Jak się TO robi na mieście?

Robią to ministrowie i kosmonautki,
robią to biskupi i młode pensjonariuszki.
Praczki – gdyby ten zawód istniał, to by to robiły.
Motocykliści – gdyby to był zawód – też.
Górnicy, ogrodniczki, blogerzy, traktorzystki.
Deweloperzy, aktywistki, czyściciele kamienic.
Robiły to najznamienitsze persony, jak i czystej wody zakały. I postaci historyczne, i nawet te zmyślone. Wszystkie gałęzie i odnogi majestatycznego drzewa ludzkiej ewolucji są równo upaprane tym samym prozaicznym chadzaniem na stronę.

Kupa. Temat niewygodny, ale każdemu bliski.

Najpierw dygresja.

Na łamach naszego różowego bloga staraliśmy się, próbowaliśmy od samych jego początków, z tym tematem zmierzyć, często zadając przy tym dramatyczne filozoficzne pytania. Nie odważyliśmy się dać wam tego przeczytać, mimo że my, tak jak i wy… też to robimy.

I to jest sedno – czy jest gdzie się załatwić na mieście? Nowe publiczne szalety powstają w wielkich bólach i nie ma zbyt wielu chętnych do ich obsługi, a stare zmieniły się w restauracje lub już po prostu ich nie ma. I co zrobisz? Pójdzie do domu, o ile masz wystarczająco blisko.

Gorzej kiedy jesteś zagranicznym turystą. Choć tu sytuacja może być zaskakująco odmienna, bo do (nielicznych) nowoczesnych miejskich toalet możesz trafić, szukając w google… bankomatu. Tak, to prawda, nieliczne jeszcze sławojki na miarę naszych czasów otrzymały ratuszowy kryptonim ATM! Konfuzja natury dwojakiej, gdyż ktoś może zagubić kartę w odmętach automatycznej toalety lub, pardon-le-mot, obsrać bankomat.

Bycie zagranicznym turystą ma także swoje plusy. Jeśli spieszysz za potrzebą i głośno obwieszczasz to po angielsku, ludzie mają dla ciebie większą wyrozumiałość. Raz w Hotelu Rialto jeden z naszych redaktorów musiał pilnie udać się na stronę. “Excuse, where is the toilet? I need to use it rather urgently.” rozwiązało sprawę zbędnych pytań czy był hotelowym gościem. Eleganckie “Thank you.” na wyjściu i już wiecie jak TO się robi na mieście a’ la americain.

Można by poświęcić jeszcze kilka wersów na dowodzenie że nadal nie jest z tym najlepiej.

Rozwiązanie?

Czekając na miejskie siusialnie i kupkalnie z prawdziwego zdarzenia, korzystajmy z toalet w restauracjach, barach itd. Domyślam się że wiele z osób, które teraz to czyta ma ochotę powiedzieć:

– Ale ja tak właśnie robię!

Wiemy, że wśród Państwa są osoby, które tak robią. I bardzo dobrze. Teraz czas pokazać innym że tak można. I restauratorom też. Pomóżmy sobie wzajemnie oswoić trochę wstyd. W końcu wszyscy TO robimy.

Co zostało?

Jesień to pora roku kiedy z drzew spadają kasztany, ale publicznych szaletów dalej brak. Chociaż lato i imprezy w plenerze najbardziej sprzyjają załatwianiu potrzeb na trawniku lub pod drzewkiem, to przyszpilić może nas też i jesienią. A wtedy gorzej – bo można sobie przeziębić coś więcej. W czasach słusznie minionych, władze dbały o obywateli, którzy mogli skorzystać z obecnych w przestrzeni publicznej toalet. Dziś krwiożerczy kapitalizm zamienił te miejsca w małą i dużą gastronomię. Może to i wyznacznik demokracji – Misianka w Parku Skaryszewskim, Le Chalet na Placu Trzech Krzyży, Ko Phan Gan na Mokotowskiej czy wreszcie legendarny Amaro mają o ten sam rodowód i dzielą wspólną przyszłość. Publicznych toalet jednak jak nie było tak nie ma. Chlubnym wyjątkiem pozostają stacje I i II linii metra. Pierwsza odnoga podziemnej kolejki posiada toalety w stylu vintage. Możemy się w nich przenieść do lat 90-tych. Szalety linii wtórej to już prawdziwy hi-tech. I teraz rewelacja – toalety w metrze są bezpłatne. Jest nawet bat na niedowiarków. Szaletowe drzwi na stacji metra Centrum Nauki Kopernik dumnie zdobi kartka z napisem „WC Bezpłatne”.

Brunatna rewolucja!

Chodzenie do toalety to głęboko demokratyczna czynność. Udają się tam absolutnie wszyscy. Wspaniałe jest, że żyjąc w XXI wieku nie musimy martwić się to, czy na głowę nie spadnie nam zaraz zawartość wiadra z brunatnymi pomyjami. W dawnej Warszawie tak było, aż do czasu kiedy duet Starynkiewicz-Lindley zafundował nam cudowną kanalizację. Możemy być z niej dumni bo działa bez zarzutu od ponad stu lat. Czasy się jednak zmieniają i należy zawalczyć o więcej. Pora na brunatną rewolucję! Wyjdźmy na ulicę i wołajmy o dostęp do publicznych łaźni i toalet!

Co sądzisz? Skomentuj!