Jakby różne miasta zeszły się ze sobą. Krótka rozmowa z Łukaszem Orbitowskim.

O Warszawie, klimacie stolicy, pisaniu oraz siłowniach rozmawiamy z Łukaszem Orbitowskim – pisarzem oraz laureatem Paszportu Polityki 2015 za powieść „Inna Dusza”.

Mateusz Kaczyński: Co skłoniło Pana do przeprowadzki do Warszawy? Łatwiej się tu ukryć po zdobyciu Paszportu Polityki?

Łukasz Orbitowski: Proszę Pana, o wielu rzeczach słyszałem, lecz o tym by ktoś chował się w Warszawie – nie bardzo. Paszport to nie Grammy, nie jestem muzykiem tylko przedstawicielem niszowego zawodu i chodzę do knajpy, do sklepu jak każdy i nikt mnie nie niepokoi. W Warszawie mieszkam już po raz drugi i rzeczywiście, pierwszej przeprowadzce towarzyszyła jakaś tam chęć robienia kariery. Potem wyjechałem do Kopenhagi, a gdy pobyt dobiegał końca pomyślałem, że mogę zamieszkać gdziekolwiek. Wybrałem Warszawę. To dobre miasto do życia, pod warunkiem, że nie trzeba biegać, ścigać się z innymi po sukces. Mi sukces przyszedł, gdy odpuściłem, co szczerze polecam.

Czy w stolicy łatwiej pisać książki? Jak opisałby Pan jej klimat?
Czy jest tak mroczna jak Bydgoszcz z „Innej Duszy”?

Pisywałem w Krakowie, Wrocławiu, w Danii, w Stanach Zjednoczonych. Pan wrzuci mnie do studni, to będę sobie pisał. Miejsce dla mnie nie ma znaczenia. Lubię pisać w kawiarniach, a latem w parkach. Wszędzie na szczęście są jeszcze parki i kawiarnie, więc miejsc do pisania raczej nie zabraknie. Warszawy, w ogóle, nie znam zbyt dobrze. Nic nie wiem o Żoliborzu, Bródnie, Ursynowie. Mieszkałem na Saskiej Kępie parę lat temu i czułem się jak w małym miasteczku. Blok opierał się o strumyk, za którym były ogródki działkowe. Cykały mi świerszcze. Lisy buszowały w pobliskim śmietniku. Teraz jest tam chyba inaczej, bardziej nowobogacko. O, to i cecha Warszawy. Błyskawicznie się zmienia i chyba nie ma spójnej tożsamości. Mokotów, gdzie teraz mieszkam, jest zupełnie inny, Praga kompletnie odmienna. Jakby różne miasta zeszły się ze sobą.

O, to i cecha Warszawy. Błyskawicznie się zmienia i chyba nie ma spójnej tożsamości.

Jak mają się warszawskie siłownie do literatury? W moim odczuciu to istotny motyw, który przewija się w Pana twórczości. Czy sztangi i pisanie idą w parze? Czy ma Pan tu swoją ulubioną siłownię?

Są chyba bardziej eleganckie, nowoczesne, przynajmniej w porównaniu do tych wrocławskich czy krakowskich. W Krakowie ćwiczyłem w piwnicy z kumplami, na składkowo kupionym sprzęcie. Bywałem u Wieśka Wnęka, w najstarszej krakowskiej siłce, gdzie ciągle stoi sprzęt chałupniczo odlewany przez pionierów kulturystyki. To fantastyczne miejsce, sam Wiesiek niestety już nie żyje. W Warszawie lubiłem Olimpię na Saskiej, gdzie zostało wiele ze starego klimatu, ale zawsze chodzę tam gdzie mam najbliżej, teraz akurat na Puławską, do sieciówki, niestety. Nie wiem czy akurat sztangi, ale sport z pewnością pomaga pisaniu. Gdybym mieszkał na wsi, po prostu pracowałbym fizycznie. Bardzo to lubię. Jak człowiek się zmęczy, głupoty wylatują z głowy i można pisać o rzeczach istotnych.

Jakie są Pana ulubione miejsca w Warszawie? W których można się „zakochać” , a których by Pan nie polecał?

Trudno powiedzieć, znów. Tak naprawdę nie znam Warszawy, a z tym zakochiwaniem, wie Pan, mi długo topnieje serce. Pokochałem Saską i stary Mokotów, zwłaszcza wiosną. Lubię Park Morskie oko, pub Kredens, sklepik z dobrym piwem na Puławskiej, nawet Iluzjona lubię, o. Ale nie planowałem tu zamieszkać. Z Saską było tak samo. Nie znoszę szukać mieszkań, brałem pierwsze jakie nadawało się do czegokolwiek, byleby mieć to z głowy. Mam coś z mnicha, lubię proste życie, toporne wnętrza, byle co. Chciałem mieszkać w bliskości centrum, to wszystko.

Czym stolica może zainspirować pisarza? W Pana felietonach w „Skarpie Warszawskiej” można przeczytać o szemranych barach i blokowiskach. Czy to świadomy ukłon w stronę Wiecha i Nowakowskiego? A może po prostu tam znajduje się „prawdziwy” charakter stolicy…

Nowakowski był ważny, tak. Żałuję, że go nigdy nie poznałem. Jak sam Pan widzi, Warszawa inspiruje, choć to nie jest chyba jej zasługa. Gdybym mieszkał w Płocku, inspirowałbym się Płockiem, bo mnie kręcą, zasysają rzeczy drobne, zwyczajne. Mam okropną ochotę napisać o spożywczaku na dole, ale boję się, że miłe, fajne panie które tam pracują będą miały przeze mnie kłopoty. „Prawdziwego” charakteru stolicy nie zdołałem poznać i nawet nie mam pojęcia jaki on może być. Nie wierzę w kreowane światy, w media i rzeczywistość którą one podsuwają, w korporacje z ich tabelkami, coachami i całym tym szajsem, pieprzę też prosecco w Charlottcie. Nie mam nic do ludzi, dla których jest to ważne, którzy w to wierzą, po prostu źle czuję się w grach i konwencjach. Chcecie, to się w to bawcie. Lubię ludzi ledwo ociosanych, albo ze wszystkim na wierzchu. Życie jest zbyt krótkie, by budować dystans.

„Prawdziwego” charakteru stolicy nie zdołałem poznać i nawet nie mam pojęcia jaki on może być. Nie wierzę w kreowane światy, w media i rzeczywistość którą one podsuwają, w korporacje z ich tabelkami, coachami i całym tym szajsem, pieprzę też prosecco w Charlottcie.

Jaki jest Pana ulubiony zespół blackmetalowy ze stolicy?

Tu mnie Pan zastrzelił. Nie wiem, nie mam. Nawet sprawdziłem listę i nic. Lubię Obscure Sphinx i starą załogę z Exorcist. Ale nie grają black metalu.

Na koniec chciałbym poprosić o przekaz specjalnie dla czytelników Pańskiej Skórki.

Nie mam żadnego przekazu. Nie jestem nauczycielem ani kaznodzieją. Warto robić swoje i nie oglądać się na innych.

dwa_miasta_lukasz_orbitowski_panskaskorka_2

Co sądzisz? Skomentuj!