Górce Pana Andrzeja – cz. 3: Prezydent

W poprzednich odcinkach opowieści p. Andrzeja Szczecińskiego poznaliśmy historię Górc – wojenną i z czasów PRL. Czas więc, na półmetku górczańskiej epopei, poznać też dawnych mieszkańców podwarszawskiej wsi. Część z rodzin nadal mieszka w domach, które ostały się na blokowisku. A niektórzy trafili nawet do filmu. Poznajcie więc właścicieli jatek, prasowaczki, konfidentów, a nawet niedoszłego prezydenta najjaśniejszej, pioniera czegoś, co dziś nazywamy recyklingiem i zrównoważonym rolnictwem.

Wspominał: Andrzej Szczeciński
Wysłuchał i zredagował: Adam Kaliszewski

PIEKARNIA, GEES I PRASOWACZKA

Z dawnych, starych mieszkańców, to tak: Jerzy Marek tutaj prowadził piekarnię. Teraz już z uwagi na wiek wydzierżawił to, ale nadal mieszka. A tu, gdzie jest ten dom do sprzedania [dawne „Delikatesy Fiołek” – red.] to było państwa Miklińskich. Kiedyś jatkę mieli – teraz już się tego słowa nie używa – takie stoisko z mięsem w Hali Mirowskiej. Pracując ciężko, pobudowali dom, w 1939 roku były tylko piwnice, potem go zadaszyli, bo w czasie okupacji były tylko mury, a po wojnie podciągnęli wykończyli i zamieszkali ci Miklińscy. Sklepik jakiś taki na rogu otworzyli, ale wtedy to nie było czym i z kim handlować. Tutaj obok taki gees był, czy coś, no i ludzie chodzili, oni też, do tego sklepu. A tam był jakiś konfident i tego pana Miklińskiego na dwa, czy trzy lata wzięli do więzienia. Bo się „źle wypowiadał”. To był prosty człowiek, nie wiedział, z kim ma do czynienia, a tamten był taki sukinsyn. Pamiętam, jeszcze jak byłem chłopcem, jak on tak siedział przed tym domem i nagle krew z niego chlusnęła. To był dla mnie szok. On nigdy nie chciał mówić o tym, co on tam przeżył w tym więzieniu. My żeśmy tutaj w czasach komunistycznych trzymali świnie, żeby mieć mięso. On przychodził pomagać, ale nie dawał już rady, ja mówiłem do niego: „Panie Mikliński, może mocniej ten nóż?”, a on, że więcej mu już na śmierć niż na życie i żebym poszedł śniadanie zjeść i nie patrzył. Pan Mikliński miał trzy córki. One się podzieliły po śmierci ojca i jednej z nich syn tu mieszka – jednej z tych córek, które też już nie żyją. Część jednej z tych córek to właśnie ten sklep – i to są starzy mieszkańcy.

Kiedy był mały, babcia poszła tam do niego, wchodziła na piętro, a tam jakiś bieg z góry, chłopiec wpadł na babcię, przewrócił ją, połamał i ta babcia umarła.

A ten dom, co tu widzimy, co jest taki napis [graffiti na rogu Budy i Szlifierskiej – red.] to mieszkali państwo X.*, teraz ich wnuczka mieszka, Sylwa, to już też nie jest jakaś panienka. Pani X. była prasowaczką w firmie pralniczej, a później tutaj się tym zajmowała. Jak pan zaniósł garnitur do niej, to jak pan odbierał, to jakby pan od krawca odbierał. Tak to było zrobione. Jej wnuczek pełnił u nas ważną funkcję przez jakiś czas. Kiedy był mały, babcia poszła tam do niego, wchodziła na piętro, a tam jakiś bieg z góry, chłopiec wpadł na babcię, przewrócił ją, połamał i ta babcia umarła. Później ten dom żółty, który stąd widzimy, to oni go sprzedali. Tam był Jacek, trzech braci, to oni już wszyscy nie żyją. I następny, tam, gdzie jest klimatyzacja, to jest też już wnuczek właścicieli, pan Jarek, bardzo zacny człowiek. Prowadzi zakład klimatyzacji aut. I to już będą wszyscy.

