Dąbrowszczacy wyklęci

Warszawa, rok 2015, od upadku komunizmu w Polsce ze wszystkimi tego konsekwencjami, także w obszarze nazewnictwa ulic, minęło ponad ćwierć wieku. Tymczasem, mniej lub bardziej niespodziewanie, radni postanowili wyciągnąć czerwonego trupa (a nawet całą trupią gromadkę) z szafy i rzucili się, aby znowu dekomunizować, zmieniać, przemianowywać.

Ponieważ pomysł dotyczy sporej liczby ulic, w tym kilku istotnych, a kwestia „demonicznego” charakteru ich patronów pozostaje bardzo dyskusyjna, postanowiliśmy przyjrzeć się tematowi bliżej. Udało nam się skontaktować z radną Olgą Johann, która od lat walczy o ideologiczne „oczyszczenie” warszawskich ulic i skwerów, ale postanowiliśmy o analogiczne kwestie zapytać także Piotra Ciszewskiego z Kampanii „Historia Czerwona i Czarno-Czerwona”, który, jak możecie się domyślać, pomysłowi odbierania ulic Dąbrowszczakom, Teodorowi Duraczowi, czy Józefowi (nomen omen) Ciszewskiemu, jest z gruntu przeciwny. Zachęcamy do przeczytania interesującego dwugłosu w sprawie patronów warszawskich ulic.

Pomysł „dekomunizacji” ulic Warszawy w 2015 roku może wydawać się zaskakujący. Ćwierć wieku temu prominentni działacze poprzedniej epoki, tacy jak Nowotko, czy Dzierżyński, zniknęli z pejzażu naszego miasta. Czy nie jest to wystarczające zadośćuczynienie historycznej sprawiedliwości. Skąd pomysł, aby po latach ponownie „weryfikować” patronów ulic i zmieniać nazwy?

Olga Johann: Projekt „dekomunizacji” miał kilka odsłon. Początkowo był po 1989 roku. Potem wznowiony został w 2007 roku decyzją IPN – który wystosował do miast w Polsce pisma z propozycjami dotyczącymi zmian ulic – z podaniem adresów. Takie pismo otrzymała także Rada m. st. Warszawy, ale nie było woli aby dokonać zmian. Argumentem były koszty, które ponosiliby mieszkańcy zmieniając dokumenty. Z różnych informacji, które do mnie docierały były pomysły, żeby „rozłożyć” zmianę dokumentów np. na lata. Sprawa ucichła – i wróciła w momencie, gdy powstał w Senacie projekt ustawy „dekomunizacyjnej”, któremu nie nadano biegu.

Piotr Ciszewski: Temat „dekomunizacji” ulic wynika z tego iż wielu radnych kompletnie nie zna się na ważnych sprawach samorządowych oraz problemach mieszkańców. Nie znają się też na historii, ale to nie przeszkadza im w wywoływaniu tematów zastępczych, dzięki którym starają się zaistnieć. Radna Olga Johann nie jest nawet historykiem i sama przyznaje iż opiera się jedynie na notatkach przygotowanych przez IPN. Pomysł „dekomunizacji” ulic w roku 2015 to kpina z mieszkańców Warszawy.

Można zrozumieć, że z jednej z perspektyw ideologicznych działacze, czy żołnierze lewicowi mogą być niemile widziani, ale dlaczego np. „Dąbrowszczacy”, czyli ochotnicy z polskich oddziałów (nawet jeśli rekrutowani przez komunistów), którzy w 1936 roku walczyli przeciwko faszyzmowi w Hiszpanii, a następnie m. in. działali we francuskim ruchu oporu, mają zostać wykluczeni z pamięci historycznej miasta?

Olga Johann: W ramach odpowiedzi, w załączniku przesyłam informację z IPN, na której opierałam się akceptując zmianę.

Materiały IPN przesłane nam przez O. Johann (kliknij, aby otworzyć w nowym oknie): [1], [2]

Piotr Ciszewski: Materiały IPN mają bardzo propagandowy i jednostronny charakter. Wspomina się w nich głównie negatywne elementy biografii „dekomunizowanych” patronów. Nie ma jednak informacji o tym, że np. Józef Ciszewski bronił, jako radny, mieszkańców Warszawy przed poborem do armii niemieckiej podczas I Wojny Światowej i organizował pomoc dla ludności cywilnej. Informacja o Dąbrowszczakach to podręcznikowy przykład manipulacji. Wspomina o ich udziale w strukturach PRL, ale nie ma w niej ani słowa na przykład o tym, że około 100 weteranów Brygad Międzynarodowych walczyło w Wojsku Polskim pod Narvikiem. Brakuje też informacji o ich udziale w ruchu oporu w krajach zachodniej Europy, głównie Francji. Nie pisze się również o tym, że Dąbrowszczacy byli nie tylko członkami KPP, ale również PPS, Bundu, czy po prostu niezrzeszonymi antyfaszystami. Stwierdzenie IPN iż „Większość z nich dążyła do budowy w Hiszpanii państwa stalinowskiego” nie jest poparte żadnym wiarygodnym źródłem. Instytut jest instytucją bardziej polityczną niż historyczną.

O „zostawienie Dąbrowszczaków w spokoju” apelowali m. in. Julia Hartwig, Marek Edelman, Leszek Kołakowski – może warto byłoby także szeroko porozmawiać z mieszkańcami przeznaczonych do „dekomunizacji” ulic?

