Grochów: gdzie tu się można (było) napić?

Koledzy zaczęli z wysokiego C. Architektura, słoikologia, źle wykorzystana przestrzeń miejska. Ważne i poważne tematy. Ale gdy człowiek trafi nagle do dzielnicy znanej jedynie z opowieści, pojawia się równie ważne i poważne pytanie: GDZIE TU SIĘ MOŻNA NAPIĆ? A jeśli dodam, że chodzi o Grochów, pytanie będzie brzmiało: GDZIE TU SIĘ MOŻNA NAPIĆ I NIE ZGINĄĆ OD CIOSU NOŻEM PO UPRZEDNIM STRACENIU PORTFELA, TELEFONU I GODNOŚCI OSOBISTEJ? Służę radą. Zanim jednak pokrótce opowiem o nowych, cywilizowanych miejscach spotkań w mojej okolicy zwanej w latach 90 warszawskim Brooklynem, proponuję wycieczkę w przeszłość, do barów i restauracji, gdzie godność osobistą tracili nasi rodzice i dziadkowie.

Dawno, dawno temu w budynku przy ul. Grochowskiej 234/40 był sobie Zagłoba. A konkretnie było ich dwóch: restauracja z dancingiem oraz bar-mordownia. W restauracji odbyło się wesele moich rodziców, w barze codziennie topili smutki okoliczni żule oraz studenci z pobliskiego akademika przy ul. Kickiego, czyli tzw. Kica. Jednym z nich (studentów, nie żuli) był Muniek Staszczyk, który wspomina w wywiadzie dla TVN Warszawa:

Był też bar „Zagłoba” blisko Ronda Wiatraczna, tam cała ekipa grochowskich meneli się zbierała. To była kufloteka taka chamska, studenci pili z menelami. Jednak panowała pełna symbioza. Nikt nikogo nie bił. Studenci grzecznie stali z menelami po to piwo. Takie były lata 80′ w Warszawie.

Oprócz podstarzałych miejscowych lumpów i napływowych studenciaków, Zagłobę nawiedzała też rodowita grochowska młodzież, w tym Andrzej Stasiuk, który w Jak zostałem pisarzem pisze:

Najprzyjemniej było w Zagłobie. Nikt się do nikogo nie przypierdalał. Rondo Wiatraczna niedaleko, więc był przepływ i nie wiadomo, kto swój, a kto obcy, więc nikt się nie wychylał. Staliśmy godzinami nad piwem. To nie było w porządku, bo kufli na całą salę barmanka miała z piętnaście i kolesi w kolejce szlag trafiał, ale nic nie mogli zrobić. Takie czasy. Zawsze czegoś brakowało. Albo piwa, albo kufli, albo kasy.

Moi rodzice twierdzą, że na ich weselu w części restauracyjnej nie brakowało ani piwa, ani kufli, ani w ogóle niczego, a to wszystko dzięki zaradnej kierowniczce lokalu – pani Irenie. Możliwe, że nazywała się zupełnie inaczej, ale moja mama zarzeka się, że właśnie Irena. Nie wiem, czy jej wierzyć, bo gdy byłam nastolatką, z takim samym uporem wmawiała mi, że do osiemnastego roku życia nie wzięła do ust alkoholu, co obecna przy tym babcia skwitowała znaczącym, stłumionym chichotem. Była to mamy pierwsza i ostatnia gadka umoralniająca.

Wesele w Zagłobie AD 1979, ksiądz jak widać też pił wódkę; druga fota, z panią kierowniczką

Wesele w Zagłobie AD 1979, ksiądz jak widać też pił wódkę

Wieloletnia kierowniczka Zagłoby, całkiem przystojna babka

Wieloletnia kierowniczka Zagłoby, całkiem przystojna babka

Irena czy nie Irena, żelazna pani kierowniczka nie była w stanie zapobiec zamknięciu lokalu, gdy nastały czasy wolnego rynku, piwa w puszce i pizzy na wynos. Dziś na miejscu Zagłoby znajduje się nieustannie zamknięta Cafe To Tu, oddział banku, apteka i lecznica. A menele piją na tyłach budynku, przy śmietniku.

Inną klasyczną miejscówką była wciśnięta między kolekturę Lotto a sklep z najlepszymi w Warszawie rurkami z bitą śmietaną dziupelka zwana Cafe Mambo. Zamknięto ją w zeszłym roku albo dwa lata temu. Teraz zamiast napić się tam kawy czy koniaku, można najwyżej kupić wczorajsze pieczywo. Zostaje nam tylko opis Stasiuka:

Na kawę chodziło się do tej dziupli przy przystanku eFki na rondzie. Nie pamiętam, ile kosztowała, ale była mocna i dobra. I ten widok na rondo, na pętlę tramwajową, na ten cały grochowski syf, na wylot Waszyngtona, gdzie przez parę przystanków kompletnie nic nie było, tylko jeden zakład tapicerski i dalekie niebo Śródmieścia w uciekającej perspektywie. Tak było. Kawa prawdopodobnie po 10,50. Bez śmietanki.

