Lumpeksy (nie)humanitarne

Kupowanie używanej odzieży ma niezliczone zalety, wśród których możliwość przyoszczędzenia całkiem znacznej sumki wcale nie jest najistotniejsza. Zaopatrując się drogą kupna w lumpeksach odciążamy nieco środowisko naturalne, ograniczamy swój udział w wyzysku robotników przemysłu tekstylnego Trzeciego Świata, a w niektórych przypadkach nawet wspomagamy działalność charytatywną.

O ile te dwa pierwsze dobre uczynki wydają się dosyć oczywiste i można je realizować w dowolnym lumpeksie, to już do tego trzeciego niezbędny jest nam tak zwany sklep charytatywny. Pamiętacie wielki hicior sprzed kilku lat, „Thrift shop”? O tym właśnie tu mówimy. Thrift shopy w Europie Zachodniej czy w Stanach są bardzo popularne (w przeciwieństwie do szmateksów działających tylko dla zysku), u nas jednak nie ma ich wcale dużo. Second handy w Polsce to w zdecydowanej większości przypadków działalność czysto komercyjna, i choć nie jest to w żadnym wypadku zarzut, to trzeba przyznać, że chyba przyjemniej jest kupić tanio jakiś ciuch i jeszcze na dodatek mieć świadomość, że wsparło się przy okazji szlachetny cel.

W sklepach charytatywnych pracują woluntariusze, zaś towar pochodzi z darów, dochód przeznaczony jest przede wszystkim na zasilanie funduszu organizacji, która prowadzi daną placówkę. W Warszawie, z tego co mi wiadomo, takie miejsca są do policzenia na palcach jednej ręki. Trzy sklepy ma zasłużona fundacja Sue Ryder, w zeszłym roku na Pradze powstał sklep fundacji Pasja Życia. Co do ich działalności nie ma większych zastrzeżeń, nie trafiłem w każdym razie na żadne informacje, które by podważały ich wiarygodność. Niestety, nie powinno nas to zwalniać z czujności.

W samym centrum stolicy, nieopodal kina Femina (na zawsze w naszej pamięci) mieści się jeden ze sklepów sieci Humana People to people. Zajmuje naprawdę spory lokal (w samym centrum Warszawy!), zaś drugą jego charakterystyczną cechą odróżniającą go od zwykłego szmateksu jest to, że są tam stosunkowo wysokie ceny. Nie byłby to duży problem, ostatecznie można zapłacić te kilka złotych więcej, jeśli w ten sposób pomagamy potrzebującym. Bo chyba taki jest zamysł? Jeśli sklep nazywa się Humana „Ludzie dla ludzi”, to można założyć, że pomaga ludziom? Gdyby ktoś miał wątpliwości, to na ich oficjalnej stronie czytamy: „Naszą misją jest wspieranie najbardziej potrzebujących na całym świecie poprzez nasze projekty humanitarne”.

(c) ŁT

Niestety, moja wredna natura sprawiła, że nie ograniczyłem się do zaufania informacjom z ich strony. Pierwsze, co musimy wiedzieć, to że Humana People to people Polska nie jest żadną organizacją pozarządową – fundacją czy stowarzyszeniem. To zwykła firma, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, działa na takich samych zasadach jak przedsiębiorstwo produkcyjno usługowo handlowe „U Adama” czy inny Drutex. No i w porządku, każdy może mieć firmę i nazywać ją jak chce, może też przeznaczać część swoich dochodów na wspieranie najbardziej potrzebujących na świecie. Problem jednak polega na tym, że na te cele może przeznaczać na przykład tylko 1% zysków – będzie to całkowicie legalne w świetle prawa i faktycznie daje uzasadnienie do chwalenia się działaniami humanitarnymi. Niby w porządku, ale coś tu jednak paskudnie śmierdzi… A to jeszcze nie wszystko.

Humana jest jedną z emanacji międzynarodowej organizacji Tvind z Danii. Teoretycznie, podobnie jak choćby Fundacja Sue Ryder, prowadzi sprzedaż ubrań z drugiej ręki, aby finansować swoją szlachetną działalność. Tvind stawia sobie ponoć za główny cel przede wszystkim walkę z AIDS i biedą w Afryce, jednak trochę niepokojące może wydawać się, że jej główny założyciel, Mogens Amdi Petersen, przez 22 lata ukrywał się w różnych miejscach na świecie, zaś sama Tvind w kilku krajach uznawana jest oficjalnie za groźną sektę. Petersen był ścigany przez Interpol, FBI, rząd duński, i nie wiadomo kogo jeszcze. Sklepy spod egidy Tvind w różnych krajach Europy działające jako charytatywne nie raz i nie dwa dostawały nakaz oficjalnego zmienienia profilu swojej działalności na czysto komercyjny. Powód? Oddając zaledwie 12% z całego dochodu na cele charytatywne (tak było w przypadku Planet Aid, czyli innej filii Tvind, w Wielkiej Brytanii) trudno im było przekonać władze państwowe, iż rzeczywiście zajmują się czymś bardziej szlachetnym niż generowanie zysków. Budzący pozytywne skojarzenia entourage organizacji pozarządowej nie musiał być jednak zmieniony, dzięki czemu klient nadal mógł mieć wrażenie, że kupując sweterek pomaga biednym Afrykańczykom. Jeśli jeszcze tego byłoby mało, to Tvind znane jest z tego, że organizuje wolontariaty polegające głównie na, oczywiście, darmowej pracy przy zbiórce i segregacji odzieży, która następnie jest sprzedawana w sklepach takich, jak ten w Warszawie.

przypadek

PRZYPADEG?!? NIE SONDZE!!!!11

Szefostwo polskiego oddziału Humany odcina się od wszystkich negatywnych działań Tvind (z drugiej strony, co innego mieliby mówić?), jednak nie przeszkadza im to promować tę podejrzaną markę w Polsce. Ktoś, kto w odruchu serca postanowi zrobić tam zakupy, a następnie poczyta o nich w Internecie bez wątpienia poczuje się nabity w butelkę, w efekcie czego nie tylko nigdy nie kupi już niczego w Humanie, ale też w jakimkolwiek sklepie charytatywnym. Byłaby to wielka szkoda.

P.S. Materiałów obciążających Tvind, a zatem też Humanę, jest aż nadto w internetach, podaję kilka najistotniejszych linków.

http://tvindalert.com/

https://wolontariat.wordpress.com/wasze-forum-2/uwaga-na-oszustwa/

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/285279,1,mlodziez-plus-odziez.read

(źródło grafiki: http://polona.pl/item/18385487/39/, zdjęcie: ŁT)

Co sądzisz? Skomentuj!