Emilka to pikuś

Warszawa to miasto cudów. Potrafią tu w ciągu jednej nocy zniknąć zabytkowe koszary, piękna hala targowa powraca jako biurowiec-wydmuszka, a w kontekście cudem ocalałej przestrzeni Śródmieścia Południowego toczy się debata (bardzo gorąca) o dopychaniu wieżowców między zabytkowe kamienice, kościoły i zieleńce. Nie powinno dziwić więc nic. A jednak dziwi.

Jak donoszą media, firma Orange postanowiła spieniężyć kawał kubatury w ścisłym centrum Warszawy. Na deweloperską giełdę trafi m. in. jeden z najbrzydszych budynków Śródmieścia – techniczny wieżowiec, o którym trudno powiedzieć cokolwiek dobrego, a także… czteropiętrowy dom z 1933 roku oraz perła przedwojennego modernizmu i awangardy – Gmach Telegrafu i Telefonu przy ul. Nowogrodzkiej 45, dzieło Juliana Putermana-Sadłowskiego.

Zaprojektowany w 1928 roku przez Juliana Putermana-Sadłowskiego w Wydziale Budowlanym Ministerstwa Poczt i Telegrafów gmach Urzędu Telekomunikacji przy zbiegu ulic Nowogrodzkiej i Poznańskiej staje się nie tylko jednym z największych wówczas budynków użyteczności publicznej, ale i jednym z najbardziej skomplikowanych funkcjonalnie. Mieści biura departamentu technicznego Ministerstwa Poczt i Telegrafów, telefony międzymiastowe, telegraf i radiotelegraf oraz oddział poczty, szkołę teletechniczną, muzeum poczty i telekomunikacji, zaplecze socjalne z szatnią na 1300 osób, stołówką, a nawet tarasami na dachu. Jest tam ponadto odpowiednie zaplecze techniczne.

Operator chce ponoć, bazując na wcześniejszych doświadczeniach, zamienić stare, zdaniem niektórych niekoniecznie przystające do dzisiejszych wielkomiejskich standardów budynki, na nowoczesny park biurowy – kilkanaście tysięcy metrów kwadratowych boksów i ołpenspejsów (gdzie, po odliczeniu ciągów komunikacyjnych, upchnąć można będzie pewnie z 10 tysięcy pracowników), 170-metrowy (sic!) wieżowiec idealnie zapewne uzupełniający zabudowę historycznej jednak Nowogrodzkiej, cuda, wianki, szkło i metal.

Pod względem strukturalnym jest jednym z najnowocześniejszych gmachów w Warszawie dzięki logicznemu zastosowaniu konstrukcji żelaznej, nitowanej, otoczonej murowanymi ścianami zewnętrznymi. Przy rygorystycznym module konstrukcyjno-przestrzennym jest ona na tyle elastyczna, że może pogodzić zróżnicowane wymagania przestrzenne mieszczących się w niej funkcji. Plan budowli mówi o funkcjonalistycznych i normalizacyjnych skłonnościach twórcy, zmierzającego do swobodnego rozwiązania poszczególnych kondygnacji w ramach segmentów wyodrębnionych pionami komunikacyjnymi.

Jest jednak pewien szkopuł, na który zwrócił wyraźnie i dobitnie uwagę Michał Krasucki – Gmach Telegrafu to zabytek. I to zabytek nie byle jaki! Choć na Nowogrodzką rzadko zaglądają wycieczki, choć budynek nie jest wyeksponowany tak, jak – dajmy na to – Gmach Sądów (zresztą moim skromnym zdaniem mniej frapujący od projektu Putermana), choć nawet wielu warszawiaków nie bardzo zdaje sobie sprawę z jego istnienia i klasy, to mamy tu do czynienia z architekturą znakomitą, ponadczasową, i – „dla kumatych” – jednym z symboli budownictwa końca dwudziestolecia międzywojennego.

Wobec ścisłego racjonalizmu rozplanowania zastanawiają cechy kompozycji bryłowej obiektu. W dążeniu do uzyskania dużej siły wyrazu ukształtowany został jako postkonstruktywistyczna rzeźba, nieuzewnętrzniająca ani skomplikowanej funkcji, ani szkieletowej konstrukcji. Bazując na kontraście pionów i poziomów, Puterman waha się pomiędzy ukazywaniem „szczerości” wyodrębnianych brył a tendencją do zacierania ich granic podłużnymi pasami obiegającymi elewacje.

Kiedy w redakcji przeczytaliśmy o (nieśmiałych, ale…) planach operatora i zastrzeżeniach konserwatora, spontaniczne i zgodne komentarze, które padły z ust damskich i męskich, niezależnie od wieku, statusu materialnego, wykształcenia, wyznawanego światopoglądu, zarówno wierzących w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielających tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzących z innych źródeł, brzmiały tak, że nie nadawałyby się do publikacji nawet po solidnym wykropkowaniu lub użyciu znaczków typu @#$%. Po prostu zostałyby pojedyncze litery. Mówiąc krótko – kolektywnie wściekliśmy się.

Tradycyjnie podkreślając zbieg ulic i główne wejście, jednocześnie akcentuje pion klatki schodowej, najwyraźniej ze względu na wysoką rangę nadawaną magistralom komunikacyjnym przez awangardę. W biurowcach zwykle używane są windy, a nie schody, ponadto klatka schodowa nie potrzebuje takiego doświetlenia, jakie umożliwia lokalizacja w wyeksponowanym narożniku budynku, w którym ze względów użytkowych powinny pojawić się przestrzenie najbardziej reprezentacyjne lub potrzebujące najlepszego doświetlenia.

Teoretycznie można byłoby ze spokojem przyjąć mocne stanowisko konserwatora. Teoretycznie można byłoby przyjąć, że nikt o zdrowych zmysłach na coś takiego się nie odważy. A jednak „odważano się” już tyle razy – że wspomnimy tylko o Feminie, Supersamie, Emilii, Chemii, koszarach przy 29 listopada, willi Granzowa i dziesiątkach innych charakterystycznych (czy, jak to się teraz mawia – „ikonicznych”) budynków, które zniknęły z warszawskiego pejzażu wcale nie z powodu wojen, czy katastrof naturalnych, a zwykłej ludzkiej pazerności – że po prostu strach się bać.

Francuski operatorze telekomunikacyjny, chytry deweloperze, konserwatorzy, urzędnicy i wszyscy, którzy macie wpływ na to, co może stać się z „Telegrafem” – zapamiętajcie: jeśli i w przypadku tego budynku zdarzy się „warszawski cud”, to miasto Wam tego nigdy nie wybaczy.

Cytaty z opisu budynku za: Anna Dybczyńska-Bułyszko – „Architektura Warszawy II Rzeczpospolitej”
Zdjęcie: Wikimedia Commons

Co sądzisz? Skomentuj!