L’Arc Varsovie – Homar’s Original

„Świeżość bywa tylko jedna – pierwsza i tym samym ostatnia” – głosił wszem i wobec bułhakowowski kot Behemot, a jest to zasada, która powinna przyświecać każdej restauracji serwującej owoce morza. W L’Arc Varsovie traktują to motto niezwykle serio, co sygnalizowane jest już na wstępie, gdy zajmujemy miejsca obok sporego akwarium, w którym przesiadują całkiem pokaźne skorupiaki.

[Chjena] Na zaproszenie restauracji mieliśmy okazję w przemiłym towarzystwie zdegustować przegląd tutejszego menu, obejmujący jednocześnie przekrój większości owoców morza dostępnych w Warszawie. Trzeba przyznać, że w L’Arcu mają rozmach i znają się na rzeczy, a zasygnalizowali to już przy doskonałej przystawce – pięknie skomponowanego talerza różnego rodzaju ostryg. Teoretycznie ułożone w kolejności od najtańszej do najdroższej sztuki, w praktyce faworytem stołu zostały Mar. Oleron i Belon. Serdecznie polecam tę opcję poznawania smaków, bo dopiero w porównaniu ujawniają się subtelne różnice z każdego morskiego regionu. Dodatkową zaletą jest fakt, że zjedzenie kilku ostryg w przeciągu kwadransa to dosłownie przyspieszony kurs sprawnego jedzenia tej nietypowej potrawy – przy trzeciej człowiek już całkiem sprawnie radzi sobie z wrzucaniem jej prosto do przełyku.

[Elzynor] Jako drugi podano krem z homara, pozycja podobno utrzymująca się w menu od lat. Może zabrzmi to dziwnie, ale smakował, jakby był zrobiony z cukierków Werther’s Original. Maślano-karmelowa nuta wybijała się ponad wszystko (stety bądź niestety przyćmiewając homara). Ja zostałem fanem, ale sądzę, że nie każdemu podejdzie.

[C] Ano właśnie – i mnie akurat ten pomysł na zupę zupełnie nie przypadł do gustu. Przede wszystkim, złożenie potrawy w dużej mierze ze składnika tak doszczętnie kalorycznego jak deserowa śmietanka (a smak sugeruje, że tak jest w rzeczywistości) kłóci się jakoś z moją koncepcją przygotowywania jedzenia, z drugiej strony nie sposób odmówić, że jest to swoiste połączenie comfort food i haute cuisine. Odważna koncepcja, najwyraźniej nie trafiająca jedynie do takich malkontentów jak ja, za to wzbudzająca zachwyt u całej reszty, skoro goście przy każdej próbie zmiany karty domagają się przywrócenia karmelowo-homarowego konceptu.

Podbił moje serce za to przegrzebek na delikatnym kremie z topinamburu. Nie przepadam ani za „sążakami”, ani za modnymi swojego czasu bulwami, ale w L’Arcu najwyraźniej nawet trudne z pozoru składniki umieją przerabiać na małe dzieła sztuki kulinarnej. Przegrzebek był mięciutki jak masło, puree idealnie doprawione, a tym słynnym owocem na torcie w tym przypadku okazał się cytrusowy sos, idealnie dopełniający całości.

Oczywiście, podczas kolacji nie mogło zabraknąć absolutnego klasyka morskiej sceny gastronomicznej, czyli garnuszka muli w białym winie. L’Arc wie, że w tym wypadku mniej znaczy więcej, a przede wszystkim broni się świeżość i jakość składników, smak zatem nie jest zdominowany przez nadmierną ilość przypraw czy dodatków, a my w spokoju możemy skupić się na medytacyjnej wręcz czynności obierania muli.

[E] Kolejne pozycje, homary (spróbowałem wszystkich trzech) oraz sernik jak dla mnie już tak nie błyszczały, ale wynikało to raczej z moich osobistych preferencji, a nie braku kunsztu szefa kuchni. Fanem homarowego mięsa nigdy nie byłem, a demonstracja wierzgającego ogonem obiadu, który chwilę potem wylądował na talerzach, przypomniała mi, czemu niemal zupełnie przerzuciłem się na wegetarianizm… Dopiero sernik o smaku i konsystencji wyraźnie powyżej średniej oraz ostatni łyk znakomitego białego wina, jakie hojnie polewano nam przez cały wieczór, jakoś mnie udobruchały.

[C] Słowo o wystroju – jak na restaurację o takim standardzie i stosunkowo wysokich cenach (choć mając na względzie tutejszą dbałość o świeże dostawy, jest to zrozumiałe), w moim odczuciu mógłby być nieco lepiej przemyślany. Akwaria niekoniecznie uatrakcyjniają wnętrze, szafki pod nimi pamiętają chyba początki restauracji, i pomimo białych obrusów i ładnie ubranych kelnerów nie odczuwa się wyjątkowości wnętrza na Puławskiej. Warto zadbać, by klasa tutejszych potraw szła w parze z Francją-elegancją wokół.

[E] Na sam koniec dodam może, że jestem ogromnym fanem konsekwentnie granej w lokalu francuskiej muzyki, nowszej i starszej. Jeżeli mieszanka Edith Piaf, Zaz, Brassensa i kilku innych, których już sobie nie przypomnę, to wszystko, czego Wam do szczęścia potrzeba – na pewno się nie zawiedziecie. Z L’Arc wyszedłem – dosłownie – ze śpiewem na ustach. Co nie, Chjena?

Zdjęcia: Damian Dawid Nowak – www.goodplacewarsaw.pl

L’Arc Varsovie, ul. Puławska 16, tel. 519000050

Co sądzisz? Skomentuj!