Lament w mieście. Rozmowa z Adamem Strugiem.

Czas ucieka, wieczność czeka. Wszyscy kiedyś umrzemy, ale czy ktoś po nas zapłacze? Być może będzie to grupa śpiewaków na warszawskich Powązkach. O niecodziennych cmentarnych śpiewach, muzyce dawnej i śmierci w przestrzeni publicznej rozmawiamy z Adamem Strugiem. 

Mateusz Kaczyński: Zbliża się Wszystkich Świętych, a na warszawskich Powązkach po raz kolejny będą śpiewane pieśni żałobne. W jaki sposób powstała ta inicjatywa?

Adam Strug: Geneza tego zamieszania jest taka, że razem z kolegami w latach licealnych piliśmy to i owo na grobach poetów pochowanych na Powązkach. To było trzydzieści lat temu. W pewnym momencie, trudno powiedzieć kiedy, przerodziło się to w śpiewy w katakumbach, które nawiązują do mickiewiczowskich dziadów. Nie wprost, ale na poziomie wiersza. Niczym chór młodzieży, którego śpiewanie otwiera guślarz. Można powiedzieć, że to coś w rodzaju „ochrzczonych” dziadów. Śpiewamy bowiem pieśni katolickie zgodnie z obyczajem, który od XVII wieku praktykowała szlachta. Z tamtych czasów pochodzą też utwory. Mamy opowieści o śmierci właściwe dobie baroku: długie, wierszowane, z opisami rozpadającego się ludzkiego ciała. Takie rozważania były rodzajem praktyki ascetycznej. A przy okazji kwitła sztuka poetycka.

Barokowy rodowód zahacza o vanitas, która jest coraz mniej obecna w ogólnej świadomości. Czy chce Pan wskrzesić w Warszawie tradycję pięknego przeżywania śmierci?

Niczego nie wskrzeszam. Posługuję się wyłącznie tym co jest przekazywane w tradycji ustnej. Jak to się ma do Warszawy? Historyczne Mazowsze to właśnie to miejsce, gdzie taka muzyka się narodziła i gdzie ją praktykowano. Warszawa jest miastem szczególnym – poza Starym i Nowym Miastem tworzyły ją jurydyki. Warstwa służebna i chłopstwo mieszały się z mieszczaństwem. Kiedyś śpiewałem u najoświeceńszych dominikanów na Służewie. Spotkałem się z uwagą: „Nie jesteśmy na wsi”. Odparowałem: „A ojczulek to niby skąd pochodzi?”. Praktykujemy rzeczy śpiewane przez ludność mazowiecką zamieszkującą Warszawę od zawsze. Pieśni do współczesności zostały przeniesione przez chłopstwo, które napłynęło do stolicy przed wojną jako służba, a po wojnie jako nowy narybek warszawski, do którego należę. W wybitnie warszawskim filmie „Trzeba zabić tę miłość” Jadwiga Jankowska-Cieślak idzie ulicą Grójecką i trafia na procesję Bożego Ciała, która wychodzi z kościoła św. Jakuba. Ludzie śpiewają tam bardzo powoli czyli tak jak śpiewa się do dzisiaj na wsi. Nie ma w tym maniery współczesnych organistów – trzy razy szybciej i za wysoko. W filmie ludzie śpiewają jak najbardziej po mazowiecku – i to na Starej, mieszczańskiej Ochocie.

Katakumby Cmentarza Powązkowskiego pod koniec XIX wieku. (źródło: PAP/Marian Leśniewski)

Kto pojawia się na cmentarnym śpiewaniu?

