Czy w Warszawie grasowały wampiry? Rozmowa z dr Łukaszem Maurycym Stanaszkiem.

O dziwnym znalezisku nieopodal Pałacu Saskiego, kim naprawdę są mityczni krwiopijcy i nieświadomej wierze w zjawiska nadprzyrodzone rozmawiam z doktorem Łukaszem Maurycym Stanaszkiem, autorem książki „Wampiry w średniowiecznej Polsce”. 

Mateusz Kaczyński: Czy w Warszawie grasowały wampiry?

Łukasz Maurycy Stanaszek: Patrząc na polską średnią, pewnie tak. Jest nawet jeden przypadek, który nie został przeze mnie opisany, ale planuje to zrobić. Niedaleko Pałacu Saskiego znaleziono mężczyznę, który był pochowany „na gębę” czyli w pozycji odwrotnej, twarzą do ziemi. Wierzono dawniej, że jak taki jegomość się obudzi to będzie wchodził wtedy bardziej w głąb ziemi i w ten sposób nie będzie szkodził ludziom poza grobem. Mamy więc warszawskiego wampira. Tak naprawdę średnia była jednak w Warszawie podobna. Wampiry występowały na Mazowszu, na Ziemi Kujawskiej, w Małopolsce. Nie odbiegamy od normy. Ciekawie było na północnym Mazowszu, gdzie odkrywane są pochówki dzieci w naczyniach. Są to pochówki rozmaitych porońców czy niechrzczeńców, których ciala były włożone w garnki umieszczane w ziemi w pozycji odwrotnej, dnem do góry, żeby dziecko przypadkiem nie wyszło na zewnątrz.

Jak stary jest szkielet spod Pałacu Saskiego?

Pochodzi mniej więcej z XVII wieku. Z tego czasu zachowało się bardzo dużo przekazów o wampiryzmie. Wydaje się, że nastąpiło wtedy jakieś zachwianie w społeczeństwie. Wiara w wampiry uaktywniła się, co było związane między innymi z tym, że w owym czasie było wiele rozmaitych pomorów, zaraz i tak dalej. W chwilach zagrożenia uruchamiała się wiara w siły nadprzyrodzone, żeby wytłumaczyć zjawiska, których się nie rozumie albo, żeby im zaradzić. Konkretniej: doprowadzić grupę do homeostazy czyli uspokojenia poprzez wykonanie jakiegoś zabiegu, zrobienie wszystkiego, co było w naszej mocy. Wampir z Warszawy znajdował się pod fundamentami Pałacu Morsztyna. Był to dorosły mężczyzna. Nie miał żadnych patologii. Pewnie będzie to pierwszy wampir warszawski, o ile oczywiście cały kontekst archeologiczny temu nie zaprzeczy.

W chwilach zagrożenia uruchamiała się wiara w siły nadprzyrodzone, żeby wytłumaczyć zjawiska, których się nie rozumie albo, żeby im zaradzić.

Warszawski wampir nie był pochowany aż tak bardzo na skraju miasta….

Warto pamiętać, że otoczenie zmieniało się przez wieki, to co dziś jest centrum kiedyś było peryferią. Na przykład niedaleko tego miejsca zidentyfikowano niewielki cmentarzyk, mniej więcej z XVI-XVII wieku. Czy miało to związek z wampirem nie wiem. Trudno powiedzieć mi coś więcej o całym kontekście. Wszystkie ciała były pochowane jak Bóg przykazał, a ten był inny. Mógł budzić lęk. Może zajmował się nie tym, co trzeba. Nie był patologicznej budowy. Może był zielarzem lub innym znachorem.

Co w takim razie z nieistniejącym cmentarzem szubienicznym lub cmentarzem samobójców na Starym Mieście? To znakomite miejsca dla wampirów…

Dotychczas nie znaleziono tam takich ciał, ale wiemy, że mogły być tam chowane osoby podejrzane o wampiryzm. Na podstawie badań przenoszonego cmentarza w Jaworniku na Podkarpaciu stwierdzono na przykład, że co drugi zmarły był tam przebity kołkiem lub w inny sposób zabezpieczony. Tak na wszelki wypadek, żeby nie przyszło mu do głowy nam szkodzić.

Jakie postacie były uważane za wampiry? Czy rzeczywiście odznaczały się potwornymi cechami?

