Dawna Warszawa, dawni warszawiacy

Autor: Łukasz Truściński, oto-panoptikum.blogspot.com

Pierwszym dziełem literackim poświęconym w całości Warszawie, jest „Gościniec, abo krótkie opisanie Warszawy” autorstwa nadwornego muzyka królewskiego Adama Jarzębskiego. Ten rymowany opis miasta, wydany w 1643 roku, warto oczywiście poznać (online do przeczytania choćby tutaj, w wydaniu z 1909 roku), jednak trzeba też uczciwie przyznać, że Jarzębski wierszokletą był marnym i jego dzieło broni się dzisiaj tylko ze względu na wartość historyczną. Szczęśliwie kolejne epoki przyniosły utwory dużo lepsze literacko, a przede wszystkim skupiające się mniej na opisach budynków, a bardziej na mieszkańcach syreniego grodu.

Jacy byli dawni warszawiacy? Czy różnili się bardzo od tych współczesnych? Gdzie pracowali, a gdzie spędzali wolny czas? Trudno oczywiście odpowiedzieć na takie pytania w kilku słowach, zresztą nie warto tak spłycać tego zagadnienia. Dlatego proponuję cykl przybliżający utwory, dzięki którym będziemy mogli dowiedzieć się czegoś więcej o dawnych warszawiakach i ich sprawach!

Zacznijmy od czegoś przyjemnego, na przykład od imprez. Dajmy na to, w połowie XIX wieku zamożniejsi warszawiacy mogli potańczyć „na tle muzykalnych produkcyj” w Resursie Kupieckiej, od 1829 roku (aż do 1939!) mieszczącej się w Pałacu Mniszchów. Miejsce to przewija się w licznych utworach z epoki, każdy kupiec czy inna osoba z ambicją zabłyśnięcia w towarzystwie bardzo chętnie tam przychodziła. Jednak rozrywki w Resursie dostępne były tylko wąskiemu gronu obywateli miasta. Biedniejszemu, czy nawet średnio zamożnemu warszawiakowi, żyjącemu w XIX wieku, musiały wystarczyć – i wystarczały! – inne miejsca. Należała do nich Saska Kępa, aż do okresu międzywojennego w niczym nie przypominająca dzielnicy eleganckich willi – po prostu podwarszawska wioska zatopiona w zieleni. Józef Symeon Bogucki uważał, że jest to jedno z dwóch miejsc w Warszawie, gdzie można się swobodnie i w pełni wytańczyć:

„Kto by chciał zobaczyć taniec w całej sile, ma tylko dwa miejsca w Warszawie – latem, na Saskiej Kępie przy niedzieli, – zimą, na Srebrnej sali lub pod Murzynami” („Wizerunki społeczeństwa warszawskiego”, t. 2, 1853 r.).

Srebrna sala, choć brzmi to niezwykle luksusowo, była zapewne tylko przystosowanym do karnawałowych potańcówek szynkiem na przedmieściu, w którym mogli bawić się pospolici mieszczanie, czy wręcz nawet biedota. Opisu Sali Srebrnej nie znam, za to Wacław Szymanowski w swoich „Szkicach i obrazkach” z 1858 r. daje obszerny opis zabawy w Sali Złotej. Trudno mi powiedzieć, czy to miejsce istniało w rzeczywistości, w każdym razie ten typ „sal balowych” był bardzo popularny w I połowie XIX wieku. Zajrzyjmy więc tam czym prędzej.

Po zapłaceniu za wejście złotówki (nie było to dużo, ale jednak więcej, niż teraz), wkroczylibyśmy na obszerną salę na której „unosiła się w powietrzu jakby mgła jakaś pochodząca z wyziewów tańca, dymu, fajek i niezbyt wytwornego oleju palącego się w lampach”. Klimat może wydać się znajomy każdemu imprezowiczowi pamiętającemu nie tak dawne jeszcze czasy, gdy można było w klubach palić papierosy.

Poprzez ową mgłę zobaczylibyśmy różnobarwny tłum tańczących i spożywających zarówno trunki jak i zakąski. Malowniczo opisał to Szymanowski, więc przytoczę:

„(…) niektórzy obywali się nawet bez tej zwierzchniej sukni (…) rozgrzani bowiem tańcem i częstymi libacjami, poporzucali ową zbyteczną część swojego ubioru gdzie w kącie albo pod ławą. (…) Wielu bardzo miało w ustach krótkie fajeczki, z których kurzyli bezprzestannie, (…) inni znów trzymając w ręku butelki piwa i szklanki, częstowali bezustannie siebie i znajomych, rozpychając niemiłosiernie tańczących”.

Idę o zakład, że gdyby powyższy opis przedstawić komuś nie spodziewającemu się podstępu, to bez cienia wątpliwości powiedziałby iż jest to relacja z którejś z imprez w świętej pamięci Jadłodajni Filozoficznej! Oczywiście są też różnice, goście Złotej Sali chętnie zajadali się kiełbasami czy nawet „kawałami gorącego mięsa” i „szli do tańca z pełnymi jeszcze ustami, nie dbając o serwety, bo suknie tancerek zastępowały im należycie ten sprzęt nadetatowy”. Z drugiej strony „niektórzy uwijali się wokół bufetu, umieszczonego w przyległej izbie, częstując płeć piękną, która do żadnych ceremonialnych fochów nieprzyzwyczajona, przyjmowała chętnie co Bóg dał, a na co starczyła kieszeń chwilowego adoratora, rywalizując w apetycie z mężczyznami i nie ustępując im wcale w użyciu piwa i wódki”. I znowu zabrzmiało to jakoś znajomo.

Nie będę dalej zwodził, podobieństw między współczesnym warszawskim klubem a Złotą Salą na przedmieściu jest jednak znacznie mniej, niż różnic. A zasadnicza polega na zupełnie innej formule tańca. Nie chodzi tu tylko o to, że bawiącym się przygrywała orkiestra (nie najlepsza), że sama muzyka to były walce, polki, oberki czy mazury, a tańczono głównie w parach. Przede wszystkim za każdą kolejną piosenkę należało zapłacić. Dopóki orkiestra nie zobaczyła, że dyrygującemu w ich imieniu zabawą Żydowi każdy z tańczących (panowie płacili za panie, rzecz jasna) nie złożył 5 groszy, nie grała kolejnego utworu. I basta!

Wszystkich zainteresowanych większą liczbą szczegółów odsyłam do „Szkiców i obrazków” Wacława Szymanowskiego, które przeczytać można na Polonie (a fragment dotyczący Złotej Sali jest tu).

Źródło grafiki: Polona.pl

Co sądzisz? Skomentuj!