Fermentem są uczestnicy spotkań śpiewaczych prowadzonych przeze mnie od 19 lat w Warszawie. Grupa jest mieszana i składa się z ludzi w wieku od 18 do 80 lat. Dosłownie. Stałych uczestników jest około 50, ale niektóre spotkania dobijają do setki. Zgromadzenia na cmentarzach gromadzą nawet 400 osób. Zaczyn śpiewaczy musi być, a reszta to ludzie zwołani na fejsbuku. Wydarzenie cieszy się dużym odzewem i zainteresowaniem medialny,m czego wcale nie pragnąłem. Ale trudno odmawiać zainteresowanym sprawą dziennikarzom. Działamy jako pospolite ruszenie śpiewacze w całości non-profit. Miejscowy proboszcz próbuje nas zagłuszyć i wstawia głośniki z odrażającą muzyką z magnetofonów. Na szczęście jednak o tej samej porze odbywają się u św. Karola ichnie nabożeństwa, więc nie wchodzimy sobie w drogę.

Nie widzi Pan w tym konfliktu? Z jednej strony katolickie Wszystkich Świętych, z drugiej pogańskie dziady.

Toż to wigilia Dnia Zadusznego. Wszystko się zgadza. Poza tym – nie pogańskie, a ochrzczone.

Kościół nie patrzy na te coroczne spotkania krzywym okiem?

Nie. Gdybyśmy robili para-liturgię może, i owszem patrzyłby krzywym. Ale my zaczynamy Mickiewiczem, przeklętym heretykiem. Nie odwołujemy się do ortodoksji katolickiej, więc nie ma teologicznego dysonansu. Dzień Zaduszny to dzień roboczy, więc spotykamy się w przededniu tuż po zapadnięciu zmroku. Wigilia Zaduszek jak w sam raz na nasze dziady.

Śpiewy na Powązkach odbywają się raz w roku, ale muzyka dawna wraca do szerszej świadomości. Jak ocenia Pan jej ożywienie?

Pozwolę sobie uporządkować pojęcia. Do worka z muzyką dawną wrzuca się wszystko. W konsekwencji trudno tam coś sensownego znaleźć. To oczywiście gruba generalizacja. Mamy w niej rzeczy średniowieczne, renesansowe i barokowe. Co więcej, interpretowane w taki sposób jakby już w tamtych czasach funkcjonowała wokalna emisja operowa. Jest w takim podejściu do rzeczy mnóstwo bredni, dlatego odstawmy to zagadnienie na bok. Określenie muzyka ludowa, w doniesieniu do tego co robimy na Powązkach, też nie ma tu zastosowania. To muzyka jak najbardziej szlachecka, choć przez lud zachowana. Zbiór muzyki polskiej składa się z trzech ogniw: szlacheckiego, gminnego i kościelnego. Dopiero te trzy dają pełen obraz polskiej muzyki tradycyjnej. Rzeczywiście, obecnie mamy do czynienia z przebudzeniem tej muzyki. Jeśli chodzi jednak o proporcje to absolutnie ruch niszowy. Nie przypisuję sobie tu roli sprawczej, bo sukces zawsze ma wielu ojców. Jest faktem, że z naszego środowiska wyszło wiele inicjatyw m.in. domy tańca. Po 28 latach pracy doczekaliśmy się w każdym ośrodku akademickim grup, które zajmują się muzyką tradycyjną. Kultura zawsze tworzy się pierwotnie w małych grupach. Tak więc jest to ruch elitarny, ale jedynie przez liczbę. Nie przeceniamy własnej roli. Jesteśmy maleństwem w morzu muzycznego bezguścia Otacza nas potworna kakofonia, muzyczny nonsens. Nie jest łatwo przebić się z naszym komunikatem, ale jest poprawa.

Pieter Claesz – Vanitas (źródło: Wikipedia). 

Co zmieniło się w takim razie na lepsze?