Olga Johann: Jestem osobą wrażliwą i apele zarówno z lewicy, prawicy i środka są dla mnie ważne. Ale jako egzemplifikację także przesyłam w załączniku reakcję spółdzielni z ul. Bruna. Ciekawa jestem, czy do Pana przemówi, bo mnie przeraziła.

Stanowisko spółdzielni mieszkaniowej przesłane nam przez O. Johann: [1]

Piotr Ciszewski: Do ignorowania głosów mieszkańców już się przyzwyczailiśmy, nie tylko w tej sprawie. Radna Olga Johann, podobnie jak wielu jej kolegów i koleżanek z samorządu, uważają, że znają się na wszystkim najlepiej. Apele oraz rzeczowe argumenty organizacji społecznych rzadko do nich trafiają. Zmiany nazw ulic poza tym, że stanowią wyraz historycznego rewizjonizmu, powodują konkretne koszty i formalne kłopoty. Te problemy jednak ponoszą mieszkańcy, a nie samorządowcy.

W debacie publicznej na temat planowanych zmian nazw ulic, ich zwolennicy zajmują stanowisko, że patronami nie powinny być osoby ani organizacje „kontrowersyjne”. Przyjmując jednak szerokie spojrzenie, pozbawione prawicowej bądź lewicowej ideologii, przykładowo z perspektywy dzisiejszego człowieka wiele poglądów Romana Dmowskiego byłoby nie do przyjęcia – czy powinien on stracić rondo oraz pomnik w Warszawie?

Olga Johann: Też z Panem częściowo się zgadzam, ale przecenia Pan rolę Komisji ds. Nazewnictwa Miejskiego. Brutalnie „wygrywają” ci, którzy mają większość, a nie racje historyczne, a tym bardziej wiedzę.

Piotr Ciszewski: W historii nie ma postaci niekontrowersyjnych. W każdej biografii da się znaleźć ciemne karty. Józef Piłsudski doprowadził do zamachu stanu, w którym zginęło kilkaset osób. Pod jego rządami strzelano do robotników i bezrobotnych oraz bezwzględnie tłumiono opozycję. Roman Dmowski współpracował z carskim zaborcą i wzywał do kolaboracji z okupantem przeciwko walczącym o wolność rewolucjonistom 1905 roku. W dwudziestoleciu międzywojennym dał się poznać jako admirator włoskiego faszyzmu oraz zaciekły antysemita. Dowódców Powstania Warszawskiego takich jak gen. Bór-Komorowski można, według jednej z historycznych narracji, obciążyć winą za nieprzemyślaną decyzję, która doprowadziła do setek tysięcy ofiar. Tę listę można by ciągnąć jeszcze bardzo długo.

Jedynym sposobem na uniknięcie kontrowersyjności byłoby zrezygnowanie z jakichkolwiek historycznych patronów ulic. Jednak chyba nie tędy droga, bo oznaczałoby to w ogóle wymazywanie jakiejkolwiek pamięci historycznej.

Zmiana nazw ulic to nie tylko ideologia, ale też wydatki. Nowi patroni to nie tylko koszty na poziomie wymiany tablic, dowodów osobistych, ale także tego, że przy ul. Dąbrowszczaków mieści się Urząd Skarbowy, a przy Duracza – biblioteka i ośrodek kultury. Czy Warszawa może sobie na to pozwolić i czy wydatki np. infrastrukturalne mające bezpośrednie przełożenie na jakość życia mieszkańców (choćby związane z odbudową Mostu Łazienkowskiego) nie są ważniejsze od ideologicznych?

Olga Johann: Jeżeli pyta Pan o koszty, to nie pamiętam, aby była o tym mowa, gdy błyskawicznie zmieniało się w Warszawie ulice, np. Marchlewskiego, Świerczewskiego. Pojedynczy mieszkaniec nie ponosi kosztów wymiany dowodu osobistego i prawa jazdy. Według mnie istnieje możliwość poradzenia sobie z problemem. W Polsce sobie radzą (przykład – Ostrołęka). Ale wobec zbyt dużych emocji osobiście uważam, że problem powinien zostać rozwiązany drogą ustawy sejmowej. Trudno mi polemizować z Pana zdaniem, czy ważniejsza jest odbudowa mostu Łazienkowskiego, czy problemy ideologiczne, bo patrząc historycznie nie bylibyśmy Państwem Polskim, gdyby nie patriotyzm Polaków i walka oraz ofiara życia dla naszego bytu codziennego i tego, że most istnieje w Polsce, a nie w republice radzieckiej lub jeszcze gorzej.

Piotr Ciszewski: Warszawa nie powinna pozwalać sobie na wydawanie lekką ręką pieniędzy na skutki zmian nazw ulic, gdy brakuje funduszy na mieszkalnictwo, remonty, rozwój transportu czy inne społecznie istotne kwestie. Warszawiacy nie powinni płacić za ideologiczne szaleństwo części radnych.

Polecamy też lekturę dwóch tekstów, w których przeanalizowaliśmy dotychczasowe trendy i zmiany w nazewnictwie warszawskich ulic:

„Ulice jak stygmaty…”

„Ksiądz z generałem w porannej rosie”

Co sądzisz? Skomentuj!