Kosić czy nie?

Kosić czy nie kosić? To pytanie powraca co roku (albo i częściej), a w czasach katastrofy klimatycznej i największej od dziesięcioleci (a może w ogóle) suszy jest coraz bardziej zasadne. Interesy „estetyczne” zarządców nieruchomości, chęć ułatwienia sobie pewnych kwestii i zrównoważona miejska zieleń, zapobiegająca wysychaniu ziemi na wiór – czy można pogodzić te perspektywy? Jakie są alternatywy? A może od przyszłego tygodnia (wtedy Zarząd Zieleni M. St. Warszawy planuje powrót kosiarek) szykuje nam się społeczna „wojna o trawę”?

Umówmy się – są (a przynajmniej powinny istnieć) pewne priorytety. Jeśli nawet najwięksi „klimatosceptycy” na własnej skórze odczuwają (lub raczej nie odczuwają) suszę i gołym okiem mogą zauważyć permanentny brak opadów, wysychającą Wisłę i stały wzrost cen żywności, to może czas już na zastanowienie się, czy najlepsze dla miejskiej zieleni jest podejście spod znaku angielskiej murawy stadionowej na poziomie intencjonalnym, a koszenie do piasku – na praktycznym. Pamiętajmy o jeszcze jednej prostej kwestii – aby krótko koszony trawnik egzystował na poziomie minimum, tj. nie zamienił się w Pustynię Błędowską, trzeba go regularnie podlewać. Czy często widujecie podlewanie miejskich trawników? Czy deszcz załatwi sprawę (jaki deszcz…)? Czy wszystko wskazuje na to, że musimy zacząć radykalnie oszczędzać wodę? No właśnie.

Wiadomo, że w koszeniu jest pewien sens praktyczny, a nie tylko „estetyczny” – okresowe (dwa razy do roku) i umiarkowane podkaszanie trawników (do pewnej wysokości – dla zachowania roślinności i aby nie zagrażać zwierzętom) jest wskazane jeśli nie chcemy, żeby się nam na nim wysiały drzewka. Ale w sumie… dlaczego nie miałyby się wysiać? ? A jeśli nawet nie drzewka (których w Warszawie coraz mniej), to roślinność ruderalna (piękne słowo), czyli taka, która doskonale radzi sobie w bliskim kontakcie z człowiekiem i antropopozostałościami, obrastając mury, hałdy i nasypy. Te krzepkie rośliny o mocnych korzeniach znakomicie wzbogacają „monotrawę” i wpływają pozytywnie na utrzymywanie wody (wyschnięta na wiór gliniana skorupa to prosty przepis na zalane piwnice i stacje metra). Ale o tym później.

Wróćmy jednak na chwilę do samych procedur związanych z koszeniem miejskich trawników. Zarząd Zieleni deklarował w kwietniu, że „nie kosi trawników podczas suszy”. Co więcej, do tej deklaracji dodał cały, rozbudowany opis „strategii koszenia”, z którym możecie zapoznać się tutaj:

Pewnym problemem jest jednak definicja „suszy”. Z perspektywy hydrologicznej, rolniczej i dowolnej innej susza potrwa długo, prawdopodobnie zostanie z nami do jesieni, a może i na stałe. Próbowałem podrążyć, czym według urzędników jest susza, ale nie udało mi się uzyskać jasnej definicji. Wczoraj Zieleń miała opublikować nowe informacje na temat planów (i rygoru) koszenia, ale do tej pory nie ukazały się one. Ufam, że wytyczne będą rozsądne, a koszenie – umiarkowane, niemniej brak szczegółowych informacji na kilka dni przed planowanym wznowieniem pokosu trochę niepokoi.

AKTUALIZACJA: WYTYCZNE POJAWIŁY SIĘ W KOLEJNYCH DNIACH, MOŻECIE PRZECZYTAĆ JE [TUTAJ].

Jeśli jest tak dobrze (zróżnicowany reżim koszenia, „koronkowe” podejście do tematu), to dlaczego kiedy tylko nieco zelżały koronawirusowe obostrzenia, od kosiarzy zaroiło się we wszystkich dzielnicach? Gocław, Bielany, Bemowo, Mokotów – kosiarki huczą, dmuchawy dmuchają piaskiem (!), a pracownicy odpowiedzialni za utrzymanie „zieleni” i czystości używają ciekawej (choć przyznam, że pragmatycznej) argumentacji. Oto autentyczny cytat z dyskusji w jednej z grup: „Ma być skoszone to przykaz Zarządcy działającego w imieniu lokatorów i tyle w temacie. Wolę osobiście żeby było skoszone wtedy widać efekt ciężkiej pracy na terenie łatwiej sprzątnąć śmieci pety odchody zwierząt wyrwać chwasty.” (pis. oryg.)