Gdy startowaliśmy na początku lat dziewięćdziesiątych były dwa lub trzy zespoły folkowe jak np. Kwartet Jorgi. Nie zajmowały się one muzyką polską, może poza Pogórzem. Wszystko było ujęte w formule muzyki świata. Podobnie grupa Syrbacy… Dla nas było to zbyt biesiadne. Równolegle z moim środowiskiem powstała lubelska Orkiestra Świętego Mikołaja. Z nim też nie było nam po drodze. Przebierali się w łapcie i generalnie uważaliśmy to za obciach. My poszliśmy w inną stronę. Oto mamy rzeczywistość zastaną, którą warto pielęgnować. Muzyka polska nie potrzebuje według nas nosa symfonicznego, jazzowego czy nie wiadomo jakiego. Jest wartością samą w sobie. Ta metoda zaowocowała powstaniem kilkudziesięciu kapel grających muzykę polską in crudo, czyli bez stylizacji. Poza nimi w polskim interiorze działają grupy łączące starych depozytariuszy tej muzyki, oraz młodzież. Ten ostatni element, uważam, jest w naszej pracy jest najistotniejszy.

muzycznych poszukiwaniach  często wraca Pan do konkretnych miejscowości na Mazowszu.

To kilka wiosek drobnoszlacheckich i kurpiowskich w Łomżyńskiem, położonych po północnej i południowej stronie Narwi. Dzieli je tylko rzeka, a są to bardzo odmienne, muzyczne kosmosy. U drobnej szlachty łomżyńskiej mamy zachowaną muzykę barokową we właściwie nie zmienionej formie. Podobnie jeśli chodzi o gwarę to jest to bardzo ciekawa forma mazurzenia. Z kolei u Kurpi mamy fascynującą muzykę plemienną z najstarszą formą gwary mazowieckiej. Kurpie zaczerpnęli od szlachty pieśni religijne, ale zmodyfikowali je zgodnie ze swoją muzykalnością. Szlachecka grupa jest sceptyczna wobec muzykalności kurpiowskiej. Według niej Kurpie śpiewają jak dzicy. Ja myślę inaczej. Oba elementy są komplementarne i nie sposób ich od siebie bez krzywdy oddzielić. Ludzie nie mają świadomości pochodzenia pieśni. Kiedy pokazuję im, że pochodzą z antologii polskiego baroku są bardzo zdziwieni, przede wszystkim datowaniem. Nie wiedzą kim był Cyceron, albo Helena Trojańska, a jednak śpiewają te wiersze. Wszystko to jest osadzone społecznie, kulturowo i historycznie na Mazowszu – jego północno-wschodnim jego krańcu. Od Łomży po Wysokie Mazowieckie leżą wioski drobnoszlacheckie, w których nigdy nie było pańszczyzny. Żyli jak chłopi, ale byli wolni. Przy okazji byli też sejmową klientelą magnaterii. Siedzą w tych samych wioskach od XVI. wieku, ale tak jak chłopi pamięci o owych zaszłościach historycznych nie mają.

„Wszystko zginie/ Świat przeminie / Króla i cesarza śmierć nie minie”. 

Czy umiemy dzisiaj dobrze umierać?

Trudne, a wręcz niemożliwe do odpowiedzi pytanie. To kwestia indywidualna. Miałem ten niefart, że czterokrotnie byłem świadkiem zejść  Nie były to nagłe śmierci, ale odchodzenie z racji wieku. Zawsze było to przerażające. Zdarzyło mi się też spotkać kilka osób, które odchodziły pogodzone z faktem. Rozumiem, że zmierza pan tym pytaniem do współczesnej percepcji tych zjawisk.

O to chciałem pytać.