Wydaje się, że od 70 do 80 procent szkieletów, które możemy uznać za „wampiry”, bo de facto wampirami nie były, tylko były za nie uważane, to szczątki osób o jakichś patologiach budowy lub urazach. Odróżniały je ich od reszty społeczności przez, co osoby te nie pasowały do społecznej układanki. Byli za niscy, za wysocy, garbaci, kulawi. Często mieli bardziej prozaiczne zmiany jak krzywa przegroda nosowa, która powodowała świszczenie przy mówieniu. Mogli mieć makrocefalię czy dużą głowę albo nie tak jak trzeba ustawione zęby. Dziś to nic nadzwyczajnego, kiedy ktoś ma hiperdoncję czyli dodatkowe zęby. Zwyczajnie się je wyrywa i odtwarza prawidłowy łuk. Kiedyś protetyka i stomatologia nie była rozwinięta, więc gdy ktoś miał dodatkowe zęby to z nimi chodził. Takie osoby budziły lęk i były dobrymi kandydatami na wampiry w chwilach zagrożenia. Część z osób nie miała żadnych patologii. Ich „zło” tkwiło w psychice, a nie fizyczności. Osoby takie zajmowały się nie tym, co trzeba np. zielarstwem. Zioła poprawiały samopoczucie, ale jeśli komuś zaszkodziły i ten ktoś zmarł to uważano, że zielarz szkodzi. Znachorzy, owczarze, rozmaici domorośli lekarze… Wszyscy byli dobrymi kandydatami na kozła ofiarnego. Cały czas mówimy o takim mechanizmie. Szukamy osoby, na którą można zrzucić wszelkie zło, które nas otacza.

Tak naprawdę średnia była jednak w Warszawie podobna. Wampiry występowały na Mazowszu, na Ziemi Kujawskiej, w Małopolsce. Nie odbiegamy od normy.

unnamed

Poszukiwania wampirów były więc kumulacją społecznych lęków i niepokojów?

Tak, dlatego wydaje mi się, że wampiryzmu nie można przypisać do jednej społeczności czy narodu. To ogólnoludzki lęk przed śmiercią, innością i zagrożeniem życia. To cechy, które mogły występować już od paleolitu. Słowianie byli na te lęki podatni, bo w swoim rozumowaniu często bardziej niż rozsądkiem kierowali się magią. Tłumaczyli świat na rozmaite sposoby. Mówiąc „wampiry” myślimy o całym panteonie wierzeń: o utopcach, zmorach, porońcach…

To znacznie szersze pojęcie niż zwykły krwiopijca?

Wampir jest kozłem ofiarnym w nauce. Cierpi za wszystkie stwory, strzygi, upiory, których unicestwianie mogło być różne. To, co widzimy dziś, że jednego przebijało się kołkiem, a drugiemu ścinało głowę, trzeciego zaś odwracało „na gębę” lub przywalało kamieniami przynależało zapewne do rozlicznych potworów, półdemonów. Wszystkie one zasiliły feudalnie szeregi piekła, było ich zawsze bardzo dużo. Słowianie dość często kierowali się prostymi wytłumaczeniami, a ich struktura była bardziej plemienna od np. Germanów czy innych ludów północnych, które szybciej doszły do przysłowiowego szkiełka i oka, przeszły reformację. My jej nie przeszliśmy, co mogło mieć spory wpływ na większą obecność wampirów w XVII, XVIII wieku.

Wyraźnie widać przesunięcie czasu w stosunku do reszty Europy.

Podtrzymał to w dużym stopniu romantyzm i rozmaici autorzy, którym upiory idealnie pasowały do mistycznego obrazu świata. W innych kulturach również było to obecne, ale znacznie szybciej wygasło. Inaczej tłumaczono zjawiska i przypadłości. Nazywano rzeczy po imieniu – to jest letarg, to jest napad kataleptyczny, to jest choroba porfiria. To była gruźlica, stąd nadmierne poty… Zajmowano się już etiologią chorób, a u nas wciąż odwoływano się do zabobonu, przesądów.

Jak zareagowano by na wampira we współczesnej Warszawie? Jakie służby trzeba by wezwać, żeby się z nim rozprawić?

Myślę, że wampiryzm cały czas ma się dobrze. Oczywiście jeżeli odrzucimy skrajne formy zabezpieczania zmarłych typu przebijanie kołkiem czy pochowanie w pozycji odwrotnej. Tego na szczęście już się nie robi. Pomyślmy jednak o wszystkich, którzy wyglądają nieco inaczej, mają liczne kolczyki lub są odmiennej orientacji seksualnej, słuchają innej muzyki… Cokolwiek innego, co nie pasuje nam do ogólnospołecznie akceptowanej normy. Nie przebijamy ich kołkiem, ale nierzadko ośmieszamy, cechujemy, izolujemy. Mechanizm antropologiczny cały czas działa i ma się bardzo dobrze. Samosądy są już na szczęście rzadkością. Jest jeszcze druga kategoria naszych „wampirów” czyli ludzi rzeczywiście chorych na porfirie, którzy wśród nas żyją. Cierpiący na światłowstręt wychodzą tylko w nocy, pęka im skóra w dzień, mają odsłonięte szyjki zębowe, w tym kły, mają chroniczny wstręt na alaninę zawartą w dużej mierze w czosnku. Można powiedzieć, że skupiają w sobie wszystkie wampirze cechy i muszą z tym żyć. Inną wreszcie sprawą jest też to, że sami nie zastanawiamy się, a do dziś wykonujemy wiele czynności antywampirycznych.

