Kebab u Starej Baby

Kiedyś to był kebab. A kebab ten zwany był kebabem „U Starej Baby”. I cieszyło to lud pracujący miast i wsi.

Przybytek ten mieścił się zaraz przy dworcu Warszawa Śródmieście i w tymże właśnie przybytku, nie zgadniecie, pracowała Stara Baba. Stara Baba wydzielała kebaba dobrego, soczystego, i z taką ilością cebuli, że niezależnie od stanu świadomości mogłeś być pewien, że jesteś w Polsce. Zasada była więc taka, że jak się zamawiało u Starej Baby, to trzeba było powiedzieć hasło klucz: „Bez cebuli”. Oczywiście i tak dostawało się wtedy z cebulą, ale w takiej ilości, że człowiek był to w stanie jakoś w ogóle przetrawić. Pech chciał, że kiedy pierwszy raz poszedłem do Starej Baby, to mimo iż zostałem poinstruowany jak należy się zachować, to jakby nie uprzedzono mnie o efektach owego zachowania. To znaczy, że zamówienie kebaba bez cebuli, wcale nie powoduje otrzymania kebaba bez cebuli a jedynie z jadalną ilością tejże.

Stara Baba wydzielała kebaba dobrego, soczystego, i z taką ilością cebuli, że niezależnie od stanu świadomości mogłeś być pewien, że jesteś w Polsce.

Pech chciał również, że podczas mojej pierwszej wizyty w tym miejscu, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, byłem pod jakimś takim wpływem, że nawet największe ilości cebuli by tego nie zamaskowały. Pech niewątpliwie stanowiło również to, że u Starej Baby nie zastałem starej baby. Był za to jakiś facet. Gdzieś, jakoś w międzyczasie, pojawiła się sugestia, że był on synem Starej Baby, ale równie dobrze mógł być pierwszym lepszym gościem z ulicy, który dostał piątaka i miał za zadanie siedzieć w okienku i robić ludzi w konia. Gość był jak to gość. Łysy, pokłuty w jakieś więzienne dziary i jak się później okazało, całkiem sporych rozmiarów.

W każdym bądź razie jeszcze byliśmy w takim wieku wszyscy, że wjeżdżamy na pełnej kurwie z nieograniczonymi zasobami anturażu, i zamawiamy kebcze. Przychodzi moja kolej, więc mówię kulturalnie i zgodnie z zaleceniem, że „bez cebuli proszę”. A ten do mnie, już nie tak do końca kulturalnie i wcale nie uprzejmie, że „tak się nie da”. Jako, że nie myślałem trzeźwo i mówiłem co mi ślina na język przyniesie, szybko sparowałem „Jak to się nie da? Mówię bez cebuli to ma być bez cebuli”. Poczucie błogości jaką dać może jedynie dawno nieużywana asertywność zostało jednak dość szybko zatarte. Typ wstał, a wyższy się okazał być ode mnie chyba o głowę, zbliżył się do okienka i bardzo szybko powiedział coś w stylu „Mówię, że się nie da, to się kurwa nie da, czego łapsie nie rozumiesz wyjść mam tam do ciebie?”.

Dziwnym nie jest, że wcale nie chciałem żeby do mnie wychodził. Chciałem za to żeby robił mój kebab. Najlepiej bez cebuli. W związku z tym nie udzieliłem mu jednoznacznej odpowiedzi. A uczyniłem to poprzez znany i jakże lubiany fortel – udając, że w ogóle nie słyszę pytania. W następstwie, typ zrobił kebaba i nasrał mi tam cebuli tyle, że sypała mi się do rękawów, do butów i za kołnierz. A kiedy szedłem, to niczym postać z bajki zostawiałem za sobą trop. Tyle, że zamiast z jagód, były one z cebuli.

Płakać mi się chciało od tej cebuli. I przez nią też. Było mi przykro i źle. Czułem się upokorzony i śmierdziałem cebulą, jak chyba nikt cebulą nigdy nie śmierdział.

Płakać mi się chciało od tej cebuli. I przez nią też. Było mi przykro i źle. Czułem się upokorzony i śmierdziałem cebulą, jak chyba nikt cebulą nigdy nie śmierdział. Wróciłem jednak do czekającego na mnie niedaleko kolegi, który swojego kebaba (naturalnie pozbawionego choćby grama cebuli) zdążył już zjeść do połowy. Zmierzył mnie dość mglistym, ale za to krytycznym okiem:

– Mówiłem Ci przecież jełopie, żebyś powiedział, że ma być „bez cebuli”!

Wyraźnie miałem zamiar się popłakać, ale nie wykazywałem ku temu wystarczającego zdecydowania. Upajając się swoim zgorszeniem, życiowym doświadczeniem oraz wynikającą z nich wyższością, po chwili milczenia dodał tylko:

– Brzydzę się tobą.

cebulak

Co sądzisz? Skomentuj!