Grzechy główne warszawiaków

Od redakcji: Artykuł „11 zasad warszawskiego savoir vivre” wywołał gorącą dyskusję – głównie na temat tego, jakie zasady warto byłoby jeszcze dodać do listy. Ale nie tylko. Jeden z naszych czytelników postanowił dobitnie wykazać, że warszawiacy też swoje za uszami mają. A że jest to bodaj pierwszy w historii Pańskiej Skórki „głos Słoika” – i to takiego, który jest ze swojego statusu dumny – tym chętniej oddajemy łamy bloga gościnnemu autorowi, zachęcając Was do lektury i dyskusji o tym, czy poczuwacie się do wypunktowanych „warszawskich grzechów”.

Gościnnie dla Pańskiej Skórki: Maciej Nawrot

DISCLAIMER: Tak, jestem słoikiem i nie wstydzę się tego miana. Nie, nie uważam się za warszawianina (czyl przyjezdnego, który w pełni zaakceptował to miasto jako swoją przybraną „małą ojczyznę” – „warszawiak” to osoba urodzona lub od dziecka wychowująca się w Warszawie). Tak, Warszawa dała mi bardzo wiele – tu zdobywałem wykształcenie, tu rozwijałem i rozwijam się zawodowo, poznałem i nadal poznaję wielu wspaniałych ludzi i wspaniałych miejsc. Nie, nie nienawidzę Warszawy, ani tym bardziej nią nie gardzę, chociaż czasami w przypływie złości zdarza mi się powiedzieć o niej o jedno lub nawet kilka przykrych słów za dużo.

Zdarza mi się pisać pod wpływem emocji i pod ich wpływem brać rozbrat z logiką, szczególnie w gorących dyskusjach, podczas których zdarza mi się napisać wiele rzeczy… których później żałuję i po ochłonięciu nie jestem w stanie się z nimi identyfikować. Często dzięki refleksji i krytycznym komentarzom widzę błędy w swoim myśleniu, bądź agresywny styl rozmowy – gdzie mogę, staram się to korygować i wyjaśniać. Nagminnie generalizuję, nie mam na celu obrażania nikogo, ale często niestety udaje mi się to mimowolnie. Mówię jednak głośno: nie mam zamiaru nikogo obrażać.

Mieszkam w Warszawie od 15 lat, zameldowany jestem od czterech i wciąż nie czuję się w pełni jej obywatelem, ba, niekiedy nie jestem w stanie się z nią identyfikować i nie wiem, czy to kiedykolwiek nastąpi.

Mieszkam w Warszawie od 15 lat, zameldowany jestem od czterech i wciąż nie czuję się w pełni jej obywatelem, ba, niekiedy nie jestem w stanie się z nią identyfikować i nie wiem, czy to kiedykolwiek nastąpi. Jednocześnie szanuję historię Warszawy i staram się ją poznawać, zachwycam się pozostałymi przy życiu zabytkami, bardzo lubię gwarę warszawską i rezolutność mieszkańców tego miasta. Sympatyzuję z Legią (nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem jej kibicem, bo na mecze nie chodzę, a to jest – przynajmniej dla mnie – warunek sine qua non). 1 sierpnia o 17 przystaję na chwilę refleksji, zdejmując czapkę z głowy. Ale nie chcę też nikogo czarować: przyjechałem tu przede wszystkim ze względu na dobry poziom studiów, zarobki i dużo lepszy start w dorosłe życie. Wszystko inne przyszło potem (no, może oprócz tego, że mam w Warszawie rodzinę, mieszkającą tu od z górką 50 lat).

Niestety, jest wiele rzeczy, które wkurzają mnie w Warszawie do bólu i sprawiają, że po piętnastu latach czuję się tutaj prawie tak obco, jak w momencie przyjazdu jesienią 2000 roku.

Niestety, jest wiele rzeczy, które wkurzają mnie w Warszawie do bólu i sprawiają, że po piętnastu latach czuję się tutaj prawie tak obco, jak w momencie przyjazdu jesienią 2000 roku. I nie mówię tutaj o korkach, drożyźnie czy wszechobecnych imprezach masowych – te zjawiska są obecne praktycznie w każdej stolicy oraz w wielu większych miastach stolicą niebędących.

