Czy się udusimy?

Nie trzeba zaglądać na Facebooka, aby zauważyć, że atmosfera w Warszawie ostatnio jakby nieco zgęstniała. Warszawski Alarm Smogowy i Miasto Jest Nasze zgodnie alarmują, że romantyczna mgiełka nad miastem nie jest tym, czym się wydaje – skroploną wodą, a tak naprawdę to niemal zestalona mieszanka pyłów PM2,5, PM10 i benzoalfapirenu.

Ratusz w odpowiedzi wyciąga mniej lub bardziej naukowe dane i z zapałem godnym lepszej sprawy wmawia mieszkańcom, że zawiesina jak z gotyckiej powieści napływa do Warszawy z podmiejskich domków jednorodzinnych. Żeby nie było za nudno, do sprawy włączyły się także media, które oczywiście w myśl zasady dziennikarskiej bezstronności, odpytały Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska. Inspektorat zaś, zaprzeczając obowiązującym alertom (drugiego już stopnia), twierdzi, że tak naprawdę nic strasznego się nie dzieje. Bo zatroskani o własne płuca warszawiacy powołują się na niewłaściwe dane (monopol na prawdę i papieska nieomylność należą oczywiście do WIOŚ), bo wiadomo, że pyły zawieszone są be, ale nie powinniśmy się ich bać przesadnie, bo jest ich mało, a raka płuc dostaniemy raczej od benzopirenów. Ale jest i dobra wiadomość – stołecznych benzopirenów jest tylko trzykrotnie więcej niż pozwala na to norma. Przerażeni? Nie ma się czego bać – w Krakowie norma przekroczona jest siedmiokrotnie.

smog1_792x528

Jeszcze jeden smakowity argument WIOŚ jest taki, że mianowicie długotrwałe przekroczenie norm w takim stopniu, w jakim odczuwamy je obecnie w Warszawie, zagraża wyłącznie niektórym grupom – np. osobom chorym na astmę. Jego przedstawicielka dodaje też, że w tym roku (a przypomnijmy, że mamy początek listopada i sezonu grzewczego) normy przekroczone były przez 83 dni. W roku ubiegłym (całym, do końca grudnia) przez 84, a w latach wcześniejszych odpowiednio o 75 i 50 dni. Czyli co? Powietrze w Warszawie nie psuje się? Jak się nie psuje, Pani Inspektor, jak się psuje. I nie trzeba nam stacji pomiarowych, żeby móc to stwierdzić naocznie. Wystarczy wjechać w pogodny dzień na wyższe piętro jednego z warszawskich wieżowców, aby rozkoszować się smogową mgiełką w całej okazałości. Słońce, Szanowna Pani, już też nie świeci w Warszawie tak pięknie, jak jeszcze kilka lat temu.

Sprawa jest więc – oczywiście – wielowymiarowa, ale faktu, że powietrze w Warszawie jest coraz bardziej zanieczyszczone po prostu nie da się zignorować – nie można na niego zamknąć oczu, a nosa skryć pod gustowną maseczką, udając, że to taka moda przywieziona z Pekinu. Z roku na rok coraz boleśniej zaczynamy odczuwać skutki nieprzemyślanej w długiej perspektywie polityki urbanistycznej – dogęszczania, podwyższania, zabudowywania klinów napowietrzających. A że jesteśmy coraz bardziej przyduszeni, to i nasza percepcja zaczyna powoli szwankować i cieszymy się z kolejnych „towerów”, „cities” i innych deweloperskich wytworów (oraz z tego, że zamiast sprawlu mamy centrum jak w Szanghaju), zamiast pomyśleć choć przez chwilę o tym, że tytułowe pytanie niebawem nie będzie już brzmiało „czy?”, a „kiedy?”.

Zdjęcia: Piotr W. Bartoszek

Co sądzisz? Skomentuj!