Górce Pana Andrzeja – cz. 4: Violetta

Pan Andrzej Szczeciński, jeden z ostatnich rdzennych mieszkańców Górc, miał szczęście do spotykania osób oryginalnych i znanych. O „Prezydencie” mogliście przeczytać w poprzednim wpisie, dziś czas na historię bodaj najsłynniejszej mieszkanki dawnej wsi, a dzisiejszego osiedla na Bemowie. Poznajcie historię Violetty i tajemniczej krawcowej.

Wspominał: Andrzej Szczeciński
Wysłuchał i zredagował: Adam Kaliszewski

Przy Dębickiej mieszkał jeszcze taki dorożkarz, w takim małym domku. I tam, u Derlichów, zamieszkała pani Violetta Villas – jako początkująca piosenkarka. Ja, proszę pana, prowadziłem takie życie, że… ja się nigdy nie goliłem rano, ja się zawsze golę wieczorem, bo mi do kalafiorów niepotrzebna była gładka broda, tylko wieczorem, bo ja prowadziłem nocne życie!

Pewnego razu wyszliśmy z sąsiadem z restauracji „Kongresowa” – pod Salą Kongresową była wtedy olbrzymia restauracja z wodotryskiem, z fontanną. I śpiewała tam właśnie pani Violetta Villas. Śpiewała – to może utwór nie do nocnego lokalu – „Ave Maria” Gunoda. Piękny głos, przecież ona miała cztery oktawy. I tam spod samej Kongresowej jeździł autobus – 113, czy 313, nocny. Stoimy sobie na przystanku, żeby tu wrócić do domu, a tu ona przychodzi, te włosy takie obfite. Stanęła, wsiadła do autobusu razem z nami. Dojechaliśmy do nas i patrzę, a ona tu wysiada. Ciemno było, błoto, spłoszona, bo myślała, że może my za nią wyszliśmy – dwóch chłopów, wysiada tam gdzie ona. Ja mówię do niej: „Niech pani się nie lęka, my tutaj mieszkamy, niech pani się nie lęka. Dobranoc pani, pięknie pani śpiewa – byłem na pani występie!”. A ona na to, że to pierwszy taki głos pochwalny, jaki usłyszała. Potem zapytałem tego kolegę, bo on w tamtą stronę poszedł, czy z nią rozmawiał, a on na to, że nie. I jeszcze kiedyś jechałem rowerem, to ona taka w porannej toalecie szła po wodę. Na tej posesji nie było wody, więc brała ją z ulicy, tam kran taki był.

Stanęła, wsiadła do autobusu razem z nami. Dojechaliśmy do nas i patrzę, a ona tu wysiada. Ciemno było, błoto, spłoszona, bo myślała, że może my za nią wyszliśmy – dwóch chłopów, wysiada tam gdzie ona.

Pan Jan Brzechwa, ten, który napisał „Lokomotywę”, to on chyba ze dwa czy trzy artykuły takie cieplejsze o niej napisał. Ale w ogóle wtedy była na nią taka nagonka. I jeszcze ten festiwal w Sopocie, gdzie Irena Dziedzic prowadziła konferansjerkę i tak tę panią Violettę ogłupiła, a ona była nieobyta na scenie, że nie wiedziała, z której strony jest publiczność. Suknię jej uszyła taka krawcowa stąd, która obszywała moje siostry i mamę. Pani Wacia z sukni ślubnej swojej córki zrobiła jej toaletę na festiwal. Jak pani Violetta później się znalazła w Stanach Zjednoczonych, to tę panią Wacię chciała ze sobą wziąć jako garderobianą tam do siebie.

Suknię jej uszyła taka krawcowa stąd, która obszywała moje siostry i mamę. Pani Wacia z sukni ślubnej swojej córki zrobiła jej toaletę na festiwal.

Ale wszystko po kolei. No więc pani Villas wyjechała do Stanów Zjednoczonych, występowała głównie w Las Vegas. Mój znajomy był dyrektorem w przedsiębiorstwie Sport-Tourist, drugim największym obok Orbisu. I on dostał zaproszenie z Pan-American, taki gratisowy przelot do Stanów Zjednoczonych mu dali, więc on jako dyrektor oczywiście tam poleciał. I potem opowiadał: „Nie wyobrażacie sobie, ja tam byłem w tym Las Vegas, tam są trzy razy jej naturalnej wielkości neony. Takie kicze amerykańskie, ale ona tam robi olbrzymią furorę jako artystka”. Ona tam była przez kilka miesięcy. Pamiętam dokładnie, bo moja żona akurat była przy nadziei z synem, to był sześćdziesiąty ósmy rok, Boże Narodzenie, i w drugi dzień świąt w Sali Kongresowej Violetta Villas koncertowała po powrocie ze Stanów Zjednoczonych. I tu, gdzie teraz jest Dworzec Centralny, to taki afisz był na różowo-fioletowym tle napis, a ktoś na dole napisał czarną farbą „kurwa”. Drugi był koło Hotelu Polonia, jeszcze nie było Hotelu Metropol, tylko taki płot, więc na tym płocie był plakat i znowu to samo. Czyli to już jakaś zmowa była. Ja z żoną, żona już przy nadziei, poszliśmy na ten koncert do Sali Kongresowej. Wyszła w takiej sukni mieniącej się, z olbrzymim wachlarzem ze strusich piór pani, odsłoniła się, ja myślę, że to Violetta Villas, a to Hanka Bielicka. Pani Bielicka dowcipna, elokwentna, ze sceną obyta. A pani Villas w każdym utworze miała inną kreację. Jak z „Traviaty” „Libiamo libiamo” śpiewała w takiej sukni jak pół tego tarasu, jakieś udrapowania takie, no i ten głos. Był też taki tancerz Gerard Wilk – wystąpił tam ze swoim zespołem, sami mężczyźni tańczyli, byli w tle – zachwycający ten koncert był. No i później zaczęła pani Villas wszędzie występować, zapraszali ją, „Podwieczorek przy mikrofonie” u pana Zenona Wiktorczyka, została też zaproszona przez panów Stępnia i Gozdawę do Teatru Syrena. A kuzyn mój, aktor, który współpracował też z panem Hoffmanem przy „Ogniem i Mieczem”, „Starej Baśni”, był zaangażowany w tym teatrze i opowiadał tak: „Próba, przychodzi Violetta Villas i mówi: Mam do was prośbę – uklęknijmy, w imię ojca i syna, zmówimy pacierz za moich rodziców zmarłych” – takie robiła zagrywki, ale patrzyli na to przez palce, na te jej zachcianki, bo to była gwiazda i była im potrzebna. Więc jej wybaczono. A później tak marnie skończyła. Jest pochowana na Powązkach. To była niedoceniona wielkość, taki głos wspaniały.

Zdjęcie główne: Violetta Villas, Wikimedia CC-NC.
Podziękowania dla Tomasza Sopyło za ułatwienie nawiązania kontaktu z p. Andrzejem

Co sądzisz? Skomentuj!