „objawy” choroby są z przyczyn niezależnych słabsze, nie oznacza, że udało się pokonać jej przyczyny. Choć jestem prawie pewien, że jeśli zima będzie nadal wietrzna, to miasto z radością odtrąbi, że liczba dni z przekroczeniem stanu alarmowego była niższa niż w poprzednich latach. I nie będzie się przejmowało oderwaniem tych danych od brudnej rzeczywistości – palenia kaloszami w piecach domów jednorodzinnych, starych diesli w korkach na Wisłostradzie i dogęszczania, dogęszczania, dogęszczania.

Czy jeszcze w jakikolwiek sposób liczę na to, że ratusz podejmie skuteczną walkę o jakość powietrza w Warszawie? Absolutnie nie. Pozostaje gra pozorów, „milion drzew dla Warszawy” (w tym miejscu wróćmy jeszcze raz do raportu NIK), zakup kilku elektrycznych autobusów (i kolejnych spalinowych), uprzywilejowanie deweloperów i zaklinanie rzeczywistości przez zakup oczyszczaczy powietrza do żłobków.

Co nam pozostaje? Maski przeciwsmogowe i trzymanie kciuków za to, aby tej zimy wiało jak najczęściej.

PS. Nie wiem, czy prez. Kaznowska czytała mój tekst, ale krótko po jego opublikowaniu na jej profilu na Facebooku pojawił się taki oto wpis:

No to faktycznie – 20 autobusów (z perspektywą „aż” 160 do 2020 r.) na łączną liczbę prawie 1800 pojazdów – czapki z głów. Albo lepiej nie, bo wieje.

Co sądzisz? Skomentuj!