Dziura w procedurach

Ostatnio coraz liczniejsi publicyści zaczynają powoli zmieniać ton w sprawie własności warszawskich gruntów z: „Nic się nie stało!” na: „Oj, lepiej, żeby nic się nie stało!”. Nawet red. Wojtczuk, którego pobłażliwość nieraz mnie frasowała, ostatnio negatywnie ocenia sytuacje, w których Miasto robi komuś lody w Pasażu Wiecha lub kroi parki arbitralnie niczym tort. Pozostając w klimatach… kulinarnych, porozmawiamy dziś o słodowieckich ziemniakach.

Pan Wojciech Kacperski w artykule „Potato Jesus w przestrzeni publicznej”

nazwał sytuacje dewastacji przestrzeni wspólnych poprzez decyzje takie, jak te powyższe, „trudnym sprawdzianem dla wielu procedur”. Szanuję próbę opisu problemu. Wspomniano tam między innymi działkę na Słodowcu, którą francuski deweloper, którego-nazwy-nie-wolno-wymawiać-bo-nikt-nie-wie-jak, ogrodził na złość okolicznym mieszkańcom oraz władzom spółdzielczym i samorządowym. Rozumiem, że jako pracownik Biura Architektury i Planowania Przestrzennego Urzędu m. st. Warszawy autor niespecjalnie miał sposobność dzielić włos na czworo. Skupił się na warstwie estetyczno-etycznej. Jestem wdzięczna za artykuł, bo Bielanom trudno przebić się do mainstreamu przez głośne śródmiejskie afery. Niestety zupełnie nie zgadzam się z tą interpretacją.

Kacperski pisze m. in.:

„To wszelkiego rodzaju »przypadkowe dzieła sztuki w przestrzeni publicznej«, czyli coś, co nie miało być dziełem, a jednak się nim stało”.

„Z pewnością jest to trudny sprawdzian dla wielu procedur, które – gdyby sprawnie działały – wykluczałyby podobne działania w przestrzeniach publicznych”.

„Być może to wciąż wyłom we właściwym planowaniu miasta, z którego wszyscy obywatele muszą jeszcze wynieść jakąś lekcję”.

Po latach pisania i mówienia na temat konieczności partycypacji w planowaniu oraz kształtowaniu miasta, dziś stykamy się chyba z najbardziej jaskrawym sposobem ignorowania tych wartości”.

„Pszypadeg? Nie sondzę”

Po pierwsze nazwanie czegoś sztuką – nawet gdy się podkreśla, że jest groteskowa i kulfoniasta – jest niebezpiecznym „ocieplaniem wizerunku” tego zjawiska. Po drugie trudno mówić o przypadku trwającym przez kilka dekad. Skoro już padło słowo „procedura” i sugestia, że zawiodła, zastanówmy się, o którą procedurę chodzi. Kto jest odpowiedzialny za planowanie przestrzenne? Czy na pewno „wszyscy obywatele”, czy też Biuro Architektury i tego… no… Planowania Przestrzennego?

Gdzie są plany zagospodarowania? Ich brak nie jest oczywiście bezpośrednio winą personelu BAiPP. Nie. To wina jego zwierzchników. Zwłaszcza tych wieloletnich, którzy muszą mieć chyba jakieś chody, bo trudno sobie wyobrazić, na przykład w warunkach korporacyjnych, żeby osoby tak nieskuteczne utrzymały się na stołku bez specjalnych względów.

Szczególnie zaś jest to wina kierownictwa politycznego, które rozdziela kasę. Budżet Warszawy jest bardzo skomplikowany i opiewa na trudno wyobrażalną kwotę trzynastu miliardów rocznie, ale pewne opracowania i porównania dają wiele do myślenia. Ostatnio przydała nam się dociekliwość Stowarzyszenia „Republikanie” (Republikanie.net). Opracowało ono infografikę o wydatkach Warszawy. Polecam każdemu kilka chwil refleksji nad tym pasjonującym opracowaniem. Teraz jednak porównajmy dwie rubryczki:

  • „Wydatki na gospodarkę gruntami i nieruchomościami” – 948 855 633 zł. Prawie miliard na… właściwie na co? Podobno Miasto ma zarabiać na gruntach – czemu właściwie ma takie wydatki?
  • „Wydatki na plany zagospodarowania” – 1 676 868 zł. Tak: jeden milion, sześćset tysięcy.

