Jak marnować mniej jedzenia w Warszawie? Trzy proste porady.

Przyznam szczerze, że nie pamiętam, ile kilogramów jedzenia marnuje średnio polska rodzina. Wiem tylko, że sporo. Przypominam też, że żyjemy w stolicy, a zatem – większość produktów kupujemy w sklepach bez możliwości ich ponownego przetworzenia, raczej nie robimy kompostowników, często jadamy na mieście. Warszawa ma więc ogromne szanse na niechlubny tytuł Królowej Wyrzucanej Żywności, a bywa, że ja jestem księżniczką w tej krainie. Myślę o tym za każdym razem, gdy lunch z restauracji wygrywa z ugotowaniem domowego obiadu ze składników zalegających w lodówce, a potem, hyc – warzywa więdną, chleb pleśnieje, jogurt jest po terminie. I niby sobie obiecuję, że więcej już tak nie zrobię, ale wszyscy wiemy jak to bywa. Różnie.

Jako że z matematyką nieszczególnie się lubimy, po szczegółowe statystyki dotyczące wyrzucania żywności kieruję do profesjonalistów (chociażby do raportów Federacji Polskich Banków Żywności). Nie będę też kreować się na ekspertkę od kulinarnych przepisów zero-waste, bo od tego też są sensowne autorytety (polecam zajrzeć na przykład na instagrama Sylwii Majcher). Ja dziś raczej pokrótce o tym, jak w praktyce – jako mieszkańcy Warszawy – możemy zmniejszyć marnowanie jedzenia. Własnego, które trochę za długo zalega nam w lodówce i wiadomo, że nikt z naszych domowników już nie zdąży się nad nim ulitować, ale też tego, które ktoś inny skazał na nędzny los dogorywania na śmietniku – mimo, że nadaje się jeszcze do spożycia. W zależności od tego, czy macie tendencję do robienia za dużych zakupów spożywczych, czy raczej jesteście w tej grupie, która pod koniec miesiąca musi zaciskać pasa i szuka mądrych sposobów na przetrwanie, poniżej parę dobrych wskazówek dla przedstawicieli każdego gatunku.

I. Pierwsza rzecz – zapisz się do którejś freegańskiej czy dumpingowej grupy na Facebooku. Tu właściwie mogłabym skończyć ten wpis, bo pod zaproponowanym przeze mnie linkiem znajduje się kopalnia wiedzy o jadłodzielniach, ogólnodostępnych kontenerach należących do supermarketów (gdzie lądują wizualnie mało atrakcyjne, ale wciąż nadające się do spożycia produkty) czy po prostu posty w stylu „upiekło mi się za dużo ciasta, kto chce, odbiór za godzinę na Bielanach”. W ramach tych grup możecie:

a) ogłosić, że macie nadmiar jedzenia (bo zrobiliście za duże zakupy, bo była impreza i jak zwykle zostało wszystkiego za dużo, bo nie jesteście w stanie przejeść słoików od dziadków – cokolwiek) i sprawdzić, czy ktoś ma na nie ochotę,

b) znaleźć towarzystwo do buszowania po terenach wokół supermarketów i bazarów. Niby grzebanie po śmietnikach nie jest glamour, ale jak się ogląda zdjęcia zrobione na Banacha w weekendy popołudniu i okazuje się, że walają się tam kilogramy tylko troszkę przyciemnionego awokado, to człowiek jakoś szybko jest w stanie przewartościować pogląd na sprawę nurkowania w po pas w odpadkach,

c) zwyczajnie poprosić kogoś o wsparcie, jeśli akurat jesteście w dołku finansowym i nie za bardzo możecie sobie coś kupić. Serio, serce rośnie, gdy jakiś użytkownik pisze że ma 10 zł do zagospodarowania przez następny tydzień i natychmiast odzywa się osoba, która zaoferuje że ugotuje obiad. Tak po prostu. Albo zaprosi do siebie, ewentualnie zrobi zakupy. Mało jest miejsc w internecie, gdzie jest tyle bezwarunkowej miłości.

Wątek jadłodzielni wymaga dokładniejszego opisania, więc przechodzimy do punktu numer dwa.

