Grochów od morza do morza

Sądząc po internetowych dyskusjach, najistotniejszą kwestią do rozwiązania na Pradze Południe jest… kwestia nazewnictwa. Napisałem „Pradze Południe”? Przepraszam! Nic takiego nie powinno istnieć! Jedynie właściwą nazwą jest oczywiście Grochów. Ze swoimi przyległościami – Saską Kępą i Kamionkiem – Grochów jest najdumniejszą dzielnicą Miasta Stołecznego. Pal licho dziurawe chodniki, zapyziałe bramy i brak wiat na przystankach. Grunt, że „Grochów”! Od morza do morza!

Zapewne jakiś nadwiślański gaz we wdychanym powietrzu sprawia, że wszystko zaraz musowo oblekamy w dumne szaty. Stroimy kirami, przyozdabiamy szarfami i w takim cyrkowym ubraniu obnosimy po agorze, cały czas groźnie łypiąc wokół z pode łba, czy ktoś aby naszemu cudakowi nie uchybi, nie obśmieje i czci nie poskąpi, bo może się i tak radośnie trafi, że po mordzie będzie powód komu dać. Ot, taka polska przypadłość.

Grochów jest jak Polska. Ma brudny płaszcz podszyty kompleksami, które wychodzą ochoczo na internetowych forach. Jaka „praga południe”?! Jaki znów „gocław” czy „gocławek”?! Co za powojenny komunistyczny (to obelga) wymysł? Grochów, na Grochowie, o Grochowie! Czasem mam wrażenie, że dla moich braci po dzielni kwestia nazwy jest najważniejszym i jedynym temat dyskusji. Strasznie mnie to mierzi – Grochów jest strasznie zaniedbany i po macoszemu traktowany przez miasto i naprawdę jest mnóstwo innych pilnych rzeczy, którymi grochowscy patrioci mogliby się zająć. No dobrze, skoro to tak cholernie ważne, to co to jest ten Grochów? Co go/to/ją za przeproszeniem konstytuuje? Z czego mamy być tak niesamowicie dumni?

Dobrze urodzone warszawskie dzielnice mają swoje historie, swoją symbolikę i tradycję. Wiedzą gdzie są, czym są i jakie są. Mają swój charakter i swoją tożsamość . Żoliborz oficerski, społecznikowski i inteligencki. Mokotów z elekcyjnym polem, marszem i kurantami. Wola czerwona, robotnicza. Stare miasto królewskie i bohaterskie. Saska Kępa szalonym bzem pachnąca. Nawet śródmieście, w powietrze wysadzone, porozrywane na strzępy. Nawet starsza siostra Praga ze swymi Maryjkami, sztajerskim gestem i wspomnieniem apaszy, których znały ulice. Dzielnice z dobrych domów są „jakieś”. A Grochów?

Historycznym wydarzeniem wydobywającym Grochów z mroków historii przez duże „H” była bitwa pod Olszynką Grochowską 1831 roku, przywoływana przez obrońców i apologetów grochowości. Bitwa nierozstrzygnięta ale jednak zwycięska( jak Wembley), gdzie z uporem, naprzeciw przeważającym siłom, bohatersko i ofiarnie… sami Państwo wiecie. Grochów był wówczas wioseczką i miejscem bitwy dość przypadkowym. Zaryzykowałbym tezę, że jego ówczesnych mieszkańców bardziej interesował los rozganianego drobiu i trzody chlewnej niż wynik krwawych zmagań. Ciężko na tej bitwie budować lokalną tożsamość, o dumie nie wspomnę. No bo jak ją porównać do obrony starówki czy szturmu na Pastę. Gdzie tu pałacyk Michla, albo, wstecz głębiej sięgając, chociaż reduta Ordona?

A potem… a potem nie wydarzyło się nic. A przynajmniej nic takiego, o czym pisały by podręczniki, a o czym musiałyby uczyć się dzieci w dalekich Suwałkach. Nikt nie dzwonił, nikt nie odwiedzał, nikt specjalnie nie pytał o zdrowie. I nie ma w tym nic złego. Kto powiedział, że o tożsamości mają decydować wielkie wydarzenia, najlepiej narodowe formie i militarne w treści? Szukajmy więc definiensów i wyznaczników grochowości gdzie indziej.

Na Grochowie trochę rozwijał się handel, później również przemysł (choć może nie na oszałamiającą skalę, ale jednak), rozwijały się drobne usługi. Grochów, zacofany i prowincjonalny, pielęgnował swoje zacofanie i prowincjonalność latami. Choć geograficznie zbliżył się jakby do cywilizowanego świata, albo raczej to wielki świat się rozrósł i zbliżył jakby do niego, wciągając w swoją wielkomiejską orbitę, choć jakoś tak niezdecydowanie. Dzielnica utrzymywała swój podwarszawski, biedniacki charakter.

Turbokapitalizm ostatnich dwudziestu lat obszedł się z Grochowem w sposób przewidywalny, to znaczy tak, jak centrum obchodzi się ze swoimi peryferiami. Zniszczył, to co już niepotrzebne, co opłacać się przestało, co szybciej łatwiej i taniej można sprowadzić z Azji. Dziś po przemyśle nie ma w zasadzie śladu. Po zakładach WSK, Cory, PZO, PZInż ostał się jedynie edukacyjny kombinat zwany kiedyś złośliwie Sorboną. Zakłady szewskie, stolarskie, kuśnierskie, krawieckie (choć te ostatnie zadziwiająco się ciągle bronią). Po naprawie overloków i AGD, drobnych jubilerach, ślusarniach i zakładach fotograficznych pozostały wyblakłe szyldy. Zniknęły też meliny, znika kamienny bruk.

Pańska Skórka | Grochów od morza do morza

Ich miejsce zajmują dziuple z automatami i niezliczone sklepy nocne z alkoholem. W mojej okolicy rozwinął się unikalny na skalę światową model biznesowy: warzywniak 24h. Patrząc po liczbie zakładów fryzjerskich, solariów studiów paznokci Grochów konkuruje z dzielnicami Mediolanu, Rzymu i Paryża. Faktycznie cekinowe litery D&G nader często zdobią biusty młodych dziewczyn i całkiem już dojrzałych matron. Poza tym bazary, tipsiary, nastoletnie matki, stara żulia, pit bulle i gołe klaty na ulicy latem. Tlenione trwałe i dziary na ramionach. Balsam pomorski i cyganie. Legia pany.

I taki dziś jest Grochów. Trochę prowincjonalny, trochę zapyziały, trochę nijaki ale i na swój sposób żywotny i kolorowy. I nie ma się co spinać. Mieszka się genialnie.

PS. Bardzo podoba mi się określenie użyte przez Paulinę Gorzkowską „warszawski Brooklyn”. Z przymrużeniem oka, ale pewną prawdę oddaje.

Co sądzisz? Skomentuj!