Dwa pożary

W piątek wieczorem wybuchł pożar na budowie jednego z wieżowców przy Rondzie Daszyńskiego. Dowiedziałem się o nim po fakcie, choć mieszkam na Woli. Miałem wtedy ważniejsze sprawy na głowie. Musiałem ugasić ogień we własnej kamienicy.

Zaczęło się niewinnie. Madzia wyczuła zapach spalenizny. Myśleliśmy, że to pan Roman z pobliskiego warsztatu znowu pali opony. Już raz mu się za to oberwało. Warsztat był jednak zamknięty. Kolejne podejrzenie padło na lokatorów pod nami. Kiedyś o jedenastej wieczorem w mieszkaniu zaczęło śmierdzieć z kratki wentylacyjnej. Zapach przypominał zwarcie kabli elektrycznych. Wyraźnie dobiegał z piętra niżej. Kiedy zapukałem do niedoszłych winowajców, stanęli przede mną ojciec i syn w rozciągniętych koszulkach „Prawa i Sprawiedliwości” i w samych bokserkach. Więcej już ich o nic nigdy nie pytałem.

Tym razem paliło się jednak na parterze. Paliło, a właściwie dymiło. Z uchylonego okna buchały kłęby białego dymu. Madzia podniosła raban i szybko zbiegli się wszyscy sąsiedzi. Udało się jej otworzyć kuchenne okno i chlusnąć wodą z konewki na kuchenkę gazową. Straż pożarna była już w drodze. W międzyczasie jeden z sąsiadów wyprowadził już z mieszkania oszołomionego dymem chłopaka. Biedak nie wiedział nawet, że gdzieś się paliło. Po prostu wstawił parówki i mu się na chwilę przysnęło.

Po niedługim czasie na miejscu byli już strażacy. Na szczęście przyjechali już do sytuacji pod kontrolą i nie musieli interweniować. Pożarnicy pytali się, w którym mieszkaniu doszło do zdarzenia. Odpowiedziałem, że w tym, z którego unosi się dym. „Tyle białego dymu” – usłyszałem w odpowiedzi – „Chyba wybrali papieża”. Humor trzymał się pożarników, a na tarasie przed kamienicą zapanowała iście piknikowa atmosfera. Jeden ze strażaków głaskał małego yorka należącego do chłopaka z zaczadzonego mieszkania. Opowiadał jak podczas jednej z akcji gaśniczych podawał psu tlen z butli.

Trzy sąsiadki niczym starogreckie mojry patrzyły posępnie na zbiegowisko i rozmawiały o przeznaczeniu: „Kręci się tu ostatnio wiele nieznajomych osób. Na przykład te suszarki z praniem ciągle tu stoją i blokują przejście. Wiedzą panie, czyje to? Pewnie kogoś, co ciągle coś pierze. Taką pralnię tu mamy w przybudówce.” – powiedziała jedna z nichWszystkie trzy przytaknęły równocześnie. „Prawie dziś spłonęliśmy, ale ja niczego nie czułam. Dobrze, że nasza Magdusia wszystko wywęszyła.” – ­ podsumowała druga. Wszystkie trzy znowu się zgodziły.

Tak zaczął się weekend. Mało co nie spłonęliśmy od parówek. Wnioski są dwa: jedzcie je na zimno i wracajcie wcześnie do domów.

Co sądzisz? Skomentuj!