No właśnie – zarządca. Jedna sprawa to tereny pod nadzorem miasta – tu rzeczywiście rozumu i godności ogrodnika coraz więcej. Gorzej niestety z terenami we władaniu wspólnot, spółdzielni, szkół czy pomniejszych zarządców, takich jak sklep albo punkt usługowy. Tu nie ma sentymentów i rozważań na temat ukorzenienia roślin ruderalnych i tego, czy trzymają one wodę, czy nie. Tu wjeżdża kosiarz na traktorku, a za nim dwóch panów ze spalinowymi dmuchawami (używanie dmuchaw na terenach prywatnych i należących do spółdzielni jest nadal dozwolone, ale to inna historia) i hulaj dusza, piekła nie ma. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w ostatnich dniach na Bemowie. Niestety próba dopytania SM Wola o szczegóły procederu spotkała się z krótką i treściwą odpowiedzią na miarę wujka Staszka: „Pismo zostało przesłane do naszych administracji osiedli, które zgodnie z kompetencjami zajmują się tą sprawą” – czyli na Berdyczów. Radośnie koszono też ostatnio (również na zlecenie lokalnego zarządcy – mimo obiektywnej i subiektywnej suszy) trawniki przy Żeromskiego.

Zastanówmy się nad jeszcze jedną sprawą: czy rzeczywiście z jakichkolwiek praktycznych powodów w ogóle potrzebujemy przystrzyżonych pod linijkę trawników z powodów jakichkolwiek innych niż (wątpliwa) estetyka? Agnieszka Nowak z Fundacji Łąka wyjaśnia: „Po pierwsze powinniśmy więc zdać sobie sprawę, że na większości takich powierzchni nigdy nie przebywamy. Jeśli na danym fragmencie jedynymi osobami, które się sporadycznie pojawiają, są ludzie z kosiarkami, to prawdopodobnie nie ma żadnej potrzeby tam kosić! Zasadniczo można wykaszać tylko „ramki” przy chodnikach, miejsca rzeczywiście używane do zabawy lub sportu i na zmianę parę fragmentów np. z myślą o psach (łatwiej się sprząta). Nie ma sensu koszenie daleko od ciągów pieszych, pod krzewami – tam rzadko ktokolwiek się zbliża. A wyższe zielsko daje kilka fajnych darmowych usług ekosystemowych, które stają się „tak jakby luksusowe” w kontekście katastrofy klimatycznej.”

Nikt tam nigdy i po nic nie wejdzie? Nie szkodzi – można skosić i zasuszyć. Fot. A. Nowak

Cieszy, że w tym kierunku idą niektóre samorządy – od UD Bielany otrzymałem informację dot. tegorocznego koszenia, w której urzędnicy deklarują m. in.: „Zostawiamy przestrzenie niekoszone, żeby zatrzymać więcej wilgoci, poprawić warunki siedliskowe drzew i krzewów, oraz zapewnić schronienie i pokarm bezkręgowcom, ptakom i drobnym ssakom” oraz – co również ważne – „Kosimy na wysokości minimum 7 cm”. Dzielnica stawia też na „bioróżnorodność w parkach”, która „sprzyja w walce z kleszczami, dlatego zostawione są niekoszone przestrzenie, na których tworzą się naturalne łąki kwietne.”

Koszenie piasku? – fot. A. Nowak

7 centymetrów i pozostawienie przestrzeni niekoszonych w dzielnicowej deklaracji cieszą, ale oprócz zarządców prywatnych/spółdzielczych/wspólnotowych, z bezrefleksyjnego koszenia do samego piaseczku znani są też zarządcy dróg. Tu – oczywiście – wchodzą w grę kwestie bezpieczeństwa, ale czy trawa skoszona wyżej niż na 1 cm temu bezpieczeństwu zagraża? Co więc robić kiedy widzimy pokos zupełnie niezgodny z zapowiadanym przez miasto, czy poszczególne dzielnice harmonogramem? Albo jeśli GDDKiA zapędzi się poza swoją domenę (co też się zdarza) i kosi kilkadziesiąt metrów dalej, na cudzym terenie? Agnieszka Nowak: „Lepiej zrobić coś, zanim skoszą. Trzeba się „pofatygować” i napisać list do zarządców okolicznych terenów (wspólnoty, spółdzielni, władz swojej dzielnicy, władz miasta), że życzymy sobie zrównoważonego gospodarowania zielenią i dbania o retencję wody. Najtrudniej może być coś zmienić na poziomie rządowym, np. przy drogach w zarządzie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, ale pisać trzeba. Można się powołać na to, że inna agenda rządowa – Wody Polskie – rekomenduje zwiększanie retencji. Jeśli dostaną takich listów dużo, to może w końcu nas usłyszą.” I dodaje: „Ta gleba bez zacienienia roślinnością nagrzewa się do kilkudziesięciu stopni, giną spulchniające ją żyjątka, jest spieczona i staje się powierzchnią nieprzepuszczalną jak asfalt i beton. Potem, nawet gdy spadnie deszcz, zwłaszcza ulewny, to prawie nic z tej wody nie wsiąka na miejscu. Najpierw jej nawał nie mieści się do studzienek deszczowych i zalewa ulice, piwnice, stacje metra – na pewno każdy widział taki obrazek. Potem od razu płynie do kolektora, do Wisły i do Bałtyku. Nasza darmowa woda, która nam spadła z nieba, jest w ten sposób marnowana, a my spłukujemy toalety i podlewamy trawniki wodą pitną. Szaleństwo.”

Jakie mamy alternatywy, co robić ze starym trawnikiem i czy miejska łąka kwietna jest remedium na wszystko – o tym już wkrótce.

Ilustracja główna z wykorzystaniem pracy: A winged skeleton holding a scythe flies above a globe. Etching. Wellcome Collection. Attribution 4.0 International (CC BY 4.0)

Co sądzisz? Skomentuj!