Dawna Warszawa, dawni warszawiacy – historia hipsterów

Autor: Łukasz Truściński, oto-panoptikum.blogspot.com

Określenie “hipster” jest już tak oklepane, zużyte i pozbawione wszelkiej treści, że napisałem je z lekkim zażenowaniem i nie mam zamiaru powtarzać. Zresztą nie muszę, podczas lektury będzie się Wam bezczelnie nasuwało samo. A przecież rzecz jest o realiach Warszawy XIX wiecznej, nie współczesnej.

Jak każda moda dandyzm dotarł do Polski i Warszawy z lekkim poślizgiem, jednak przyjął się nie najgorzej. Już w latach 30. po Ogrodzie Saskim, Nowym Świecie czy Miodowej niespiesznie spacerowali młodzi mężczyźni wyraźnie odróżniający się od otoczenia wówczas modnym, raz nienagannie skomponowanym, innym razem ekstrawaganckim, lecz zawsze przemyślanym strojem. Przesiadywali w kawiarniach obserwując przechodniów i ukazując im przy tym swoje zblazowane oblicza.

Jeśli wierzyć różnym niechętnym im autorom, dandysi żyli głównie z pieniędzy wyłudzonych od swoich rodziców, bądź też zdobytych w inny sposób niekoniecznie uczciwy, za to zawsze łatwy. Dopuszczalne były tylko zajęcia nieabsorbujące wiele czasu – ten należało przeznaczać na pokazywanie się na mieście, zwłaszcza w lokalach.

W każdym razie taki obraz dandysów, skreślony z mniej lub bardziej wyczuwalną niechęcią, najwyraźniej panował wśród XIX wiecznych mieszczan warszawskich. Byli to, zdaje się, ludzie ze starszego pokolenia, czasem pamiętający jeszcze XVIII wiek: przedstawiciele burżuazji, dla których na szczycie hierarchii wartości znajdowała się ciężka, uczciwa praca. Nic dziwnego, że nie pałali sympatią do, na swój sposób kontestujących taki światopogląd, młodych ludzi. Szczęśliwie przynajmniej niektórzy z nich całkiem nieźle władali piórem, co zaowocowało pysznymi, zjadliwymi szkicami literackimi wykpiwającymi dandich.

Nad stosunkiem do świata, ale też strojem i stylem warszawskich dandysów pochylił się, znany nam już, Józef Symeon Bogucki w swoich “Wizerunkach społeczeństwa warszawskiego” z 1844 r. Według autora dandysi byli butni, przekonani o własnej wyższości (“drwiąc z przechodzących depczą tych wszystkich, w których nie upatrują nic paryskiego”), a przede wszystkim mieli jakieś dziwne fryzury i brody: “jak lwy afrykańskie, zwiesiwszy długie kudły na ramiona, najeżywszy kolczaste brody, stają się postrachem kobiet, dzieci i pospólstwa”. Brodom dandich poświęcony jest zresztą niejeden ustęp: “broda, to piętno dziwactwa mody (…) w XIX wieku pojmowana zostanie na zawsze najmniej zgłębionym factum historycznem” albo “lękają się najbardziej kompromitacji przez wzgląd na powagę brody: tak jak i sumienie Turka opiera się na świętości brody Mahometa…”. Na koniec zarzeka się, że “nie będzie już więcej o brodzie”. Coś jest w tej ozdobie męskiej twarzy takiego, że zarówno wtedy jak i dziś wzbudza równie wielkie zainteresowanie, co kontrowersję…

Dalej Bogucki wymienia liczne egzotyczne atrybuty, po których poznać można dandysa, wzrok przykuwa zwłaszcza… mekintosz. Czyli modny w XIX wieku typ nieprzemakalnego płaszcza, o którym wzmiankuje nawet Norwid:

„Jakże pan cieszy się zdrowiem?

Niech pan siędzie! Depesza?mówi… Spocząć proszę.

Lecz co słyszę! W przysionku chrzęszczą mekintosze

Ktoś nadchodzi! — To baron! Jakże cenne zdrowie?