PREZYDENT

Był tu jeszcze taki Perzyna. Też tego pana znałem, bardzo przyzwoity człowiek. Ale tam u niego był jeden wielki śmietnik. Ten Perzyna był bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Ojciec jego został pomówiony o kolaborację i stracony, powiesili mu ojca. Ja się pytałem swego ojca, jak to było. Ojciec mój mówił, że tak: albo miał wojskowe spodnie i cywilną marynarkę, albo miał cywilne spodnie i wojskową marynarkę, często stał tu na rogu. Wiem, że przed wojną był tramwajarzem, pracował jako motorniczy. Pobudował ten dom. Nic do niego ja, ani on do mnie nie mieliśmy. Ale w czasie wojny się tak właśnie ubierał. A po wojnie wrócił jako sierżant Wojska Polskiego. I tu go oskarżyły jakieś kobiety, że w 1939 roku się tu schowali, w tym niewykończonym jeszcze domu, ludzie, w tym dwóch polskich żołnierzy. I że on poszedł i powiedział Niemcom, że tam są polscy żołnierze. Jest taki przepis, że żołnierz umundurowany za linią frontu jest dywersantem – niepisane prawo skazuje go na śmierć. I tych żołnierzy jakoby rozstrzelali, ale ja tego nie pamiętam, bo ja miałem wtedy może trzy lata. Ojciec mój też tego nigdy nie potwierdzał, nic nie wiedział. Ale ten jedyny syn, Tadzio Perzyna, który chyba ze sześć lat temu zmarł, to na nim to piętno ciążyło.

Poszedłem do pana Fidyka i mówię: „Proszę pana, on prowadzi metę tutaj, utrapienie, poza tym hoduje świnie i nie wywiózł nigdy choćby taczki nawozu, tonie to wszystko w błocie, on tylko układa jakieś rupiecie tutaj, żeby miały wyżej i żeby się nie potopiły.”

On skończył wieczorową szkołę, ale był technikiem budowlanym. Był trochę dziwny, miał pieczątkę „Literat”, mówił: „Ja więcej napisałem niż przeczytałem”. Jest jego książka w bibliotece – na każdą literę jest jakieś opowiadanie, takie miniatury [„Miniatury Autobiograficzne”, wyd. Prima, Warszawa 1996 – red.]. Ale to trzeba było tu mieszkać, żeby wiedzieć, co on chciał wyrazić w tej swojej twórczości. Melinę prowadził, wódkę sprzedawał… Nawet film zrobili. Pan Andrzej Fidyk, bardzo zasłużony, on tutaj kręcił film, później była projekcja ze trzy razy w telewizji, pod tytułem „Prezydent”. Ja poszedłem do tego pana Fidyka i mówię: „Proszę pana, on prowadzi metę tutaj, utrapienie, poza tym hoduje świnie i nie wywiózł nigdy choćby taczki nawozu od tych świń, tonie to wszystko w błocie, on tylko układa jakieś rupiecie tutaj, żeby miały wyżej i żeby się nie potopiły, to niech pan lepiej zrobi film o kobiecie, która o piątej rano z dzieckiem na ręku jedzie, bo sklep o szóstej otwierają, a ona musi jeszcze oddać dziecko do żłobka – to jest bohater, a nie tutaj pan robi bohatera… no z kogo no…?”

Z całym szacunkiem dla Perzyny, ale to nie był bohater. Ludzie z okolicy mu tam pomagali, zakład stolarski mu podłączył elektryczność itd., ale czy ktoś myślał, że zostanie ambasadorem, jak on będzie prezydentem? Bo on się szykował na prezydenta.

Z całym szacunkiem dla Perzyny, ale to nie był bohater. Ludzie z okolicy mu tam pomagali, zakład stolarski mu podłączył elektryczność itd., ale czy ktoś myślał, że zostanie ambasadorem, jak on będzie prezydentem? Bo on się szykował na prezydenta. Przyszedł do mnie, żeby mu listę podpisał, zbierał podpisy. Ja mówię: „Panie Tadziu, podpiszę panu, jak pan zrobi porządki tam u siebie na podwórzu. Takiego prezydenta ja nie chcę mieć, co żyje w smrodzie, brudzie”. Chodził, proszę pana, do Belwederu, ale go nie chcieli przyjąć. Jaruzelski wtedy był w Belwederze. No to on coś tam podał przez te kraty. I potem przyjechali tutaj zapytać się, co to za jeden. Ludzie mówili, że on taki trochę nawiedzony. Chodził przy pętli autobusowej i uczył świnie, żeby je autobusem dowieźć do Śródmieścia. Kierowcy robili sobie z niego zabawę, ale on był nieszkodliwy. To nie był wariat, tylko taki oryginał. Bardzo dużo wiedzący, umuzykalniony, potrafił śpiewać arie z operetek. Nie był to jakiś taki prostak. On to wszystko przeżywał. I jeszcze miał te swoje psy – panie z Animalsów przyjeżdżały, przywoziły budki, kastrowały te psy, a to wszystko w takiej zamkniętej enklawie się parzyło, takie degeneraty się tam lęgły. Perzyna kiedyś do mnie przyszedł z knurem na spacer. Wlazł mi ten knur, natłukł szyb, moi pracownicy się złościli, że to wszystko trzeba nareperować.