Poznajmy więc… GRZECHY GŁÓWNE WARSZAWIAKÓW

1. KOCHAJ, ALBO FORA ZE DWORA

„Nie podoba się, to na Centralny i wy******aj na swoją wiochę” – takie dictum wypowiedziane w bardziej lub mniej kulturalny sposób słyszał chyba każdy przyjezdny, który ośmielił się skrytykować coś w Warszawie. Zamiast dyskusji – wilczy bilet na dzień dobry.

Nieważne, czy krytyka jest emocjonalna i wulgarna, wynikająca z przywiązania do innego miejsca, czy rzeczowa i kulturalna, poparta chłodnym rozumowaniem – wielu z Was po prostu nie umie jej przyjąć. A szkoda, bo od przyjezdnych można się sporo dowiedzieć – nawet jeżeli wyrażają się w „prostych żołnierskich słowach” – zamiast wysyłać ich od razu na Centralny lub przystanek Polskiego Busa.

2. WARSZAWA JEST TYLKO „NASZA”

O, przepraszam bardzo. Proszę pojechać na rondo de Gaulle’a (jakby ktoś nie wiedział – to z palmą) i przeczytać napis na fasadzie budynku Empiku. Dotarło, że dziesiątki tysięcy ludzi koczowało przez lata w barakach, śpiąc jeden na drugim i harując od świtu do nocy, żeby odbudować to miasto wysiłkiem całego kraju? Że przez długie lata – aż do późnego Gierka – istniał specjalny fundusz na odbudowę stolicy? Warszawy nie odbudował i nie rozbudowywał samodzielnie inżynier Karwowski – budowali ją ludzie z całego kraju.

Miasto stołeczne nie należy tylko do jego mieszkańców i w każdym kraju ciągnie do niego multum osób z tzw. prowincji. Tym bardziej stolica z taką przeszłością nie powinna odwracać się tyłem do innych dzielnic kraju, których wysiłek społeczny i finansowy przez dziesięciolecia koncentrował się na Warszawie kosztem własnego dobrobytu. To nie jest jakieś państwo w państwie, tylko podobnież stolica wszystkich Polaków.

3. WINA SŁOIKÓW

Jeżeli tylko zdenerwujesz kogoś w Warszawie – celowo lub nie – to bardzo często możesz usłyszeć, że jesteś słojem, wszystko przez przyjezdnych, panoszą się, nie umieją jeździć, stawiają buty na korytarzu… Jest to tym bardziej oczywista bzdura, że sami warszawiacy też nie są aniołkami. Opowieści o chamstwie i nieprzystosowaniu słoików to najczęściej wiadomości z czwartej albo jeszcze dalszej ręki, opowiadane z bałwochwalczą wiarą.

Znam mnóstwo przyjezdnych, którzy doskonale znają topografię Warszawy i świetnie poruszają się po niej samochodem, jak i lokalsów, którzy gubią się w trzy minuty na nieznanej sobie dzielnicy. Nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek ze słoików zostawiał buty na klatce schodowej, hodował kury w bloku, itp., itd. – a takich opowieści rodem z lat 70-tych albo serialu „Alternatywy 4” pokutuje jeszcze całkiem sporo. Korki to oczywiście też wina słoików, bo przecież prawdziwy warszawiak jeździ tylko i wyłącznie komunikacją miejską albo rowerem, samochodu wszak nie używa nigdy. To tylko ci przebrzydli prowincjusze jeżdżą autami.

Za to jak któryś z nich po weekendzie przywiezie pyszne ogóreczki od babci, albo bigos od mamy – o, wtedy autochtoni nie zawahają się przed przyjęciem tego dobrodziejstwa i nagle przestaje się być przysłowiową „łachudrą z Grójca”…

4. SŁOIK MA WSZYSTKO WIEDZIEĆ! OD RAZU!

Ludzie przyjeżdżają do Warszawy z różnych stron Polski, gdzie panują często inne obyczaje. Słoik nie od razu będzie wiedział, którędy jedzie się na Marszałkowską, co to jest rondo turbinowe, że roboty publiczne startują od 6-7 rano, że tramwaj potrafi głośno hamować na przystanku, że babcine wózeczki zakupowe na kółkach to nie powód do śmiechu i że mówi się „Plac Wilsona”, a nie „Łylsona”. W swoim czasie wszyscy się tych rzeczy nauczymy i nie jest to powód do toczenia piany.