Można powtarzać komunały, że śmierć nie jest komercyjna, że nie można jej eksponować, bo psuje apetyt. Myślę, że powód jest głębszy. Bierze się on ze zmiany światopoglądowej. Niegdyś wszyscy obligatoryjnie przynależeli do formacji religijnej, na której ufundowana jest nasza cywilizacja. Wszystko zmieniło się z nastaniem republiki, czyli okresem międzywojennym. Mimo, że istniały jeszcze obostrzenia społeczne, które nakazywały zachowywać konwencję, to jednak już wówczas była pewna dowolność. Dzisiaj mamy do czynienia z masową apostazją. To moim zdaniem nowe zjawisko w dziejach. Były w przeszłości zbiorowe konwersje, ale zbiorowych apostazji wcześniej nie przerabiano. Wystarczy spojrzeć na Warszawę. Tu dwanaście procent populacji chodzi co niedziela do kościoła. Nie należy się łudzić tym co dzieje się na pasterkach czy w Wielkim Tygodniu. To jest zupełnie inna jakość. Odsetek osób uczęszczających do kościoła, a przy tym podejmujących poważniejsze zobowiązania sakramentalne jest coraz mniejszy. Zmiana nastąpiła za mojego życia. Dawniej warszawskie świątynie były pełne. Faktem jest, że wówczas uczestnictwo w uroczystościach kościelnych była też kwestią polityczną. Dzisiejszy brak sankcji religijnej powoduje spustoszenie, nie tylko kulturowe. Także etyczne. Współcześni wyrzekli się perspektywy, czy też złudzenia, życia wiecznego. A bez religii śmierć staje się aktem jak najbardziej zwierzęcym, bez transcendencji i jakiegokolwiek sensu. Być może tu należałoby szukać przyczyny zepchnięcia tego tematu na margines.

Czy wspólne śpiewanie pieśni żałobnych poruszających tematykę śmierci jest w stanie wypełnić tę pustkę?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. W moim przypadku śpiewam o śmierci, bo nie mogę się od niej uwolnić. I od śmierci i od tej muzyki. Moją wyobraźnię muzyczną kształtowała starszyzna urodzona pod koniec XIX wieku, a na pewno przed I Wojną Światową. Jako dziecko byłem epatowany tymi treściami na okrągło. Efekt jest taki, że mimo religijnego sceptycyzmu stałem się śpiewającym kościelnym dziadem. Nic tego nie zmieni. Nie wyrzucę tego z siebie. Okazało się też, że to co robię wzbudziło zainteresowanie środowisk tak zwanej muzyki dawnej. Rozpoznali oni w moim śpiewaniu pewne tropy, które zatracili poświęcając się nie wiadomo po co tworzonym rekonstrukcjom. Okazało się też, że jest na te rzeczy zapotrzebowanie w mieście. Gdy poszła fama, że jest facet, który śpiewa cały pogrzeb od początku do końca, to nie mam miesiąca, w którym bym pogrzebów nie śpiewał. Co ciekawe w zleceniach przodują środowiska inteligenckie czy wręcz VIP-owskie. Dostosowuję śpiewanie do sytuacji. Jeżeli pogrzeb jest świecki to nie epatuję treściami religijnymi. Nie taka jest moja rola. Śpiewam wtedy pieśni zegarowe, bez odniesienia do bóstwa wprost. Jeśli zaś pogrzeb jest religijny to oczywiście na odwrót. Często wiersze barokowe były obrabiane przez jezuitów czy innych autorów pobożnych, którzy dopisywali początek i koniec dydaktyczny. Tak zachowane pieśni funkcjonują do dzisiaj. Zauważyłem, że nieodmiennie robi to duże wrażenie na słuchających. Odpowiadając na pytanie – nie wiem czy pustkę spowodowaną śmiercią jest w stanie cokolwiek wypełnić. Myślę, że nie. Pieśni dają jednak ludziom pretekst do zderzenia z tymi treściami, a także z samym sobą. Ta muzyka to początek podróży wgłąb samego siebie i naszej kulturowo-światopoglądowej genetyki.

Dziękuję za rozmowę. 

****

Adam Strug – śpiewak i instrumentalista, autor piosenek, kompozytor muzyki teatralnej i filmowej, scenarzysta filmów dokumentalnych, pomysłodawca zespołu śpiewaczego „Monodia Polska”, praktykującego polskie pieśni przekazywane w tradycji ustnej.

Co sądzisz? Skomentuj!