www: warszawski wietnamski wypasik

Na kaca najlepsza jest praca – to popularne powiedzenie jest wierutnym kłamstwem, na dodatek szkodliwym, wypaczającym zależności przyczynowo skutkowe i petryfikującym dominację kapitału nad światem pracy. Wszyscy wiedzą, że na kaca najlepszy jest BUN albo PHO! Dlatego pierwszego stycznia zameldowałem się w Viet Street Food . Ale po kolei.

W najntisach wizytówką kuchni azjatyckiej, a w tym wietnamskiej, był dla mnie Plac Konstytucji, usiany plastykowymi budkami (sławetne jugosłowiańskie kioski K67!), z których sprzedawano klasyczne orientalne dania na bazie kurczaka, wieprzowiny lub wołowiny – w cieście, słodko-kwaśny, z grzybami mun, w pięciu smakach, na ostro. Obowiązkowo z ryżem i surówką z kapusty, kukurydzą i groszkiem z puszki.

Podobno na kebsie dobrze hoduje się bicka, ale nie wiem, czy to nie miejska legenda.

Potem kuchnię azjatycką wyparła z ulicy turecka, głównie kebab, który perfekcyjnie trafił w polskie gusta swą tłustością. Okraszony majonezem, surówką z kapusty i kiszeniakiem, dziś uchodzi za typowo polskie danie, którego polskości nie kwestionują nawet rodzimi wyznawcy czystości rasowej. Jest podawany na śniadanie ( z majonezem light) na zjazdach niedocofów z ONR. Podobno na kebsie dobrze hoduje się bicka, ale nie wiem, czy to nie miejska legenda.

Wydarzeniem przełomowym dla azjatyckiej kuchni w Warszawie było Euro2012 i zapowiedź zburzenia z tej okazji Stadionu X-lecia. Wiadomość ta wzbudziła wielkie zainteresowanie samym stadionem oraz swego rodzaju hype na tamtejsze wietnamskie jadłodajnie. To co serwowały nie miały nic wspólnego z „kurczakiem w pięciu smakach”. W sumie to nie wiedzieliśmy co tam jemy, bo nikt nie mówił słowa po polsku, a zamawiało się gestami, wskazując na talerze tych, którzy już zamówili. Ale słowo bun już się pojawiło i zaczęło robić karierę.

Diep nie chodzi na kompromisy i nie bierze jeńców!

Ngoc Diep poznałem przy okazji Warszawskiego Śledzika Wielokulturowego, na którym zgodziła się wystąpić i pokazać nam jak się robi warszawskie sajgonki. Kiedy robiłem na tę okazję zakupy w supermarkecie, zadzwoniłem do Diep, by podpytać się jaki papier ryżowy mam kupić. „W Auchan!? No nie, przecież mówiłam Ci gdzie, na Marywilskiej albo w Wólce Kosowskiej. Z Auchan to jakieś #$%$& będzie! Nic nie kupuj, ja kupię!” Już wtedy wiedziałem, że będzie grubo, że Diep nie chodzi na kompromisy i nie bierze jeńców!

 

Na Śledziku Diep uwijała się jak w ukropie – sama stanęła do kuchni i wraz z naszymi gośćmi przyrządziła około 2100 sajgonek, które zniknęły zanim się zorientowałem i zdążyłem któraś przejąć. Dlatego postanowiłem zrekompensować sobie tę stratę i wybrać się do Viet Street Food, bistro Diep na Saskiej Kępie, przy Królowej Aldony 5. Padło na pierwszy dzień nowego roku.

Ci, którzy nie zrobili rezerwacji odchodzili ze łzami w oczach

Stolik dla czterech osób zarezerwowałem dzień wcześniej. I całe szczęście! Przed lokalem kręciło się kilku kurierów rowerowych – VSF karmi też na wynos, jako Pho Express. W lokalu – pełno. Nieliczni pośród tych, którzy nie zrobili rezerwacji odchodzili ze łzami w oczach i czarnymi myślami o rzuceniu się z Poniatowskiego. Znakomita większość jednak karnie czekała na wolny stolik, tworząc kolejkę zakręcająca w Zwycięzców i dalej we Francuską. I było to zachowanie w pełni racjonalne, bo – co tu dużo mówić – szama jest tam boska. I żebyście nie myśleli, że piszę tak, bo mi Diep obiad postawiła – zapłaciliśmy, i jeszcze zostawiliśmy napiwek.

 

PS. A numer jest taki, że mąż Diep, Bitos, prowadzi przy pętli na Bokserskiej restaurację serwującą dania kuchni polskiej. Nazywa się „Schabowy”. I za to kocham Warszawę.

PPS. A drugi numer jest taki, że właśnie otworzył się Viet Street Food Mordor, przy Kłobuckiej 23C. Smacznego!

PPPS. Sorewicz za zdjęcia, jak dostałem główne danie to zapomniałem o redaktorskich obowiązkach

Co sądzisz? Skomentuj!