Dziki Zachód

Dziś rano w przerzutce mojego roweru ukryła się szczypawka. Chodziła po kierownicy i uparcie nie chciała zejść. Towarzyszyła mi aż do skrzyżowania Bema i Kasprzaka. Stałem na światłach i postanowiłem ją zdmuchnąć. Poleciała na chodnik. Lekko oszołomiona skierowała kroki nibynóżek ku trawnikowi. Dalej jechałem już sam.

Skręciłem w Krzyżanowskiego i pojechałem aż do Kolejowej. Wczoraj późnym wieczorem szli tamtędy zagubieni ludzie. Nigdy nie wiem skąd się tam biorą i dokąd zmierzają. Nocny Market w tygodniu nie działa, a modne restauracje na nowoczesnym osiedlu są o tej porze już dawno pozamykane. Wokół tylko chaszcze, skupy złomu, warsztaty samochodowe, kolejowe nieużytki i kluby z lat dziewięćdziesiątych. Te ostatnie trwają do dziś. Przeobraziły się w dziwne efemerydy. „Space”, który otwiera się wyłącznie na korporacyjne bale i nie wiem czy ciągle działa oraz „Ibiza” w baraku, gdzie kiedyś był Harlem. Miejsce „Lokomotywy” i „Przestrzeni Graffenberga” zajęła szkoła średniowiecznych sztuk walki. Nikt już tam nie tańczy, a rycerze wolą pozostać niezauważeni.

Ludzie jednak uparcie tamtędy chodzą. Nocni spacerowicze są trochę w centrum, a trochę nie. Kompletnie nie przystają do dzikich ostępów. Snują się ulicami na tyłach Dworca Zachodniego zazwyczaj w parach. O czymś rozmawiają. Nie patrzą na zegarki, ani nie spieszą się na autobus. Mają czas. Nie kłopoczą ich nawet liczne policyjne radiowozy. Panowie władza interesują się raczej bezdomnymi, pijakami i narkotykowym handlem na kilku zarośniętych działkach.

Pobliskie kamienice to ostatnie z ostańców. Przetrwały najgorsze i stoją dalej, ale nie wiadomo jak długo. Budynek na rogu z fabryczną działką Polfy mocno się sypie i grozi zawaleniem. Ogrodzili go żółtą taśmą. Drugi dom naprzeciwko jest w kształcie litery „L”. Trzy czwarte mieszkań kamienicy ma powybijane okna. Jednak na jednym piętrze co noc konsekwentnie palą się światła. Pod klatką schodową stoi skuter, którym po zmroku do kamienicy przyjeżdża dostawca jedzenia, Hindus. Na ostatnim piętrze ktoś od trzech tygodni suszy to samo pranie. I tak niezmiennie od wielu miesięcy.

Nowoczesne osiedle przez ścianę jest całkiem przyjazne. Niewysokie bloki mają ludzką skalę i nie są odgrodzone płotem od reszty świata. Bezpieczeństwa pilnują kamery i latarnie. Czy aby na pewno są tam potrzebne? W nocy poza przypadkowymi spacerowiczami i cyklistami nikt tam się nie zapuszcza. Okolica zwyczajnie świeci pustkami.

Warszawski Dziki Zachód został zdobyty dawno temu, ale nie ujarzmiony. Leży sobie spokojnie na styku Ochoty, Woli i Śródmieścia i trwa. Niby się nim interesują, ale wciąż pozostaje na uboczu. Czy to jego ostatnie lata? Nie wiadomo. Odkrywcy przybyli dawno temu by zawłaszczyć ziemię, ale ona o wszystkim pamięta. Gazownia, nieużywane tory, stare zakłady kolejowe, osiedla z XXI wieku, niedokończone wykopy, źle zaparkowane auta i porozbijane butelki…. Chwilę  potrwa zanim to wszystko uporządkują.

Tymczasem ludzie idą przed siebie środkiem ulicy bez celu. Za nimi podążają cicho monstrualne szczypawki. Dochodzą do krawędzi ruchliwej arterii, patrzą się na wieżowce i wracają do łóżek. Mam nadzieję, że nie schowają się w moim rowerze. Wtedy nie będę miał jak uciec, a one podobno są pamiętliwe.

Co sądzisz? Skomentuj!