Widok pozostaje bez zmian, ale podziwiać go można tylko koczując na wspomnianym przystanku lub czekając na śmierdzącego starą fryturą kurczaka w pobliskim fast foodzie. Pycha.

Niektórym lokalom udało się przetrwać zmianę ustroju, kolejne ekipy rządzące i kryzysy finansowe. Należy do nich Astoria w Universamie Grochów.

Na uroczej stronie internetowej kierownictwo Astorii zapewnia, że oprócz codziennego obsługiwania gości w zajmującej parter kawiarni i znajdującej się na piętrze restauracji jest w stanie również nawiązać współpracę z firmami, proponując rozwiązanie problemu grupowego żywienia, co niezwykle rozbawiło moją mamę, bo w latach 70 dała się ze znajomymi przekonać pijanemu kelnerowi, że dziwnie zazielenione oko niezbyt świeżo wyglądającego pstrąga to przecież groszek z przybrania, nie ma się czego bać, trzeba zamawiać, pani kochanieńka, rybka paluszki lizać. I tak oto grupowe żywienie w Astorii skończyło się dla wszystkich grupowym zatruciem. No ale to było dawno temu, podobno teraz można się tam najeść bezpiecznie, tanio i do syta. Na rybkę bym się jednak nie skusiła. Za to wódeczka zimna i niedroga. Piwo też, sądząc po tłumach w ogródku, nawet w środku tygodnia.

Oprócz tego regularnie odbywają się w Astorii wieczory taneczne pod hasłem Dyskoteka dla Dorosłych. Rodzice na żadnej nie byli, ale wspominają dawne czasy i panią bufetową, blond Halinkę, która tak bardzo lubiła tańczyć, że podczas dancingów więcej czasu spędzała na parkiecie niż w swoim bufecie. Pląsała do Boney M i flirtowała z panami. Panie jakoś tak niespecjalnie ją lubiły, zupełnie nie rozumiem dlaczego.

Neonów już oczywiście nie ma. Źródło: http://warszawskieneony.wordpress.com/2009/05/31/rondo-wiatraczna/

Neonów już oczywiście nie ma. Źródło: http://warszawskieneony.wordpress.com/2009/05/31/rondo-wiatraczna/

A co z nowymi miejscami? Odpimpowana w stylu lat 90 Astoria ma swój urok, ale jeśli ktoś nie lubi ścian w kolorze dojrzałej brzoskwini i ma ochotę na piwo inne niż kilka najbardziej znanych polskich marek, warto udać się na tyły Ronda Wiatraczna, gdzie tuż obok kolonii przysadzistych okrąglaków zwanych Grzybkami mieści się dedykowana Mironowi Białoszewskiemu – i ogólnie Grochowowi, jak można przeczytać na Facebooku – klubokawiarnia Kicia Kocia. Że mają tam swojskie piwo Kamionkowskie to jedno, ale można tam wymieniać się książkami, upolować coś na wyprzedaży garażowej, powymądrzać się na temat sztuki, podyskutować o przyszłości dzielnicy, ogłuchnąć na koncercie. Polecam.

Bezalkoholowo najlepiej ugasić pragnienie U Krawca na Siennickiej. Zastaniemy tam doskonałą kawę, duży wybór herbat, do tego pyszne ciasta i pozostałość po dawnych najemcach lokalu, czyli stare maszyny do szycia. Nie wiem, czy działają. Za to kawa działa za każdym razem.

Na koniec wracamy w okolice słynnego Kica. Naprzeciwko akademików, w dawnym sklepie z kosmetykami i chemią gospodarczą od marca działa klubokawiarnia Grochownia. Świeżo zaparzona kawa, świeżo wyciskane soki z owoców, świeżo upieczone ciasta. Od jakiegoś czasu także całkiem przyjemne wina i piwa z małych browarów. Lokal reklamuje się jako przyjazny dzieciom, ale spieszę uspokoić dzieciofobów, że kącik dla maluchów znajduje się w bezpiecznym oddaleniu od centrum wydarzeń. Stale działa też wymiana książek: można tam znaleźć prawie wszystko, od przewodników po Paryżu z lat 60 po warszawskie sagi Olgierda Budrewicza i powieści Jackie Collins. I pani za barem nie zrobi na Wasz temat miny, jeśli wybierzecie akurat te ostatnie.

Na pewno jest więcej grochowskich knajp wartych opisania, i tych dawno zamkniętych, i tych dopiero co otwartych, ale każdy pisze o tym, co zna najlepiej, a ja najlepiej znam akurat te okolice. Chcecie coś dodać? Proszę bardzo. Wszelkie uwagi, sprostowania, skargi i zażalenia mile widziane. No i ten, wpadajcie na Grochów. Żartowałam z tym nożem.

Co sądzisz? Skomentuj!