II. Znajdź jadłodzielnię położoną najbliżej Twojego mieszkania czy pracy – tak, żebyś nie musiał dymać na drugi koniec miasta, bo wiadomo że wówczas ostatecznie nie będziesz tego robił. To trochę jak z siłownią. Znajdujesz sobie ekstra zajęcia fitness, od których dzielą Cię tylko trzy przesiadki i godzina w jedną stronę spędzona w komunikacji miejskiej i nie pojawiasz się na nich ani razu. Realistycznie rzecz biorąc, kwestie logistyczne są kluczowe dla powodzenia tego planu.

Na szczęście aktualnie w Warszawie działa kilkanaście takich punktów, więc jest szansa, że każdy znajdzie coś w swoim zasięgu. Niektóre jadłodzielnie są całodobowe (zwłaszcza można znaleźć tam produkty niepsujące się – kasze, makarony, puszki etc.), inne to zamykane w budynkach lodówki czynne od rana do wieczora. Najbardziej popularna jest chyba jadłodzielnia na Wilczej przy Syrenie, ale coraz częściej pojawiają się także w urzędach dzielnic czy innych obiektach użyteczności publicznej.

Pamiętajcie, że główną zasadą jadłodzielni jest ochrona żywności przed marnowaniem – nie oznacza to więc, że korzystać z niej mogą tylko najbardziej potrzebujący. Nie obowiązuje zasada „wymiany towaru” – możesz nie przynieść nic i zabrać co Ci się podoba, możesz tylko zostawić niepotrzebne rzeczy licząc, że przydadzą się komuś innemu. Niepisany savoir vivre wizyt w jadłodzielniach głosi jednak, by nie wpadać jak po ogień i nie plądrować w trzy sekundy zawartości wszystkich szafek, zostawiając dla reszty użytkowników ledwie nędzne okruszki. Zwłaszcza, że facebookowa policja dumpsterów zaobserwowała niefajny precedens zaopatrywania się w jadłodzielniach przez osoby, które potem dalej jedzenie odsprzedają. Nieładnie, tak nie robimy. No i niby oczywistość, ale dla porządku wspomnę – nie traktujemy jadłodzielni jako śmietnika. Zostawiajmy tam tylko jedzenie w stanie zdatnym do spożycia.

Najbardziej aktualną listę jadłodzielni znajdziecie na wspomnianych wyżej grupach na FB, bo ze względu na dynamikę zamykania i otwierania kolejnych punktów, raczej nie ufałabym w pełni artykułom wyskakującym w Google z datą starszą niż 2-3 miesiące.

III. Punkt trzeci to kwestia aplikacji do ratowania jedzenia. Od razu zaznaczę, że wpis nie jest sponsorowany – nikt nam nie zapłacił ani nas nie nakarmił za polecanie konkretnych aplikacji. Biorąc pod uwagę, że o jedzenie tam udostępniane trzeba prowadzić ciężkie bitwy, to właściwie powinnam trzymać dziób na kłódkę. Bo przecież im więcej użytkowników, tym mniejsza szansa na upolowanie upatrzonych paczek żywnościowych. Ponieważ jednak przyświeca nam szczytna idea nie marnowania jedzenia (a nie tylko bycie pasibrzuchem), to daję cynk, że w Warszawie od kilku tygodni coraz prężniej działa międzynarodowe Too Good To Go i oparte na polskim kapitale Foodsi (do pobrania za darmo). W obu przypadkach chodzi o to samo – lokale współpracujące z aplikacjami szacują, ile porcji jedzenia im w ciągu dnia schodzi, a następnie wrzucają możliwość zakupu za ułamek ceny paczki z tym, co najprawdopodobniej im zostanie. Zakupy są do odebrania zazwyczaj w godzinach wieczornych. Mi do tej pory udało się upolować dwa zestawy z Handrolla i jeden z Piekarni Aromat (wszystko w ramach Foodsi, bo na TGTG jestem chyba zdecydowanie za powolna – tam dopiero jest tempo przechwytywania paczek!). Za każdym razem wyglądało to tak, że mogłam sobie wybrać rolkę sushi lub pieczywo, które do czasu mojej wizyty nie zostało sprzedane. Opcja jest ekstra, zwłaszcza jeśli mieszkacie w pobliżu punktu powiązanego z aplikacją – nie macie pomysłu na kolację? Bach, dwa kliknięcia i o siódmej wieczorem pędzicie odebrać smaczne rzeczy za nie więcej niż 50% ich rynkowej wartości.

