Górce Pana Andrzeja – cz. 1: wojna

Kiedy pod kilofem dewelopera dogorywała Willa Strzeleckich, jeden z najciekawszych przedwojennych budynków na Górcach, rozbiórce zza płotu przyglądał się sąsiad. Pan Andrzej Szczeciński, którego rodzina mieszkała tu od pokoleń i prowadziła gospodarstwo ogrodnicze (miedza w miedzę z Ulrichami i Strzeleckimi), dał się namówić na fascynującą rozmowę o Górcach Nowych – przedwojennych, powojennych, o ich mieszkańcach i niezwykłych losach osiedla, które dziś kojarzy się głównie z blokami mieszkalnymi. Historia tej okolicy jest jednak bardzo bogata – będziecie mogli przeczytać o niej w kilku wpisach na naszym blogu. W kolejnych odcinkach poznacie powojenne losy osiedla-wsi, dawnych mieszkańców (także bardzo znanych), nie zabraknie też wątków „z dreszczykiem”. Tymczasem oddajmy głos panu Andrzejowi w pierwszej odsłonie wspomnień – dotyczącej czasów wojny i Powstania.

Wspominał: Andrzej Szczeciński
Wysłuchał i zredagował: Adam Kaliszewski

Dom wybudowali rodzice w 1939 roku, w lipcu w nim zamieszkaliśmy, a we wrześniu wybuchła wojna. Później, w czasie okupacji, budowa była zatrzymana. Chociaż tutaj nie było takich represji w czasie Powstania Warszawskiego, bo my byliśmy wieś, nawet nie wieś, tylko osada: Górce Nowe, powiat Pruszków, gmina Młociny-Łomianki. Także jak w Warszawie Powstanie wybuchło, to tutaj, bo to był nowy dom, zamieszkali wysokiej rangi oficerowie i na tarasie rano były odprawy oficerskie. Jeszcze taki pan żył, trochę ode mnie starszy, no ale ciekawy świata chłopak, to tu przychodził. No i on zwrócił uwagę: „Jacy oni byli eleganccy! Warszawa płonęła, a oni w takich mundurach jak kostiumy z operetki”.

Na terenie zakładu ojciec miał sześć koni, więc potrzebna była słoma i pasza na ściółkę, a poza tym później był nawóz do potrzeb takich produkcyjnych, ogrodniczych. Wielkie sterty stały, takie jak tamten budynek mieszkalny. Jak Powstanie wybuchło 1 sierpnia, to tutaj już 2-3 sierpnia przyjechały ich pojazdy.

Ja miałem wtedy 8 lat. Na terenie zakładu ojciec miał sześć koni, więc potrzebna była słoma i pasza na ściółkę, a poza tym później był nawóz do potrzeb takich produkcyjnych, ogrodniczych. Wielkie sterty stały, takie jak tamten budynek mieszkalny. Jak Powstanie wybuchło 1 sierpnia, to tutaj już 2-3 sierpnia przyjechały ich pojazdy. Ojciec był obeznany, bo służył w wojsku. Powiedział: „To są radiostacje”. Nie mieli jeszcze armat, ale były otwarte takie pancerne wierzeje i widać było operatorów radiostacji w słuchawkach. No bo tutaj mieszkał jakiś oficer wysokiej rangi, który musiał mieć kontakt z tymi swoimi podwładnymi jednostkami. Powtarzam – to był 3 czy 4 sierpnia. To co? Bór-Komorowski nie wiedział, co się dzieje?! Przecież miał wywiad, to była wielka organizacja… Musiał wiedzieć, że oni już się rozładowywali w Żyrardowie i w Skierniewicach, bo ich przywieźli z Półwyspu Apenińskiego. Dywizja im. Hermanna Goeringa, dywizja pancerna. I oni weszli do Warszawy i zaczęła się Rzeź Woli – od trzeciego do ósmego wymordowali ponad 30 tysięcy ludzi. Ja się doczytałem, że to była zemsta za 1939 rok, bo oni tu wchodzili w 1939, kiedy jeszcze nie było ulicy Wolskiej, tylko była Droga Wolska. Naprzeciwko tego małego kościoła, co jest tam przy Redutowej, była fabryka pana Dobrolina. Produkowano tam jakieś materiały z łatwopalnych surowców. Niejaki porucznik Kuźmierski – ale to są zaczytane przeze mnie rzeczy – był dowódcą kompanii, miał ok. 100 żołnierzy, skrzyknął rezerwistów, młodych chłopaków. Wynieśli z tej wytwórni i schowali w rowach przydrożnych – bo, powtarzam, to nie była ulica, tylko droga – ułożyli, zamaskowali jakieś środki łatwopalne. Jak wjechało ok. 40 czołgów to zdetonowali i tam się załogi niemieckie upiekły. To były małe czołgi PzKpfw II, dwuosobowe załogi, nieraz trzy. Podobno ten sam generał później wchodził do Warszawy i uważał, że to czerwona Wola, że tu komuniści mieszkali, no bo to raczej była robotnicza część miasta. Dużo zakładów, wielkich zakładów przemysłowych. I on się podobno tak zemścił.

Na przykład ul. Dębicka – czy pan słyszał, że tam był pałac przy Dębickiej? Nazywali go Dwór Marynin. Jedna z ojca sióstr młodszych była tam zapraszana na bale do pani, nie pamiętam nazwiska.

