Le Cedre Lounge zapiera dech

[Chjena] Już od progu w Le Cedre Lounge zapiera dech. Z jednej strony tętniąca życiem Grzybowska, aktówki, biurowce, taksówki i hotele, a za drzwiami orient pełną gębą. Czego w tym lokalu nie ma! Kobierce na ścianach, poduchy koniecznie z frędzlami, złocenia, przedziwne instalacje wystające z sufitu, zamontowany na środku pomieszczenia odwrócony kajak w charakterze lampy, zaś wisienką na torcie jest swoista alkowa miłości usytuowana w rogu sali, kusząco podświetlona na czerwono. Ogromnie podziwiam konsekwencję właściciela w przystrajaniu Grzybowskiej w tym samym, utartym od dwudziestu lat przebogatym stylu, a jednocześnie jest to posunięcie dalece ryzykowne. Tak określone wnętrze nie przyciąga sąsiadującej klienteli na służbowe lunche, z kolei te okolice Warszawy nie są typowe dla wieczornych przechadzek, by wstąpić z przyjaciółmi na winko i hummus. Osobiście pozostałabym jedynie przy dyskretnych libańskich akcentach, tonując ferię barw i tkanin, które niestety przywołują natychmiastowe skojarzenia z unoszącym się kurzem. Mimo wszystko nie sposób docenić istnej enklawy szaleństwa w tym monotonnym otoczeniu białych kołnierzyków.

[Elzynor] Od progu wita profesjonalnie uprzejma, przygotowana w kwestii karty i (jak się potem okazało) sprawnie operująca talerzami i obsługa. Jeżeli kelnerzy i kelnerki taką uwagę oraz chęć opowiadania gościom o serwowanych daniach wykazują codziennie, to chapeau bas.

[C] Libańską ucztę zaczęliśmy delikatnym kremem z soczewicy, przystrojonym chipsami z prażonej cebulki i odpowiednio spieczonej pity. Zazwyczaj lubię bardziej konkretne smaki, tutaj sama zupa nie obfitowała w przyprawy, ale dobrze pobudziła apetyt na resztę wieczoru. Dalej wjechały zimne przystawki – pysznie tahinowy hummus i chyba najlepszy mutabal, jaki w życiu jadłam. Jestem fanką bakłażana w życiu codziennym, ale rzadko kiedy w wersji smarowidła mnie przekonuje, Le Cedre serwuje go jednak z odpowiednim dodatkiem cytryny, czosnku i pestek granata. Zakochacie się w tej paście!

[E] Postanowiono nam urządzić święto trzech króli wśród bliskowschodnich past i do tych dwóch klasyków zaserwować doskonały lebneh. Świeży, delikatny w smaku serek łamał wyraźniejszy hummus i mutabal, dzięki czemu można było odświeżyć kubki smakowe i delektować się kolejną kolejką meze. Jedyne, do czego bym się tu przyczepił był wybór pity. Podają tu tę płaską, cienką i suchą, za którą osobiście mniej przepadam, choć przyznaję – przynajmniej była ciepła i świeża. Taka w formie bułeczki może jest mniej tradycyjna, ale według mnie można nią podbić niejedno podniebienie.

[C] Obok past zakąskowy klasyk arabski, czyli odświeżający tabbouleh. Tutaj znowu nie pożałowali soczystego granata, pomidorki posiekane tak drobniutko, że nawet ja nie wybrzydzałam, znakomity, lekki przystanek przed przejściem do konkretów na ciepło.

[E] Po zimnych przystawkach poprzeczka zawisła wysoko, ale z czystym sumieniem stwierdzam, że ciepłe przynajmniej im dorównały. Dla mnie absolutnym faworytem były plasterki suszonej wołowiny z dodatkiem kaparów. Połączenie-majstersztyk! Bardzo wyraziste i zapadające w pamięć. Wybił się też bardzo sycący, dość tłusty ful z bobu, podany w formie pomiędzy wege-gulaszem a pastą. Ale uprzedzam, że to danie idealne raczej na zimę niż ciepły, letni wieczór.

[C] Poza tym – pyszne pikantne kiełbaski jagnięce oraz przyzwoicie miękka wątróbka drobiowa. Mimo, że tego typu potrawy nie należą do moich faworytów, z ochotą i regularnie podskubywałam sobie je co i rusz. Wciągają i ciężko się oprzeć.

[E] Po tym wszystkim ja mógłbym właściwie zakończyć ucztę, bo meze były tak syte, że dania główne musiałem w siebie dosłownie wciskać. Ale trzeba być twardym, a nie miękkim… chyba, że jest się jagnięciną. Ta wygrała zdecydowanie: była delikatna i kruchutka, z wyczuciem uduszona w winie. Kolejne danie, bakłażan zapiekany pod serem, był blisko pierwszego miejsca. Klasycznie połączony z sosem pomidorowym pokazał, że także wegetarianie znajdą w Le Cedre coś dla siebie.

[C] Kofta serwowana jako danie główne, wydawać by się mogło – reprezentacja kuchni arabskiej – niestety zawiodła. W mojej ocenie brakowało przypraw (a koftę można podkręcić świeżym szczypiorkiem! Letnimi ziołami!), a i mięso okazało się być suche w sposób dalece rozczarowujący. Na talerzu obok szaszłyka gościła jednak niepozorna gwiazda wieczoru, a mianowicie puszysta niczym chmurka pasta z czosnku. Idealna jako dodatek do mięs, ale przyznam z ręką na sercu, że i z samym chlebem bym jej nie odmówiła. Koniecznie zwróćcie uwagę na ten krem, można go także zamówić solo w ramach zimnych przystawek.

[E] O kofcie prędko pozwoliło nam zapomnieć mocne, pasujące do głównych dań czerwone libańskie wino, jakie polecił na kelner. To był dobry, choć w większej ilości na pewno uderzający do głowy wybór.

[C] Wielkie, nieprzyzwoite wręcz obżarstwo zakończyliśmy deserem w postaci ciasta nitkowego. Nie jest to słodycz tak nieznośna i zaklejająca jak w przypadku baklawy, jednak absolutnie wystarczająca, by zostać usatysfakcjonowanym na koniec posiłku. Przełożenie nitek budyniowym kremem i rozrzucenie na talerzyku paru owoców może wydawać się mało skomplikowanym zabiegiem, ale efekt był jak najbardziej wart grzechu i poniesienia ryzyka, że nie ruszymy się do następnego dnia od stołu.

[E] Ruszyć się można, ale na pewno nie należy planować innych posiłków przez kolejne kilkanaście godzin. Moje następujące po wizycie w Le Cedre śniadanie i lunch bardzo się przesunęły… Gdyby nie podana na pożegnanie herbata z kardamonem zapłaciłbym za takie testowanie pojemności żołądka jeszcze drożej. Ale warto było!

fot. Aleksandra Pakieła

Le Cedre Lounge, ul. Grzybowska 5A, tel. 22 299 72 99

Co sądzisz? Skomentuj!