Tydzień po ponownej przeprowadzce do Warszawy nieopatrznie wjechałem pod prąd w małą osiedlową uliczkę – znak zakazu był mało widoczny, nie było na niej ani jednego samochodu jadącego z przeciwka, jechałem w żółwim tempie szukając miejsca parkingowego. Naraz wyskoczył na mnie jakiś emeryt siedzący na ławce na skwerku i zaczął mnie obsztorcowywać, a na tekst, że jestem tu pierwszy raz i nie zauważyłem znaku, stwierdził kategorycznie, taksując moją rejestrację: „bo tacy jak ty to nic nie wiedzą!” Pomijam już fakt, że z tym panem kategorycznie nie byłem na „ty”, to tak – wszyscy powinniśmy wiedzieć, w tym miejscu jest jednokierunkowa, nie widząc znaku, bo przecież tacy jak my uczą się o tym w każdej szkole w kraju, gdzieś pomiędzy Powstaniem Warszawskim a legendą o Bazyliszku. Paranoja.

5. SŁOIK TO FRAJER…

…którego można obwieźć taksówką – przepraszam, cierpowozem – okrężną drogą z Żoliborza na Ochotę przez Piastów, pokierować w inną stronę, kiedy pyta o drogę, bądź obśmiać, kiedy publicznie wyciągnie mapę (swego czasu na Pradze konsekwencje takiego czynu były znacznie dalej idące). A jak zacznie się pruć o swoją krzywdę, to zawsze można mu powiedzieć „nie bądź tak cwany, w skórkę odziany” i wyekspediować na wzmiankowany wcześniej Centralny (zbudowany oczywiście wysiłkiem inż. Karwowskiego, a nie jakichś tam cieciów z awansu).

6. WARSZAWA JEST NAJLEPSZA

Zależy w czym i zależy kiedy. Są świetne zarobki, wielki biznes, mnóstwo możliwości rozwijania się praktycznie w każdym możliwym kierunku, szeroka oferta kulturalna, świetna komunikacja miejska, bezpieczeństwo, piękne parki i skwery, czarujące i tchnące historią Stare Miasto, sport na najwyższym poziomie.

Tyle, że nie można powiedzieć zupełnie obiektywnie i jednoznacznie, że Warszawa jest the best. Równie dobrze zarabia się w aglomeracji śląskiej, porównując średnie zarobki do poziomu cen. Najmniejsze bezrobocie występuje w Poznaniu. Podobny stołecznemu poziom rozwoju oferują firmy mieszczące się w choćby w Trójmieście, Poznaniu czy Wrocławiu, i są to często międzynarodowe firmy o dobrej renomie. Oferta kulturalna Krakowa, Poznania czy Wrocławia stoi na poziomie podobnemu stołecznej. Komunikacja miejska jest doskonała również w miastach takich jak np. Poznań. Najbezpieczniejszym miastem wojewódzkim w kraju jest Rzeszów. Lublin czy Białystok zachwycają znacznie większymi obszarami zielonymi. Starówki we Wrocławiu czy Gdańsku są równie pięknie (jeżeli nie piękniejsze) od warszawskiej, a też były dokumentnie zniszczone przez pożogę wojenną. Żadna warszawska drużyna nie zdobyła w tym roku mistrzostwa w czołowych ligach kraju (choć Legia była blisko!).

Czasami przed ogłoszeniem kategorycznego sądu warto wyściubić nos poza swoje miasto i zobaczyć, jak żyje się gdzie indziej. Bo może się – o zgrozo – okazać, że pod wieloma względami jest lepiej. Natomiast niestety w stolicy dominuje wywyższanie się kosztem innych, a jak nie ma się do czego przyczepić, to zawsze przecież można „elegancko” przemilczeć zalety innych miast, zamiast wyrazić dla nich uznanie – tak, by wydawało się, że sukcesów nie ma, lub są mało znaczące.

A już na pewno nie należy się wykłócać z kimś, kto uważa, że jego miasto jest pod jakimś względem fajniejsze – można przecież wziąć poprawkę na to, że spędził tam młodość albo niedawno stamtąd wyjechał i znalazł się właściwie w nowym otoczeniu…

I nie, słowa „warszawiak” nie pisze się z wielkiej litery, tak samo, jak słowa „mławianin”, „poznaniak”, „lublinianin” czy „elblążanin”, więc skończcie z tą manią wielkości, bo kaleczycie ojczysty język i wychodzicie na buców, a nie „szlachtę”.

