Koty

Niedawno byłem na spotkaniu w Pałacu Kultury i Nauki. Owo spotkanie, odbyte na płaszczyźnie zawodowej, zakończyło się, na szczęście, chwilę przed godziną dziesiątą wieczór. Na szczęście, ponieważ o wspomnianej godzinie przestają działać windy i kilka innych rzeczy, co znacznie utrudnia wydostanie się z budynku.

Do windy jednak udało się zdążyć w towarzystwie ładnej pani, co to może i aktorką była nawet, ale ja nie wiem, nie znam się, do teatrów nie chadzam, zarobiony jestem. Ważne, natomiast, że pani była miła, co samo w sobie było niejaką niespodzianką bo jakoś tak się z reguły układa, że ludzie nie są dla mnie mili przez co ja nie jestem miły dla nich, a potem wieść się niesie i koło się zamyka. Po drugie, to że była miła objawiło się tym, że postanowiła umilić nam wspólny czas rozmową. A że pani była także otwarta, to zagajona przez nią typowa-niezręczna-rozmowa-w-windzie, z automatu pozbawiona została dwóch pierwszych przymiotników.

– Bo wie pan, o 22 to każdy tu kończy pracę. I panie sprzątające, i ochrona, wszyscy. Karmiciele kotów także.
– Karmiciele kotów? To urocze, że dokarmiają tutaj kotki.
– Nie do końca. W piwnicach pałacu żyje sześćdziesiąt kotów – ani jednego mniej ni więcej – które nigdy nie widziały światła słonecznego.

Nie wiem co powiedzieć więc tylko robię coraz głupszą minę. Rozdziawiam usta, wybałuszam oczy. A pani mówi dalej.

– Są specjalnie zatrudnieni po to ludzie tutaj od dokarmiania tych kotków i dogadzania im ogólnie. Przynoszą im jedzenie, dbają o nie… nawet specjalne lampy im tam zamontowali żeby milej i zdrowiej tym kotom było!
– No dobrze – krztuszę w końcu – a skąd oni wiedzą, że jest ich akurat sześćdziesiąt? To znaczy, inaczej: co robią, jak robi ich się pięćdziesiąt dziewięć bo któryś umrze ze starości? Albo jak ich za dużo jest? Robią odstrzał?
– Mój boże! Mam nadzieję, że nie! Nie wiem w sumie.

Jesteśmy już przed budynkiem. Wychodzimy na parking. W końcu pytam bo mi – szczęśliwemu posiadaczowi trzech kotów – umknął właściwy posiadaniu kotów cel.

– Ale pani mi powie… po co właściwie te koty? I do tego w takiej ilości?!
– No jak to! Do likwidacji szkodników! Kotów jest sześćdziesiąt, ale szczurów pewnie z sześć tysięcy! Dobranoc panu!

„Dobranoc” odpowiadam i idę do metra, autobusu, domu, moich trzech kotów, które w życiu zamordowały niezliczoną ilość saszetek z jedzeniem i poprowadziły na wieczne zgubienie ciężką do zliczenia liczbę plastikowych zabawek, podczas gdy sześćdziesiąt niewidzących nigdy w życiu światła słonecznego kotów mieszka w podziemiach komunistycznego molocha i jest doglądane przez specjalnie do tego zatrudniony sztab ludzi. Siódme albo ósme pokolenie kocich Bane’ów. Mieszka pod nami szwadron śmierci złożony z kocich mutantów, a ich dnie wypełnione są zabijaniem niezliczonej ilości istnień.

A wy narzekacie, jakie to życie w tej Warszawie nudne.

Co sądzisz? Skomentuj!