Dla porównania przypominam, że w jednym tylko głosowaniu radni Warszawy ot tak przegłosowali przyznanie 200 milionów zł na podziemne parkingi. Taki jest rząd wielkości wydatków w skali Miasta Stołecznego. A co BAiPP ma sobie kupić za półtora miliona rocznie? Waciki?! Porównując to z wydatkami na odszkodowania dla reprywatyzatorów i resztę miliardowego kosztu „obsługi gruntów”, naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, że Ratusz po prostu nie chce mieć tych planów. Bo kasa jest, tylko trzeba chcieć ją pożytecznie rozdysponować.

Nadgorliwość gorsza od niedasizmu

Wróćmy zatem na osiedle „Słodowiec”, o którym Adam Kaliszewski pisał tu, a ja tu. Jego mpzp jest w opracowaniu od 2011 roku. Ktoś powie, że to i tak „dobry wynik”, bo mikroplan dla wchodzącego w jego skład Parku Olszyna, w którym należałoby napisać: „Tu jest Park Olszyna” i zamknąć sprawę, leży za kaloryferem w BAiPP od 2003 roku (data pierwszej uchwały o wyłożeniu wg mapy na stronie UM). Informację o środowisku tego maluteńkiego rezerwatu przedstawiono w 2008 r., ale wyłożenie do wglądu będzie dopiero w tym miesiącu (czerwiec 2017).

Obszar dziś zwany „Słodowcem” jest zabudowany od lat 60. Należy po prostu do licznych spółdzielni, które mogłyby przedstawić swój stan faktyczny i po ustaleniu przeznaczenia nielicznych pozostałych gruntów w kontekście istniejącej zabudowy, każda z osobna miałaby uchwalony plan w parę lat. Ale nie. To by było za proste.

Na początku tej dekady BAiPP wymyśliło, że najlepiej będzie, jak plan obejmie półtora hektara. Zatem „Słodowiec” spuchł cztery razy i teraz ciągnie się od granicy dzielnicy dwa kilometry aż do Ratusza, obejmując gęsto zaludnione obszary między dwiema najszerszymi arteriami Bielan. Strach pytać o logikę i cel tej decyzji. Spośród licznych możliwości wybrano tę, która trwa najdłużej i dopuszcza do podważania spółdzielczej własności jak najwięcej osób trzecich.

Potencjalny wątek reprywatyzacyjny

Mniej więcej w tym samym czasie w osławionym BGN urzędnik Jakub R. zaczął zwracać grunty na Słodowcu. Prezes Spółdzielni „Przedwiośnie” przypuszcza, że za działkę 14/2, czyli tę za dyktą, spadkobiercom zadośćuczyniono dwa razy. Ja tej decyzji jeszcze nie czytałam. Mam za to przed oczyma sąsiednią, świeżo uzyskaną przez Miasto Jest Nasze na podstawie fortelu z wnioskami o informację publiczną [przeczytaj]. Na razie wiele wskazuje na to, że te dwie decyzje wydano na rzecz tej samej grupy 23 spadkobierców (ul. Żelazowska to przedłużenie ulicy Kiełpińskiej po Żoliborskiej stronie Trasy AK, a liczba 23 osób jest dość charakterystyczna).

Zwrócony plac leży na styku ulic Magiera i Duracza. To właśnie na nim, jak zabawnie ujął to Adam, „deweloperzy zaczynają już dogęszczać własną, nową zabudowę, która dopiero co została oddana do użytku”. Dokumentne zaćkanie tego spłachetka przeskalowaną zabudową zajęło im około pięciu lat. Nie było trudno. W powyższej decyzji Jakub R. wypisał nawet ze Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego, iż, w obliczu braku mpzp, zabudowa może mieć 20 metrów, a mieszkaniówka ma stanowić 60% powierzchni. Odkupując nieruchomość od grupy spadkobierców deweloper nie musiał już nawet niczego sprawdzać.