7. CZEŚĆ, CZEŚĆ, CZEŚĆ, LEGIA WITA WIEŚ

No tak, przecież wszyscy przyjechali tutaj ze wsi. Na przykład z Chełma, Przemyśla czy Sandomierza, które miastami były już wtedy, gdy Wars i Sawa biegali jeszcze w pieluchach. Na przykład z Płocka, który jest historyczną stolicą Mazowsza, albo wyśmiewanego powszechnie Radomia, który był grodem już w X wieku. Albo z Lublina czy Torunia – miast, które legitymują się doskonałymi państwowymi uczelniami wyższymi (o niepublicznych nie mówiąc). No naprawdę, wsie jak się patrzy. Czasami warto przestudiować dokładnie historię i dowiedzieć się czegoś o innych miastach, zanim nazwie się kogoś „wieśniakiem z prowincji”.

Nie mówiąc o tym, że ludzie z małych miasteczek i wsi często biją na głowę warszawiaków zaradnością, inteligencją życiową i pracowitością. A nierzadko także wykształceniem i obyciem, i rzadko kiedy wyzywają kogoś od wieśniaków czy chamów.

8. MONEY, MONEY, MONEY

Dorobkiewicze, tania siła robocza, idą po trupach – takie obiegowe opinie można usłyszeć o ludziach, którzy nie ukrywają, że przyjechali do Warszawy się dorobić. Oczywiście przybysz „za chlebem” z prowincji na pewno jest pszenno-buraczanym prawdziwkiem, który po angielsku potrafi powiedzieć „jes łan dolar” i nie chodzi na lanczyk do starbunia, bo przynosi sobie kanapki z domu.

Tymczasem często (zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że w większości) są to inteligentni, obyci ludzie, znający języki obce, pracowici, z ambicjami i celem w życiu. Harują po godzinach, bo wierzą, że znaleźli się w miejscu, które wynagrodzi ciężką pracę za niewielkie pieniądze, które szanowni absolwenci Staszica, Czackiego, czy Batorego skwitowaliby co najwyżej pogardliwym wydęciem ust. Niewielkie pieniądze – które oferują im nader często „biznesmeni” z Warszawy, lub tacy, którzy osiedli tu od lat i doskonale „znają” prawa rynku, a także wszystkie najlepsze restauracje sushi i salony ekskluzywnych marek aut – z trudem wystarczające na opłacenie pokoju w mieszkaniach wynajmowanych w kilka osób, jedzenie i od czasu do czasu jakąś książkę czy bilet do kina.

Ale mówcie dalej, że zabierają Wam miejsca pracy i psują rynek. To bardzo sprawiedliwe, zważając na to, że spora część z nich nie wychodzi z biedy przez długie lata i nie ma pod ręką mamusi i tatusia, do których może w tarapatach podjechać na dzielnicę obok po kasę.

9. CESARZOWI, CO CESARSKIE

„PŁAĆ TU PODATKI ALBO SP…” – to często jedne z pierwszych słów słyszanych przez przyjezdnych. Atmosfera wokół odprowadzania podatków jest w Warszawie napięta jak w żadnym innym wielkim mieście kraju. Agresywne, nachalne przekonywanie słoików – często korzystających z warszawskiej infrastruktury przez kilka dni w tygodniu lub nawet mniej, obsługiwanych przez urzędy i instytucje publiczne spoza stolicy – do odprowadzania tutaj podatku dochodowego nierzadko ma skutek odwrotny do zamierzonego. Tym bardziej ze względu na nieustające jeremiady mieszkańców Warszawy – przypomnijmy, miasta dźwigniętego z gruzów po wojnie tytanicznym wysiłkiem całego kraju – przeciw „janosikowemu”. Bo przecież dzielenie się z biedniejszymi jest be, ale ściąganie od nich podatków już cacy.

Do tego przekonanie, że podatek dochodowy w Warszawie musi płacić każdy przyjezdny – nawet pracownik na śmieciówce, który za miesiąc może z tego miasta wyjechać za chlebem gdzieś dalej – ma słabe uzasadnienie w momencie, kiedy spora część dużych inwestycji w Warszawie i dookoła niej jest finansowana z budżetu państwa. Źródła, na które zrzucamy się wszyscy, i z którego Warszawie w większości przypadków skapnie więcej, niż innym. Dlatego dla niektórych płacenie podatków w swojej biedniejszej „małej ojczyźnie” to prosty i logiczny moralnie wybór.

