Czytelnictwo na obrzeżach Warszawy

Przedstawiona poniżej z życia wzięta historia nie ma drugiego dna czy ważnego, poruszającego przesłania. Nie dotyczy wydarzeń i osób nadzwyczajnych. Nie jest manifestem pokoleniowym, nie krytykuje jednych postaw i stylu życia, ani nie wywyższa innych. Mam jednak przeczucie, że mówi coś ważnego o nas. I o was. I o nich.

Otóż w Wielki Piątek roku bieżącego postanowiłem zrobić sobie kolejny piątek, więc wyszedłem na miasto w celach towarzyskich. Jestem stosunkowo rodzinny oraz stosunkowo rozsądny, i chociaż niezbyt religijny, to już koło godziny 1 w nocy jechałem do domu rodzicielskiego na Tarchominie autobusem nocnym. Czyniłem to, gdyż z rodzicami nie mieszkam od lat, dokonawszy ucieczki ku samodzielności w bardziej centralne rejony Warszawy. Ale przynajmniej w święta staram się ich zaszczycać swoimi nawiedzinami.

Ponieważ jest tak, że po czterech lufach spokojnie mogę czytać oraz jeszcze zapamiętać, co przeczytałem, zatem w czasie spędzonym w środku komunikacji zabawiałem się lekturą. Moja podróż trwała w najlepsze, gdy już na Tarchominie weszło na jednym z przystanków dwóch jegomościów prezentujących postawę YOLO, pod delikatnym wpływem. Na oko po dwadzieścia kilka lat – takie zdrowe, tarchomińskie chłopaki, co umią w mordę dać bez specjalnej zachęty. I już wtedy sobie pomyślałem, jak ich widziałem przez szybę na tym przystanku, że będzie draka. No ale nic, jedziemy dalej, ja czytam, oni nie czytają.

Nadeszła w końcu moja pora, wysiadam w samym sercu Tarchomina, a ze mną oczywiście oni. Autobus odjeżdża, my zaś sobie niespiesznym krokiem, w tym samym kierunku, przeciwnym niż autobus, zmierzamy piechotą. Minęło już z pół minuty, zacząłem myśleć, że moje złe przeczucia były mylne, kiedy usłyszałem zza pleców:

– E, kolego!

Ponieważ jak wiadomo alkohol pije się dla kurażu, ja lekko wypity, a oni nie jacyś specjalnie wielcy, więc nie postąpiłem racjonalnie, nie przyspieszyłem, nie zbyłem, tylko się zatrzymałem, na pięcie odwróciłem i powiedziałem wesoło i bezczelnie, bo naprawdę tak się czułem:

– No słucham?

– Ile książek przeczytałeś?

Zagrali mi na ambicji, nie powiem.

– Wszystkie.

– Wszystkie? To pewnie wiesz, jaki będzie teraz scenariusz?

Tu może dookreślę sytuację. Była godzina pierwsza w nocy. Wielki Piątek. Tarchomin. Żywej duszy w promieniu setek kilometrów. A na pewno żadnej, która by się mogła zainteresować moim losem. Ja. I oni. I moja bezczelność się przytępiła. Ale humoru nieco zostało, więc się uśmiechnąłem i plotę, jak umiem.

– Eeeee, no nie bardzo… Wiecie chłopaki, dajcie spokój, ja to z roboty wracam, rozumicie, zmęczony jestem…

Ale w ich oczach nie znalazłem zrozumienia, więc pytam:

– No nie wiem, może podpowiecie? W dwóch słowach?

– Ja to ci mogę w jednym powiedzieć.

Oczywiście się domyślałem, o jakie słowo chodzi. Pochodzi ono ze słownika wulgaryzmów i oznacza kłopoty. Przełknąłem głośno ślinę i pytam:

– A nie macie jakiegoś weselszego scenariusza dla mnie?

– Nie – odpowiedź zabrzmiała wyjątkowo złowróżbnie.

Wtedy to już się jednak stropiłem. Dodam tylko, że było zimno i siąpił marznący deszcz. Nagle jednak los się do mnie uśmiechnął, bo im może też się zimno zrobiło, jak mi. A może był to po prostu cud, bo ten drugi, mniej agresywny, co się nie odzywał, tylko stał, patrzył i złośliwie, a może z politowaniem, uśmiechał, powiedział:

– Dobra mordeczko, idź do domu, cześć!

Poszedłem, nawet im powiedziałem „Na razie, trzymajcie się”. Nie zarechotali, pełna kultura.

Ale w nocnych na Tarchomin już nie czytam oraz także unikam ich raczej, gdyż źle mi się kojarzą.

Grafika: Maciek Organiściak

Co sądzisz? Skomentuj!