W decyzji pada magiczne słowo „kurator”, bo jedna z osób, „nieznana z miejsca pobytu”, reprezentowana była przez pewną adwokat… która w innych sprawach, w ocenie własnych klientów, była skrajnie niekompetentna. Jej nazwisko jest w decyzji i można to sobie wygooglować. Można też wygooglować, że zespół prawników, z którym współpracowała na Placu Hipstera, ma w swojej ofercie odzyskiwanie „gruntów warszawskich”.

Część spadkodawców po wojnie ponoć przebywała w Stanach Zjednoczonych, więc warto byłoby zadać pytanie, czy ich rzekomi spadkobiercy nie zostali spłaceni w ramach umowy indemnizacyjnej z 1960 r. (na tej samej zasadzie, co sławny Duńczyk z Chmielnej 70), a więc czy w ogóle mieli prawo uczestniczyć w postępowaniu spadkowym, przekazując poświadczoną notarialnie darowiznę z roszczenia.

Wysoki rachunek za prawdopodobieństwo

To będzie tylko taka bajka. Mógł to być piękny, letni dzień. Być może. A może zimowy. Wtem, podmuch wiatru lub, niewykluczone, chóralny śpiew ptaków mógł obudzić w tej samej chwili 22 luźno spokrewnione osoby. Minęło 20 lat od przełomu i wtedy nagle całej rodzinie X. przypomniało się, że ma do zreprywatyzowania plac zabaw na działce po zagonach ziemniaczanych prapradziadka Kaliksta.

Jak to dobrze, że już 6 lat wcześniej pewien nowojorczyk zadeklarował, że jest jedynym spadkobiercą pana X. zmarłego tamże w 1946 roku i zaoferował pewnej pani (niestety nie wiem, czy z rodziny X.) darowiznę z roszczeń do nieruchomości w Polsce, co potwierdzono w Nowym Jorku w obecności chyba najbardziej znanego warszawskiego notariusza – prezesa kilku ważnych rad.

Oj, dużą wartość sentymentalną musiało mieć dziadziusiowe gospodarstwo, skoro już w 2003 r. ufundowano bilet na samolot do NY i dniówkę tak drogiemu panu notariuszowi, a wniosek o zwrot rodzina wystosowała dopiero w 2009 r. No i chyba się wykosztowała, bo potem do kurateli zaginionego kuzyna zatrudniła najgorszą adwokat w całym Internecie. Prawdopodobne?

„Wszyscy obywatele muszą jeszcze wynieść jakąś lekcję”

Po co to piszę? Nie po to, aby kogoś zniesławiać. Niech każdy odpowie sobie sam, czy taka historia mogła się zdarzyć. Wszak życie pisze niesamowite scenariusze. Szkoda, że Słodowiec ma małe szanse na atencję komisji weryfikacyjnej albo porządne dziennikarskie śledztwo, bo wątków graniczących z science fiction jest całkiem sporo. No ale bez zaplecza prawniczego lub/i pomocy służb, jak mawiali Ernie i Bert, „sponsorowanych przez trzy literki, C, B i A”, by się tu nie obeszło.

Chcę za to znów nawiązać do „Ziemniaczanego Jezusa” i moim zdaniem niesprawiedliwej tezy tego artykułu.

Autor chyba sugeruje, że mimo wytężonej pracy u podstaw w ramach konsultacji BAiPP, ciemny warszawski lud w ogólności nie rozumie miasta, bezpieczniki społeczne się przepaliły i stąd te wszystkie dziwne historie oraz ich nieestetyczne emanacje. A więc po pierwsze dwudziestu kilku spadkobierców spontanicznie zebrało się i uknuło niczym nieuzasadniony zamach na spółdzielcze poczucie estetyki i sprawiedliwości społecznej. A po drugie spółdzielcy są sami sobie winni, że nie stworzyli atmosfery porozumienia, bo przecież w wyniku „wyniesienia lekcji” działka nie zostałaby tak obrzydliwie ogrodzona.

