Tomek

Zdarza mi się opuścić ciepłe pielesze miasta stołecznego by w celach różnorakich eksplorować niezbadane tereny okoliczne zwane niesprawiedliwie przez niektórych także sypialnymi. Podczas jednej z takich eskapad wydarzyła się bardzo chłodna historia. Nie śmiałem się ani razu.

Mam coś takiego w sobie, sam nie wiem, w twarzy może, że przyciągam krzywe akcje jak Kulczyk hajs. Nie wiem, o co chodzi, ale gdzie się nie pojawię tam dzieje się coś takiego, że sam nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Wobec potencjalnie zaistniałych sytuacji staram się więc bez bezwzględnej konieczności nie opuszczać domu.

Tym razem byłem w Piastowie. Wiecie, niestety nic specjalnego. Poza całkiem porządnym lutnikiem, u którego miałem instrument do odebrania. Wszystko szło tip top, luźno i bez problemów. Dojechałem, odebrałem, opłatę uiściłem. Wobec tego, wiadomym było, że już za chwilę, już za momencik…

Mknę przez ulice metropolii Piastowskiej Czerwoną Torpedą ™ jak wiatr przez stepy. Oczywiście bez pogardy dla przepisów drogowych, wobec czego zatrzymuję się na światłach, jak Pan Bóg przykazał w celu pieszych przepuszczenia nawet jeśli na horyzoncie pustki. Nie wiem nawet jak, kiedy i skąd, w otwartym oknie drzwi pasażera, pojawia się łapa i otwiera sobie drzwi. Do środka ładuje się imponujących rozmiarów jegomość, rzuca mi nie nazbyt bystre spojrzenie i mówi:

– Mordeczko, podwiózłbyś mnie do Bronisz bo mi autobus spierdolił.

Jak zwykle nie wiem co robić, więc tylko wytrzeszczam oczy. Żadnych nerwowych ruchów.

– Poniósł mnie melanż, rozumiesz, a do roboty muszę zdążyć.

Nie wiedziałem, że nocne kluby potrzebują też bramkarzy aby postali na wejściu w niedzielę koło południa. Oszołomiony pytam tylko głupio z głupia frant:

– Gdzie?

– Do Bronisz mordeczko, do Bronisz.

Udało mi się oznajmić jeszcze, że ten wihajster tu nie działa i ten, no, wiadomo.

– Tak, wiem, znam skurwysyństwo. Niejeden taki rozbiłem. Tomek jestem.

Zajebiście. Gość ledwo mieści się w sejaku i siedząc na miejscu pasażera styka się ze mną barkami. Po prostu, kurwa, lepiej być nie mogło. Pasów nawet nie próbuje zapiąć, a ja nawet nie próbuje mu tego proponować, ani zasugerować, że wolałbym aby nie palił w aucie.

– Nie masz mordeczko jakiegoś fajeczka poczęstować? Bo to co Ci ludzie, kurwa, palą, to się, kurwa, do niczego nie nadaje. Gówno okropne. I do tego raka daje.

Nie mam. Dzwonię do Polsatu i zgłaszam się do „Dlaczego Ja?”

Dowiozłem go do Bronisz we względnej ciszy przeplatanej niezobowiązującą rozmową o arcydziełach światowej kinematografii. Między innymi najlepszym filmie jaki w życiu widział. „Transformers 4”.

– To nie jakaś tam bajeczka! Wiesz… Prawdziwa sensacja mordo! Tyle, że z robotami!

Mimo chwilowej ekscytacji, czuć było jednak od niego tę melancholię, ten Weltschmerz, uczucie typowe dla Polaków w porze zbliżającego się ku końcowi weekendu. Gdy wysiadał, ja, nadal trochę zdębiały, trochę zestresowany, chcąc być jednak miłym w akcie podzięki za to, że jeszcze żyję, rzuciłem na odchodne:

– Miłego dnia!

Tomek jednak niespecjalnie chciał się bawić w konwenanse i powiedział mi po prostu jaki mamy klimat.

– Jakiego tam, kurwa, miłego mordo? Niedziela… kurwa jego psia mać. Zamiast dzień święty święcić jak Jezus przykazał, orka przez dwanaście godzin. Żyć się odechciewa.

– Dobrze, że chociaż melanż się udał, nie?

– A jaki z tego, kurwa, pożytek mordo? Skoro nawet Legiunia mistrzostwo ujebała.

Pokręcił tylko głową w rezygnacji i zniknął na polach okalających wielką blaszaną halę.

Co sądzisz? Skomentuj!