Wady? Użytkowników póki co przybywa trochę szybciej, niż lokali współpracujących. Oznacza to, że nie zrobicie sobie z tych aplikacji raczej stałego sposobu na codzienne żywienie. Trudno będzie też dostać konkretne, upatrzone dania – ja od miesiąca siedzę jak na szpilkach wpatrując się w ikonkę ReginyBar licząc, że kiedyś w końcu się dla mnie zaświeci i dorwę ich pizzunię. Póki co, nadzieje płonne.

Poza tym, aż do odbioru paczki nie macie wpływu na to, co ostatecznie dostaniecie. Wyklucza to trochę osoby będące na konkretnych dietach, choć z drugiej strony coraz więcej restauracji stricte wegetariańskich czy wegańskich bierze udział w akcji, więc klientów preferujących kuchnię roślinną może uda się zadowolić. Z opcjami bezglutenowymi czy alergiami może być większy problem.

Z małą dostępnością paczek wiąże się też dreszczyk emocji związany z polowaniem na dobrą okazję. Ten skok dopaminy będący skutkiem udanych łowów może w najbardziej ekstremalnych przypadkach doprowadzić do sytuacji, w której będziecie brać jedzenie zupełnie niepotrzebnie. Daleko nie muszę szukać – podam przykład własny. Przed chwilą wciągnęłam migdałowego croissanta, co jest totalnie niewskazane, jako że jest już wieczór, a pieczywko tuczy. Normalnie bym nie wpadła na taki hedonistyczny pomysł… no, ale „wygrałam” paczkę w Aromacie – to zjadłam. Jeśli nie będę się pilnować, to jak znam siebie wkrótce obudzę się bez pięciuset złotych na koncie, za to z lodówką wypchaną uratowanym jedzeniem, którego wcale nie chciałam (co już powoli wróży mi mój przyjaciel, słuchając przygód o tych polowaniach). W korzystaniu z TGTG i Foodsi uruchomcie więc zdrowy rozsądek i nie bierzcie jedzenia na wyrost – nie o to w tym chodzi. Nie bądźcie mną, a i ja postaram się w tym zakresie nie być tak zupełnie sobą.

Powiem jeszcze, że szczególnie powinni się zainteresować ściągnięciem aplikacji miłośnicy kuchni hinduskiej, bo porcje do kupienia z takich lokali wpadają codziennie w liczbie kilkunastu sztuk. Pewnie wynika to z tego, że jak się gotuje gar curry czy innej półpłynnej potrawki i tonę ryżu do tego, to trudno oszacować ile wyda się klientom „regularnym”. Największe indyjskie rogi obfitości ulokowały się na Dygata i na Ursusie.

Na koniec miła obietnica – o ile Foodsi współpracują głównie z restauracjami, tak TGTG podejmuje działania w kierunku zaangażowania w akcję sklepów i supermarketów. Już w tej chwili można zdobyć paczkę żywności z bliskowschodnich delikatesów Le Diplomate (jeden adres jest na Saskiej Kępie w moim częstym zasięgu i oczywiście – czaję się!), a niedługo do gry mają wejść znacznie większe podmioty. Korzystanie z aplikacji nie będzie więc tylko gratką dla wytrawnych foodies, ale też dla osób chcących po prostu dostać w obniżonej cenie torbę warzyw, kawałek sera o dziwnej nazwie czy słoiki przetworów.

Uff, ponieważ tekstu wyszło co niemiara, tutaj wersja tl;dr – jak macie nadprogramowe jedzenie to jest masa miejsc, gdzie możecie je oddać, a jeśli nie potrzebujecie, to nie bierzcie go dodatkowo tylko dlatego, że jest za darmo. Za to jeśli przymieracie głodem, nie wstydźcie się poprosić innych o pomoc – na pewno chętnie podzielą się obiadem czy składnikami do jego przygotowania. Jak będziemy stosować się do tej zasady, to może za parę lat statystyki wyrzucania żywności będą ciut bardziej optymistyczne.

Co sądzisz? Skomentuj!