Hmmm… A mnie się jakoś wydaje bardziej prawdopodobne, że zreprywatyzowano tę działkę w wyłącznym celu zabudowania jej maksymalnie wielkim bloczyskiem z maksymalną marżą z metra i z góry założono, że, już choćby z racji swojej liczebności, spadkobiercy sprzedadzą swoje ułamkowe udziały większemu graczowi.

Koszmar partycypacji

Znając choćby ujawnione fakty nt. afery reprywatyzacyjnej, trudno wciąż twierdzić, że za sprawami własnościowymi w stolicy stoją ignoranci. To były raczej osoby ponadprzeciętnie zorientowane w faktycznym stanie procedur oraz ogólnych kierunkach polityki przestrzennej w Mieście – także w postrzeganiu przez władze miejskie swojej własnej roli.
W tym czasie przeciętny, prawidłowo zsocjalizowany mieszkaniec stolicy nie reagował, bo zawierzał, że skoro urzędnik bierze pieniądze za swoją pracę i żyjemy w państwie prawa (przyjętym do Unii Europejskiej dzięki spójności procedur oraz wspólnym wartościom), to pewne sprawy urzędowe będą zmierzać w najlepszym kierunku bez naszego ciągłego nadzoru.

Kiedyś, przy jakiejś okazji, jeden z czołowych warszawskich cyn… eee… aktywistów polecił mi książkę „Koszmar partycypacji” [dostępna tutaj]. Nie będę się rozpisywać, o co w niej chodzi, bo bardzo dobrze streścił to w recenzji Marcin Piotrowski: „Zdaniem Miessena, partycypacja jest wykorzystywana do przerzucania odpowiedzialności z rządzących/projektantów na obywateli/użytkowników. Poprzez nadmierną (i niewłaściwie rozumianą) partycypację usiłuje się tych ostatnich omamić i przenieść na nich odpowiedzialność za szczególnie trudne decyzje. Zawsze można wtedy powiedzieć, że tak chcieli użytkownicy…”

Give me back my plany!

Trudno nie dosłyszeć podobnego tonu w różnych odpowiedziach pracowników Miasta na pytanie: „Gdzie są plany zagospodarowania?” Gospodarka przestrzenna i zarząd gruntami są w Ustawie o samorządzie gminnym pierwszym z wymienionych zadań własnych gminy, czyli komuny, czyli miasta. Nie jest nigdzie napisane, wbrew słowom Wojciecha Kacperskiego, jakoby istniała „konieczność” partycypacji w planowaniu oraz kształtowaniu miasta. Jest to miły dodatek, praktykowany w najbardziej postępowych i egalitarnych miastach świata. Ale tkwi w nim pułapka. Jeśli wyjściowy projekt do konsultacji jest zły lub spójnej polityki nie ma wcale, lub istnieje gdzieś grupa wtajemniczonych, która wykorzystuje słabość instytucji, to urząd nie ma prawa przerzucać odpowiedzialności za swój własny bałagan na mieszkańców.

Jeśli więc chodzi o „Ziemniaczanego Jezusa” to zgodzę się, że można dostrzec analogiczny motyw, ale w dużo większej skali. Niestety przez ponad 20 lat malowaliśmy sobie Ziemniaczaną Warszawę. Nasza stolica była niegdyś dziełem sztuki (użytkowej). Potem zarządca ją zaniedbał. Gdy pustkę zaczęli zapełniać samozwańcy, wyszedł z tego ohydny bohomaz.

Tylko że pierwszym problemem było wieloletnie niedopełnianie obowiązków przez zwierzchników najważniejszych zarządów i biur Miasta. A to nie jest kwestia estetyki. To po prostu niezgodność z prawem, konkretnie z art. 231 Kodeksu Karnego. I nie, nie tylko wtedy, gdy ktoś udaje nieudolnego urzędnika, aby pokątnie czerpać korzyści (paragraf 2). Także wtedy, gdy po prostu jest nieudolnym urzędnikiem (paragraf 1).

Co sądzisz? Skomentuj!