Na końcu tego domu był drugi, stary dom, w którym mój dziadek jeszcze egzystował, później w 1927 roku zamarzły sady. Bo tu było gospodarstwo sadownicze, ale miękkie owoce, nie jabłka, nie gruszki, tylko jakieś renklody, bardzo dużo malin. Jeden z moich stryjków mówił, że ponad sto kobiet zbierało maliny, więc to musiał być duży obszar. I jakiś czas po 1927 mieszkał tam jakiś pracownik, a jak się ojciec ożenił, to ten dom wyszykował i z mamą tam zamieszkali, bo rodzice się pobrali w 1935 roku. Jak się w 1939 przenieśliśmy do tego domu, to tutaj już bardzo dużo ludzi mieszkało. Na przykład ul. Dębicka – czy pan słyszał, że tam był pałac przy Dębickiej? Nazywali go Dwór Marynin*. Jedna z ojca sióstr młodszych była tam zapraszana na bale do pani, nie pamiętam nazwiska. I właścicielka później rozparcelowała majątek między ludzi, którzy za ostatnie pieniądze, za ostatnie kredyty, pokupowali sobie te działki, kto jak mógł, tak pobudował. Ojciec mówił: „drzwi od szafy, komin z cholewy”. Ale były i lepsze domy, i było tam dużo dzieci. Ojciec mój był bardzo dobrym organizatorem. W tym domu tutaj skrzyknął sąsiadów, którzy też mieli gospodarstwa ogrodnicze, trzy piekarnie były naprzeciwko. Piekarnie dawały bułeczki codziennie, były też krowy – tam, między tymi domkami trzymali krowy – kobieciny też się zobowiązały. Najęli dwie przedszkolanki, jedną pamiętam, mieszkała w tym domu, a jedna dochodząca była, i zrobili przedszkole. Ojciec odgrodził, żeby dzieci nie wchodziły na posesję gospodarstwa, no i jakieś zajęcia te przedszkolanki prowadziły. Ale jak Powstanie wybuchło, to ludzie, uciekając od tej pożogi, zatrzymali się tutaj, w tym domu. Te krzesełeczka małe na strych wynieśli, no i tam jakoś zamieszkali. Rodziła tu nawet jakaś kobieta dziecko – ona była ułomna, garbata – ojciec mój podawał do chrztu tego chłopca.

Ojciec mój był bardzo dobrym organizatorem. W tym domu tutaj skrzyknął sąsiadów, którzy też mieli gospodarstwa ogrodnicze, trzy piekarnie były naprzeciwko. Piekarnie dawały bułeczki codziennie, były też krowy – tam, między tymi domkami trzymali krowy – kobieciny też się zobowiązały. Najęli dwie przedszkolanki, jedną pamiętam, mieszkała w tym domu, a jedna dochodząca była, i zrobili przedszkole.

Podobnie było z tym domem obok [rozebrana ostatnio willa Strzeleckich – red.]. W kościele na Kole, przy ul. Deotymy, tam gdzie teraz jest ten duży kościół, tam proboszczem był ks. Jan Sitnik. Jest pochowany po prawej stronie w świątyni. Ale zbyt skromnie… Za takie wybudowanie takiego obiektu… A wtedy wybudować kościół, to nie tak jak teraz, o nie! Tutaj pomagali – także ojciec mój – jakieś loterie robili. A to cielaka dali, żeby była nagroda, żeby ludzie kupili losy… No ale wrócę do Powstania. Spalili ten kościół, plebania została, ona jest do dziś przy kościele. Ksiądz Jan Sitnik zamieszkał u moich rodziców. 9 sierpnia urodził się mój brat najmłodszy, Włodek. A krzyczał podobno! Dziecko wojny. No i w porozumieniu z panem Strzeleckim wykorzystano ten dom, który jeszcze był niewykończony, ale była już w nim urządzona kuchnia, był piec węglowy, terakota na podłodze, glazura na ścianie. I razem ze szwagrem p. Strzeleckiego, który też uciekał z Płockiej z żoną, siostrą i synkiem, moim rówieśnikiem, który później zwariował, bo to co to dziecko widziało tam to prawdopodobnie był taki szok, że się w głowie zamieszało; zdał maturę, nawet na Politechnice był, a później dostał jakiegoś obłędu; ojciec mój, z tym panem Dąbrowskim wyszykowali temu księdzu pomieszczenie i w tym pokoju od frontu, a potem w miarę dalszych potrzeb jeszcze dwa pokoje adaptowali, bo ludzie szukali pociechy w modlitwie, przychodzili. Pamiętam jak budowali ołtarz i tabernakulum, to z jakiejś szafki nocnej czy skrzynki, bo ksiądz miał te swoje narzędzia, ale trzeba było ostoję jakąś zrobić. No i tutaj brat mój został ochrzczony, chłopców dwóch takich moich sąsiadów też, ślub podobno nawet tu był w tym kościele. Ale pogrzebu nie było.

Zdjęcie główne: okolice ul. Jeździeckiej, 1954, fot. Wacław Andziak. Zdjęcie pochodzące z zasobów i wykorzystane za zgodą Cyfrowego Archiwum Bemowa.

Przeczytaj więcej o pałacu na stronie CAB.

Podziękowania dla Tomasza Sopyło za ułatwienie nawiązania kontaktu z p. Andrzejem.

Co sądzisz? Skomentuj!