Prośby, groźby, epitety, straszenie konsekwencjami prawnymi – to wszystko nie zdaje egzaminu. Fajniejsze są już pomysły z Kartą Warszawiaka i zniżkami np. na wstęp do muzeów. To jest pozytywna argumentacja, i jeżeli zamiast naskakiwania na przyjezdnego powiecie mu „zapłać tu podatki, będziesz taniej jeździć komunikacją”, to naprawdę może to zdziałać wiele dobrego. Apeluję o zrozumienie – płacenie podatków „u siebie” nie jest zabronione prawem, a przyjezdnych często aż podrzuca, gdy są bombardowani tą agitką, często popartą „na dzień dobry” wymyślaniem od złodziei, kombinatorów i darmozjadów. Postarajcie się ich zrozumieć.

Ja sam podatki zacząłem płacić dopiero wtedy, kiedy udało mi się tutaj kupić mieszkanie, ale za to błyskawicznie przemeldowałem się i przerejestrowałem samochód i przeniosłem prowadzoną wtedy działalność do Warszawy (co potem miało swoje konsekwencje w urzędzie skarbowym…). Bo dopiero wtedy stwierdziłem, że tak trzeba. I sądzę, że przy odrobinie dobrej woli można to zrozumieć.

I jeszcze na koniec: korzystamy tutaj z usług (PTU!), kupujemy produkty w warszawskich sklepach (VAT!), pracując wyrabiamy zysk wielu warszawskich i okolicznych firm. To niewiele?

10. MISTRZOWIE KIEROWNICY

Tutaj zapewne winowajców będzie tyle samo pośród słoików, co i rodowitych, ale oto moje obserwacje:

  • Gdy spadnie najlżejszy deszczyk albo śnieżek, wszystko zwalnia do 20 km/h, bo 30% kierowców nie umie jeździć w złych warunkach atmosferycznych „bo akurat zdawali kurs w lecie” w autoszkole firmy Krzak (w miastach położonych w strefach odśnieżania o niższym priorytecie umiejętność jazdy w trudnych warunkach jest o wiele bardziej powszechna), 10% ma łyse/letnie opony, a pozostałe 60% gotuje się ze złości w korku,
  • Wcinanie się na chama przy zmianie pasa i wyjazd zza samochodu, który właśnie wrzucił kierunkowskaz i zaczyna ten manewr – powszechne, i to w równym stopniu u kierowców z warszawskimi rejestracjami, co innymi
  • Nieużywanie kierunkowskazów przy skręcie i zmianie pasa – NAGMINNE! Pewien znajomy „rodowity” stwierdził, że w Warszawie jeździ się „intuicyjne”. Na dictum, że kiedyś ktoś intuicyjne wjedzie mu w kufer, stwierdził, że „gdyby wrzucał kierunkowskaz za każdym razem, kiedy chce zmienić pas albo skręcić, to palce by mu odpadły”. No popatrz, stary, a ja wrzucam kierunkowskaz za każdym razem od 15 lat i jeszcze wszystkie mam!
  • Jeżdżenie na letnich do momentu pierwszego śniegu, kiedy to wszyscy mamy mnóstwo funu stojąc w korkach spowodowanych przez miłośników ślizgawek
  • Rowerzyści jadący na pałę przez przejścia dla pieszych bez przejazdów rowerowych (nielegalne!) i cisnący ile sił w nogach po chodnikach i parkowych alejkach
  • Parkowanie jednym autem na dwóch miejscach (nie jest to warszawska specjalność, ale baaardzo często tu obserwowana)
  • Wbijanie się na trawniki i ścieżki rowerowe
  • Każdego człowieka z obcą rejestracją można obsztorcować, skląć, postraszyć – nawet, jeżeli nie ma się racji. Przecież nie jest stąd, czyli pewnie prawo jazdy wygrał na loterii.

Można by jeszcze tak długo… na szczęście to w dużej mierze jest spowodowane po prostu ilością mieszkańców i samochodów. W tym temacie też dokonuje się postęp.

11. MASA KRYTYCZNA

Powiedzmy, że rozumiem walkę o równouprawnienie rowerzystów, ale NAPRAWDĘ MUSICIE PROWADZIĆ SWOJE WOJENKI W PIĄTEK PO POŁUDNIU, GDY LWIA CZĘŚĆ „GASTARBEITERÓW” JEDZIE NA WYCZEKIWANY PRZEZ PIĘĆ DNI WEEKEND, DO DOMU, DO RODZINY? Niepojęte. Ktoś w ratuszu musi nie mieć rozumu, że na to pozwala.

12. „JAK JEST NA DWORZU?”

Nie wiem. Nigdy nie byłem.

Co sądzisz? Skomentuj!