Iguana Disco Club

W podwarszawskich Dawidach samoloty latały nisko. Stałem na świeżo ściętym polu i obserwowałem boeingi, które raz startowały, a raz schodziły do lądowania na pobliskim Okęciu.

Obok mnie leżała niepozornie zrolowana słoma. Byłem w mieście, i na wsi zarazem – typowa ulicówka położona na mojej ukochanej mazowieckiej płaszczyźnie. Na horyzoncie widać było stołeczny skyline. Ciekawie komponował się z dawidowskimi widokami. A te były różnorodne. Wzdłuż ulicy ciągnęły się na zmianę sklepy przemysłowo-spożywcze, domy producentów bram automatycznych i centra ogrodnicze. Bogate wille przeplatały się z miniaturowymi poletkami kapusty i kukurydzy. Na pętli autobusowej straszył budynek opuszczonej imprezowni. W „Iguana Disco Club” nie tańczyli już ani miejscowi, ani jaszczurki. Wewnątrz mogły mieszkać tylko pająki lub cieniolubne nietoperze. To wszystko niecałe dziesięć kilometrów od centrum Warszawy.

fot. Google Maps

Ze Śródmieścia nie było niestety widać Dawidów. Owszem, dalej było płasko, ale wieżowce i blokowiska skutecznie skracały perspektywę. Popołudnie trwało dalej. Byłem na zebraniu towarzystwa aktywistów, kiedy trójka zbłąkanych wędrowców zapukała przez szybę do lokalu. Wstałem i podszedłem by im pomóc. Trzech Chińczyków pytało o drogę. Stali na wąskich schodach między nieistniejącą galerią, a włoską restauracją. Mocno gestykulowali. Byli wyraźnie zaniepokojeni, że nie zdążą do umówionego miejsca na czas. W końcu jeden z nich pokazał mi ekran telefonu. Na mapie nawigacja wskazywała „Top Escort Poland” jako cel ich podróży. W blokach działało wiele takich przybytków. Skierowałem Azjatów do klatek schodowych na tyłach budynku. Ukłonili się w podziękowaniu i uradowani ruszyli schodami w dół.

Wieczorem zrobiło się jeszcze bardziej międzynarodowo. Byłem na zakupach w centrum handlowym. Miałem już płacić, kiedy ekspedientka złożyła mi niecodzienną ofertę.

– Zaproponuję w promocji „Niemieckiego bękarta”. – powiedziała.

– A co to? – zapytałem zdziwiony.

– Taka książka. – odrzekła sprzedawczyni.

Nie kupiłem w końcu „Niemieckiego bękarta”. Wystarczyło mi już dziwnych wrażeń. Po drodze do wyjścia dowiedziałem się z witryny eleganckiego sklepu z garniturami, że warto odwiedzić stolicę Portugalii – Lizbonę. Dlaczego? Zapewne ze względu na marynarki. Byłem już przy samej windzie, kiedy obok mnie przemknął chłopiec w stroju diabełka. Ciągnął mamę do demonicznego sklepu z zabawkami.

Po całym dniu przyszła chwila refleksji. W Dawidach było najspokojniej, ale tajemnice „Iguana Disco Clubu” pozostały nieodkryte. Do czasu.  Nie wiem w końcu dokąd wybrali się tajemniczy Azjaci…

Co sądzisz? Skomentuj!