Niech siędzie! Cóż nowego nam baron opowie?…”

Ciekawymi i odpowiednio wrednymi obserwacjami dzieli się z czytelnikiem także anonimowy “A.W.” w 1851 r. w cyklu felietonów pochodzących z bliżej nieokreślonej gazety (http://polona.pl/item/3296698/2/). Spacer po Ogrodzie Saskim, w tym czasie popularnym miejscu spotkań towarzyskich, jest dla niego świetnym pretekstem do opisywania właściwie wszystkich napotkanych osób, rzecz jasne także i dandysów.

Beau Brummell - jeden z pierwszych i najsłynniejszych dandysów (http://polona.pl/item/10526919/9/).

Beau Brummell – jeden z pierwszych i najsłynniejszych dandysów (http://polona.pl/item/10526919/9/).

Jad sączący się z tekstu jest dosyć gęsty i żrący, autor odmawia biednym dandim prawa do mianowania się mężczyznami: “Dziwno to się komu wyda, że dandych do mężczyzn nie liczę, za pozwoleniem, zaraz się z tego wytłumaczę: mężczyzna, jak powiada autor Dworzanina [Łukasz Górnicki – przyp. Ł. T.], stworzony jest gwoli siły, ciała i serca – a ciekawym jaka to jest siła ciała i serca, u tych długowłosych, bladych, wymordowanych, upadających pod własnym brzemieniem istot, którym nawet Morelowskie kapelusze i laseczki od Wernitza za ciężkie się wydają?”. Nie lubił ich anonimowy autor, raz za stosunek do świata, a dwa – za przywiązywanie dużej wagi do stroju: “…a jacy oni zadowoleni z siebie?! Szczęśliwi, bo u nich myśl w kapeluszach z szerokiemi skrzydłami, w szerokich kratach i w paljowych rękawiczkach!”.

Jednak, czy te wszystkie złośliwości są uczciwe? Bez wątpienia ze swoją wieczną blazą i nadmiernym przywiązaniem do stylu dandysi mogli być irytujący dla otoczenia. Były im stawiane zarzuty, że całe ich życie sprowadza się tylko do pozowania z jednej strony na wykwintnych panów z dobrego towarzystwa (Bogucki nie określa ich inaczej, niż Milionerzy, choć rzadko kiedy mieli przy sobie choćby złamany grosz), z drugiej na znawców kultury i sztuki, którzy jednak przecież tak naprawdę niewiele czytają, a wszelkie opinie o malarstwie, architekturze czy muzyce powtarzają po innych.

Za dandysa uchodził nie tylko Słowacki, ale też Zygmunt Krasiński (http://polona.pl/item/421938/0/)

Za dandysa uchodził nie tylko Słowacki, ale też Zygmunt Krasiński (http://polona.pl/item/421938/0/)

Można się domyślać, że za tym zmanierowaniem często rzeczywiście nie kryło się nic wartościowego. Trzeba jednak pamiętać, iż jednym z pierwszych polskich dandysów był nie kto inny, tylko Juliusz Słowacki. W liście do matki z 1832 r. stwierdza: “wieczorem od godziny pół do dziesiątej staję się un Dandy, angielski petit-maître – i przyznam się Wam, że to lubię”. Słynnej ryciny przedstawiającej Juliusza z zawadiackim wąsikiem, w rozchełstanej koszuli i z imponującym kołnierzem nie będę umieszczał, bo wszyscy na pewno doskonale kojarzą ją z podręczników do języka polskiego. Trzeba może tylko dodać, że zwyczajni ludzie tak się wtedy nie ubierali. Jak się wydaje trochę inny styl prezentował Zygmunt Krasiński, ale też był uznawany za dandysa.

Słowacki, Krasiński, a przecież lista postaci, które rzeczywiście miały oleju w głowie mimo, iż być może trochę zbyt dużo czasu przestawały przed lustrem, jest dużo dłuższa i bardziej imponująca, żeby wymienić tylko Oscara Wilde’a, Baudelaire czy Byrona. Tym bardziej, że cała ta przesadna elegancja, czy wręcz nawet ekstrawagancja, te wszystkie stroje i zmanierowane pozy, niezwykłe i trudne do strawienia dla solidnej i pracowitej burżuazji miejskiej to było nic innego, tylko dandysowski “symbol osobowości i wiary w wolność jednostki”.

Co sądzisz? Skomentuj!