Dlaczego warszawiacy nie muszą obawiać się apokalipsy zombie?

Na wstępie należy się kilka słów wyjaśnień. Otóż jeśli ktoś z Szanownych Czytelniczek/Czytelników Pańskiej Skórki przypadkiem przespał pod kamieniem ostatnie pół wieku popkultury, to spieszę wytłumaczyć: zombie to taki człowiek, który co prawda już umarł, ale w wyniku tajemniczych okoliczności wstał z grobu i ma straszną ochotę zjeść tych, co jeszcze żyją.

Jest mocno nieświeży, nierozgarnięty i powolny, ale należy się go bać, bo przy tym wszystkim uparty, a często występuje w stadach. Jeśli nawet przeżyje się starcie z takim delikwentem, ale zostanie przez niego dziabniętym, to i tak kaplica, bo zaraża się wtedy straszną, śmiertelną chorobą i kaput. A jak już się człowiek wyciągnie, to potem wstaje, ale już jako nieżywy, zombie właśnie. Dzięki temu zombiastyczna spirala nakręca się i zabawa taka może potrwać naprawdę długo.

W kinie wszystko zaczęło się od klasycznego horroru George’a Romero „Noc żywych trupów”, a ostatnimi laty motyw ten jest szczególnie popularny dzięki serii komiksów i serialowi telewizyjnemu na ich kanwie: „Walking dead”, czyli po polsku „Żywe trupy”. W serii tej możemy obserwować zmagania gromadki bohaterów, obywateli Stanów Zjednoczonych, którzy kręcą się po okolicach Atlanty i Waszyngtonu próbując przeżyć w świecie pełnym nie tylko zombiaków, ale też zdeprawowanych końcem świata, który znamy, ludzi.

Przyznam, że mimo wszystkich głupotek, mielizn scenariuszowych i czasem podłego aktorstwa, lubię ten serial. Działa mi na wyobraźnię i potrafię się utożsamić z jego bohaterami. Pewni mądrzy ludzie napisali gdzieś kiedyś, że filmy o zombie są popularne z kilku powodów. Jeden z najważniejszych to oczywiście to, iż wykorzystują podskórny, atawistyczny lęk człowieka przed śmiercią, trupem i rozkładem. To jasne, o to chodzi w większości horrorów. Ale jest coś jeszcze: zombie są głupie i wolne, zatem każdy średnio rozgarnięty i przeciętnie sprawny człowiek może sobie wyobrazić, że w opanowanym przez nie świecie jakoś sobie radzi. I tu powoli zmierzamy do sedna.

Jak wspominałem bohaterowie serialu „Walking dead” mieszkają w Ameryce. W czasach spokoju i normalności to może i nawet fajnie, ale wobec apokalipsy zombie jest to najgorsze miejsce do życia, jakie można sobie wyobrazić. Wszędzie tylko te ich śmieszne miasteczka z domkami z dykty i sklejki, do których zombiaki wchodzą jak chcą. Większość problemów obserwowanej przez nas w „Żywych trupach” ferajny wynika stąd, że nie ma jak się przed hordami zombie schować. Trzeba budować jakieś ściany z blachy falistej, różne fantazyjne zasieki, a i tak się zdarza, że żywe trupy dostają się za te ogrodzenia i łażą jak po swoim, nie respektując na dodatek miru domowego i wchodząc przez te niepoważne, cienkie jak kartka papieru, amerykańskie drzwi.

Niejednokrotnie, gdy przemieszczałem się po naszej kochanej Warszawie środkami komunikacji publicznej, szczególnie stojąc w korku i czując wzmożoną, a zrozumiałą w takiej sytuacji, niechęć do ludzkości, fantazjowałem na temat tego, jak zombie apokalipsa rodem z „Walking dead” wyglądałaby w Warszawie? I tu, trzeba przyznać, że bylibyśmy w znacznie lepszej sytuacji, niż Amerykanie.

Musimy w tym miejscu podziękować przede wszystkim polskim deweloperom. Tak, sam wypowiadałem się o nich wielokrotnie w tonie nieprzychylnym. Ale puśćmy to w niepamięć, dobrze? Bowiem, to właśnie dzięki nim nie musimy się obawiać żadnych zombie! Myślę tu o wszystkich ogrodzonych osiedlach, jakie mamy w stolicy. Są one wręcz idealne do przetrwania w ciężkich czasach, jakie bez wątpienia nas czekają. Przeanalizujmy to.

Zacznijmy od możliwości, jakie daje architektura wielu budynków deweloperskiej szkoły stylu rozpoczętego jeszcze w latach 90. Niejednokrotnie ozdabiają je przeróżne pastelowo-betonowe niby-wimpergi, jakby-pinakle, cośobok-attyki i inne elementy architektoniczne pasujące do bloku mieszkalnego niczym pięść do nosa. Można się krzywić, ale to właśnie owe wątpliwej urody ozdoby będą dla nas świetnym punktem obserwacyjnym, za którym można się schować i niepostrzeżenie wypatrywać zagrożeń. Co jednak, gdy mimo wszystko horda zombie podejdzie blisko i będzie próbowała się wedrzeć do naszej twierdzy?

Przeciętne grodzone, warszawskie osiedle ma kilka barier, które pomogą w razie czego nam przetrwać. Pierwsza z nich, to solidne, żeliwne ogrodzenie dokładnie okalające cały teren siedliska. Jest w nim zwykle tylko jedna czy dwie furtki. Może i w normalnych czasach to jakiś tam problem, bo trzeba drałować po kilka kilometrów dziennie do upragnionej bramki, która pechowo zawsze znajduje się dokładnie po drugiej stronie osiedla, niż nasz przystanek autobusowy, ale chyba można pogodzić się z tą niedogodnością wobec tego, co nas czeka? Tym bardziej, że dzięki temu poprawiamy sobie kondycję, a to nigdy nie zaszkodzi.

Samo deweloperskie ogrodzenie jest oczywiście znacznie solidniejsze, niż te jakie stawiają sobie bohaterowie serialu, ale jednak może nie wystarczyć. Szczęśliwie nawet gdyby powstał w nim jakiś wyłom, to nadal mamy drugą linię obrony. Jest nią sama konstrukcja budynku albo osiedla. Wysokie ściany szczelnie otaczają oazę prywatności, jaką jest wewnętrzne podwórko. Zwykle do tej świątyni niedostępnej dla zwykłych śmiertelników można dostać się tylko przez kilka prześwitów. W realizacjach bardziej luksusowych konieczne jest nawet przejście przez hol, gdzie pan Mieczysław z firmy ochroniarskiej płacącej mu 5 złotych brutto za godzinę obserwuje intruza czujnym wzrokiem, a czasem nawet pyta dokąd ten niby się udaje. Oczywiście zombie nie przejęłoby się największą nawet impertynencją i wścibskością stróża, ale taki hol jest znacznie łatwiejszy do zabarykadowania, niż trawniczek przed białym domkiem na amerykańskim przedmieściu.

Gdyby już jednak nawet i ta przeszkoda została przez hordę zombie pokonana pozostaje ostatni bastion: domofon z kamerką. Zombie podstępnie dzwoni, a my w domowych pieleszach na ciekłokrystalicznym monitorze widzimy, że to zombie. I mu nie otwieramy.

Co sądzisz? Skomentuj!