Egzegeza

Słowo na niedzielę – w centrum handlowym, a nie w kościele. Tłumy wolan i bemowian postanowiły schronić się przed upałem w Wola Parku. Nic dziwnego. Ludzie wreszcie mieli okazję rozkoszować się zwyczajem, który najprawdopodobniej niebawem odejdzie do lamusa czyli niedzielnymi zakupami. Na dodatek pod klimatyzowanym dachem. Muzyczka grała w tle, a ja postanowiłem wypić łyk kawy przed zakupami w megamarkecie. Usiadłem przy stoliku i wtedy, niczym grom z jasnego nieba, padło hasło: „egzegeza”!

Egzegeza? Tak. Egzegeza. Przysłuchiwałem się więc. Przy stoliku obok padały pytania: ile czasu potrzeba by ukończyć jej kurs? Jaką część Pisma Świętego obejmuje? Kto ją wykłada? Jak się przygotować by zrozumieć? Dyskusja nie ograniczała się jedynie do kursu na uniwersytecie i obejmowała tez poważniejsze teologiczne dylematy. Wciągnęło mnie to przysłuchiwanie. Ludzie mają jednak potrzebę sacrum. Tkwi nich dążenie do świętości. Dlaczego by więc nie podyskutować o ewangelicznym kanonie przy kawce?

Przyszła pora by wstać i zrobić zakupy. Megamarket skutecznie sprowadzał na ziemię. Nieustanny ruch, unikanie wózkowych kolizji i poszukiwania produktów w gąszczu półek dały mi się we znaki. Po godzinie na parterze wjechałem na piętro, niestety tak samo pełne ludzi jak poziom zero. Później było już z górki. Wózek pełen zakupów, kolejka, kasa i pa pa. Na początku megamarketowy róg obfitości mnie zachwycił. Po wyjściu okazało się, że miał odwrotny efekt. Padłem, a najlepszy lekarstwem na zmęczenie wydała się kawa.

Wróciłem do kawiarni by uzupełnić kofeinę. Tam, ku mojemu zaskoczeniu, dyskusja o egzegezie trwała dalej w najlepsze. Z chęcią bym jej posłuchał, ale czas gonił. Wyszedłem z centrum handlowego. Uderzył we mnie żar. Już nie było klimatyzacji. Był za to parking, samochody, pobliska budowa metra i dużo betonu. W takich okolicznościach oddanie się egzegezie wydało mi się jeszcze bardziej sensowne niż na samym początku. Zaszyć się w ciemnym, chłodnym miejscu i studiować księgi aż do zachodu Słońca. Mnisi mieli rację. Rzecz w tym, że nie każdy może mnichem zostać. Wtedy pozostaje mu jedynie monastycyzm w wielkomiejskim wydaniu – w kawiarni w centrum handlowym.

Co jak, co, ale stanowczo lepsze niż zakupy w niedzielę*.

—————————

*Należy się tu sprostowanie. Nie jestem zwolennikiem zakazu handlu w niedzielę. Wręcz przeciwnie – gorąco mu się przeciwstawiam. Pchanie się na zakupy wraz z dzikim tłumem nie należy do moich ulubionych aktywności w dzień wolny od pracy. Gdyby nie zakaz, dałoby się uniknąć takiego spiętrzenia. Pytanie czy zauważyłbym wtedy egzegezę i czy w ogóle powstałby ten felieton?

Co sądzisz? Skomentuj!