On walczył z innymi metami, więc zrobił taki afisz, czy plakat: „Anty-meta” i ogłosił, że sprzedaje po cenie. I nawet tym pijakom nie byle jakim chciał oddawać reszty.

A skąd się ta jego meta wzięła? To nie była jedyna w okolicy. On walczył z innymi metami, więc zrobił taki afisz, czy plakat: „Anty-meta” i ogłosił, że sprzedaje po cenie. I nawet tym pijakom nie byle jakim chciał oddawać reszty, np. cena była czterdzieści osiem złotych, ten dał pięćdziesiąt, to chciał koniecznie oddać te dwa złote, a oni tylko krzyczeli „Panie Tadziu, daj pan spokój!”, a on się upierał, że musi tak być. Ale potem jeden pijak wziął na kredyt, drugi pijak wziął na kredyt, więc pan Tadzio musiał jakoś się ratować i zaczął zaokrąglać te ceny, już nie brał 48, tylko 50 złotych, czy nawet więcej. No i rozwinęło się przedsiębiorstwo. Dostał kiedyś wezwanie do prokuratora. I mówił jak czekał przed gabinetem prokuratora, przyszedł jakiś pan i mówi: „Pan tu czeka do tego prokuratora?” „Tak.” „Co panu się stało, że pan do prokuratora? Bo ja jestem adwokatem.” A on mówi: „Wie pan, sprzedałem komuś butelkę wódki raz drugi, to mnie tu pociągają, że ja prowadzę metę”. „A gdzie pan tę wódkę sprzedawał?” „A wie pan, na Górcach…” „Tam gdzie te psy? Panie, to ja tam byłem!”. No i Tadek mówi: „Jak adwokat u mnie był to ja już tak źle się nie czuję”.

Perzyna miał taką idee fixe, że wszystko można spożytkować. Dążył do tego, żeby wszystkiego używać, bo tyle się wyrzuca chleba do śmietnika, na wysypisko, a przecież można na tym wychować zwierzęta i ludzie będą mieli tanie mięso.

No i ten film… Perzyna miał taką idee fixe, że wszystko można spożytkować. Kości, obierki, chleb. I w takim kontekście był ten film przez pana Fidyka nakręcony. No i on mówił tam, że dąży do tego, żeby wszystkiego używać, bo tyle się wyrzuca chleba do śmietnika, na wysypisko, a przecież można na tym wychować zwierzęta i ludzie będą mieli tanie mięso. Ja to panu relacjonuję w wielkim skrócie, bo nie pamiętam wszystkiego. Ale np. ten prokurator wtedy go zapytał: „Te kwiaty, co tu stoją, to można wykorzystać?” „No tak, bo jak panu przekwitną, to pan na kompost odda”. „A tę wodę?” „No to można użyźnić, bo są bakterie…”. „No ale tego, co mam w popielniczce, to tego pan nie spożytkuje?” „Nie, panie prokuratorze, gotuje pan wodę na kuchni węglowej, ale brakuje tego jednego stopnia. I co pan robi? Wsypuje pan te pety i już się gotuje”. A prokurator na to: „Idź pan do cholery!” i go nie ukarał, ale skierował na badania psychiatryczne, przy ulicy Lumumby [obecnie ul. Płocka – red.]. I Tadek opowiadał: „Poszedłem tam, wziąłem sobie trochę materiału, żeby jakieś opracowanie robić, kanapki, usiadłem, zarejestrowałem się, coś piszę, czytam, zeszło się popołudnie, przychodzi ta z rejestracji, pyta co tam robię, a ja że czekam do gabinetu, aż mnie doktor zawoła, no i kazała wejść. Dwie jakieś mnie badały, jedna mówi: daj mu od razu papier, że jest puknięty, druga chciała robić szczegółowe badania, ale pierwsza ją przekonała i dostałem te wariackie papiery”. Ale pan Perzyna nie był wariat. Ja mam tę jego książkę, bo przyniósł z dedykacją dla mojej mamy, którą darzył wielką estymą. A poza tym to już tylko nowi ludzie tu mieszkają.

Osobie Tadeusza Perzyny poświęcony został też reportaż radiowy „Życie udane połowicznie” – red.

* nazwisko rodziny zostało zmienione z uwagi na opisane wydarzenia.

Co sądzisz? Skomentuj!