Homar, burger i marchewka: Hala Gwardii w nowej odsłonie

– Tylko pisz o nas dobrze, bo wiesz, znajdziemy cię – uczciwie zapowiada Paula Stamm, prawnuczka słynnego Feliksa „Papy” Stamma, spod którego trenerskiej ręki wyszli najlepsi polscy pięściarze swego czasu. Także sami wiecie, nie mogę tego, co szykuje się w Hali Gwardii tak po prostu zjechać, jak – za przeproszeniem – Hali Koszyki. Po prostu napiszę Wam jak było na spotkaniu prasowym przed jej otwarciem.

Na początek kilka istotnych faktów. Hala Gwardii jest własnością miasta. O jej historii nie będę się rozpisywał, grunt, że ostatnio stała zaniedbana, i miasto przymierza się, żeby coś sensownego z nią zrobić. Na razie postawiło na konsumpcję i dzierżawi ją firmie CBR Events; umowa jest trzyletnia. Jednym z głównych macherów w przedsięwzięciu jest król targów śniadaniowych, Krzysztof Cybruch, odpowiedzialny za tzw. komercjalizację powierzchni. Czyli biznes. A biznes – przynajmniej w tym mieście – najlepiej robić na grubych portfelach.

Liczna obecność dziennikarek prasy lifestylowej, kobiet bez wieku, które testowały na sobie wszystkie kosmetyki świata i eksperymentalne zabiegi konserwujące, zdawała się potwierdzać to przypuszczenie. Szczególnie, że zaczęliśmy od antresoli i degustacji homarów, krewetek i muli. Na antresoli ma być jedyna w hali restauracja z obsługą kelnerską. Przepraszam, nie restauracja, tylko brasserie – jak poprawiła mnie Krystyna Chami, koordynatorka projekty HG – więc wcale nie taka elegancka, „i nie ma co szukać sensacji”. A to dobrze, myślę już uspokojony, zsiorbując ostrygę z muszli i popijam francuskim winem (bardzo dobrym!). Schodzimy na dół.

 

Hala główna przypomina nieco nieszczęsne Koszyki, chociaż bez takiego dramatycznego zadęcia. Dookoła swoje kioski ma 20 knajpeczek (same wybierane, w konkursie startowało 70). Przynajmniej szyldy są po polsku, albo chociaż na polski tłumaczone. Najpierw oglądamy kiosk z piwami rzemieślniczymi, „od casual-owych do takich po dwa tysiące za butelkę”. Na razie zamknięty, ale inni tzw. najemcy częstują nas na bogato. Wegańskie flaczki, kawa top premium i takież wino (biodynamiczne), wyciskany na zimno sok. Focaccia z parmeńską, włoskim salami i na cieście z atramentem z kałamarnicy. Przekąski z owocami morza, lody naturalne, mango, czekoladowe i ogórkowe oraz flam kueche. Dla mięsożernych – tatar z wołowiny, która zanim wołowiną się  stała, żyła w lepszych warunkach niż ja. Trzeba przyznać, wszystko prima sort, a pisze to człowiek, którego nie z takich bankietów wyrzucano!

Środek hali wypełnić mają stoliki (najemcy ich nie mają) oraz targ warzywny, który „ma się dopełniać z ofertą bazaru i Hali Mirowskiej”. Ma być eko i bezglutenowo, bezpośrednio od producentów i z odpowiedzialnych hodowli. Trochę ekskluzywnie – owoce morza, sery, wina, kuchnie świata i wegańskie kosmetyki. Podobno marchew, cebula i ziemniaki też będą.

Generalnie wszyscy mnie tu zapewniają, że to miejsce dla każdego, bez względu na to jak niską emeryturę wyliczy mu ZUS. Na oko jednak celujące w klientelę targów śniadaniowych właśnie. Trochę warszawka, trochę hipsteriada, ale od biedy i plebejusz będzie mógł zajrzeć.

Także teges, bazaru to tu nie będzie, ale… Trzeba przyznać, że CBR do miejsca podeszło z szacunkiem. I z głową, bo do współpracy zaprosili Fundację im. Feliksa Stamma, co na pewno uwiarygadnia sprawę. W hali już stoi ring bokserski, na którym jakieś bokserskie akcje mają się dziać. Pod sufitem wiszą zaś wielkoformatowe zdjęcia dokumentujące historię polskiego boksu. Powstaje też muzeum Stamma, choć muzeum to jednak zbyt szumna nazwa dla pomieszczenia wielkości handlowego boksu. Ale jest.

 

Jest też kiosk bęc zmiany, która zapowiada działania animacyjne, i będzie się starała otwierać nowe miejsce na mieszkańców. Mają być koncerty, wystawy (na słupach w hali czeka miejsce na prace młodych artystów), spacery po mieście. Na razie dostępny jest książkowy i gadżet-owy bęczmianowy asortyment.

No i na koniec prawdziwy sztos. Bar nie tylko Mleczny! Zapewniam was, że takich kartaczy jakie robi Pani Wanda (na zdjęciu poniżej), to nigdzie nie jedliście, nawet podlaski słoik wyjdzie oniemiały. Do tego ma być jeszcze wódeczka, a właściciel obiecuje rozsądne ceny. Zobaczymy.

 

 

 

 

Co sądzisz? Skomentuj!