Myślę, że wampiryzm cały czas ma się dobrze. (…) Pomyślmy jednak o wszystkich, którzy wyglądają nieco inaczej, mają liczne kolczyki lub są odmiennej orientacji seksualnej, słuchają innej muzyki… Cokolwiek innego, co nie pasuje nam do ogólnospołecznie akceptowanej normy. Nie przebijamy ich kołkiem, ale nierzadko ośmieszamy, cechujemy, izolujemy.

Czyli jakich?

Chowając zmarłego bezwiednie zasłaniamy lustro, żeby go nie zobaczyć. Zatrzymujemy czas, żeby odciąć się od momentu śmierci i konsekwencji z nią związanych. Wynosimy nieboszczyka nogami do przodu, żeby zmylić mu drogę. Zabijamy trumnę gwoździami, żeby odgrodzić się od niego. Rzucamy ziemię na trumnę, żeby pożegnać zmarłego raz na zawsze. Do niedawna rzucało się na trumnę ciernie czyli akacje i inne kolczaste gałązki by zmarły pokaleczył się podczas próby wyjścia z grobu. Zupełnie bezwiednie wykonujemy tych czynności bardzo dużo, a nasza ceremonia pogrzebowa ma w rzeczywistości charakter pożegnalno-antywampiryczny, a nie wyłącznie katolicki, jak myślimy. Patrząc na wszystkie święta jak Boże Narodzenie, Wielkanoc czy Wszystkich Świętych oraz ich obrzędy jak śmingus dyngus, malowanie jajek czy choinka łatwo zrozumieć nam, że cały czas dochodziło do tzw. synkretyzmu między dawnymi wierzeniami pogańskimi, a chrześcijaństwem. Robimy zatem szereg czynności pradawnych nie zdając sobie sprawy z ich faktycznej genezy.

Czy wampiryzm ujawniał się też podczas innych świąt niż dziady? Można było trafić na wampira przy dobrej pogodzie?

Dzisiaj kojarzymy upiory z czasem zadusznym, z Halloween czyli tym, samym co nasze dziady tylko, że w tradycji celtyckiej. To proste, zwykłe mechanizmy oswajania śmierci działające na zasadzie śmiechu. Przebieranki ośmieszają śmierć. To klasyczny mechanizm obronny. Ośmieszamy, żeby się nie bać. Przez stroje potworów łączymy upiory z tym czasem, ale kiedyś główną siłą napędowa wiary w wampiry były szybko następujące po sobie śmierci kilku osób na danym obszarze. Mogła to być choroba, pomór spowodowany przez jakąś bakterię. Kończyło się to poszukiwaniem przyczyny, wroga i środka zaradczego. Mogło to wystąpić o każdej porze roku. Niezrozumienie pewnych stanów chorobowych czy znamion śmierci powodowało, że jeszcze podczas I Wojny Światowej przebijano, co bardziej spuchnięte trupy niemieckich żołnierzy kołkami…

Raptem sto lat temu…

W latach trzydziestych znany był przypadek pewnego dziadka, który zapadł w letarg i obudził się w trumnie. Kobiety wybiegły z krzykiem, a co odważniejsi mężczyźni wkroczyli do akcji. Dziadek dostał kłonicą w głowę, a wieś podsumowała, że dobrze zrobili, bo strzygoń już więcej z trumny nie próbował wychodzić. Zdawano sobie tylko sprawę, że ciało się szybko rozkłada i trzeba szybko je pogrzebać, natomiast o letargu czy transie kataleptycznym nikt już nie miał pojęcia. Tym bardziej, że przy braku czynności życiowych i pulsie raz na minutę człowiek wyglądał zupełnie jak nieżywy… Wampiry to ogólnie mówiąc nasze fobie, lęki, nietolerancja, szukanie prostych rozwiązań – środków zaradczych i ciemnota – nieznajomość medycyny i zjawisk, które od wieków rządzą naturą.

Dziękuję za rozmowę.

*******

Łukasz Maurycy Stanaszek – polski antropolog i archeolog, kustosz dyplomowany kierownik Pracowni Antropologicznej w Państwowym Muzeum Archeologicznym w Warszawie.

Więcej o wampirach w średniowiecznej Polsce przeczytacie w książce naszego rozmówcy. 

Co sądzisz? Skomentuj!