Czy Pańska Skórka jest czerwona?

W ostatnich czasach coraz częściej pojawia się chęć rozliczeń, upolityczniania, stawiania tego po jednej stronie barykady, a tamtego po drugiej, odsądzania od czci i wiary oraz dekomunizacji ulic. Nasz blog, choć z założenia apolityczny, komentuje jednak lokalną, warszawską rzeczywistość, a ta w dzisiejszych, skrajnie upolitycznionych czasach, od wydarzeń o takim, czy innym kontekście wolna nie jest. Dyskutowaliśmy więc już na naszych łamach o tym, czy dekomunizować ulice, czy pozostać w szacunku dla ich „szemranych” w oczach niektórych osób patronów. I o tym, jakiego rodzaju trendy w nazewnictwie miejskim obowiązują od czasu przemian ustrojowych. Broniliśmy (i nadal bronimy) „PRL-owskich baraków”*. Na naszym fanpage’u, profilu instagramowym, czy w gościnnych komentarzach dla MetroWarszawa.pl zdarza się, że „uleje nam się” jeszcze bardziej.

Postronny obserwator może więc dość jasno zobaczyć jaskrawą czerwień, która przebija spod pozornie neutralnego (choć i tak podejrzanego ideologicznie!) skórkowego różu. A jak tenże obserwator wczyta się bardziej i znajdzie np. informacje o wege-restauracjach, czy elaboraty dotyczące cyklizmu, sprawa staje się wręcz oczywista.

Rzeczywistość wygląda jednak nieco inaczej. Nasz blog tworzony jest przez kilkunastoosobową ekipę. Każdy z nas ma swój własny punkt widzenia, każdy trochę inaczej odbiera otaczającą nas rzeczywistość. Potrafimy mocno różnić się w osądach nawet tych spraw, co do których zasadniczo się zgadzamy. To jednak, co łączy całą naszą redakcję, to szacunek dla warszawskiego dziedzictwa. Architektonicznego, (wielo)kulturowego, językowego i dowolnego innego. Warszawa jest miastem o niezwykle bogatej historii, której ślady, mimo wojennych zawieruch, wciąż można odnaleźć w materialnym i niematerialnym dziedzictwie stolicy. Ale – także dzięki aktywnej działalności różnej maści wrogów Warszawy – jest ich coraz mniej, coraz trudniej trafić na ich trop. Nie zamykamy się jednak w varsavianistycznym światku, nie skupiamy na (fajnych – lubimy je!) spacerach śladem „ginącej tradycji”. Zamiast tego głośno mówimy (i wyraźnie piszemy) o tym, dlaczego nie ma naszej zgody na zapominanie o tym, że Warszawa to miasto, w którym spotykały się różne tradycje, którego tożsamość i architektura zostały ukształtowane przez różne – mniej lub bardziej niesympatyczne – reżimy.

Pierwszy przykład z brzegu: niedawno kolejne dzielnice z radością świętowały setne rocznice włączenia w granice miasta stołecznego. Niektórzy organizatorzy obchodów wspominali półgębkiem o Hansie Hartwigu von Beselerze. Inni woleli nie pamiętać o tym, że trzykrotne powiększenie obszaru miasta zawdzięczamy pruskiemu namiestnikowi. Ale dlaczego nie mówić o tym głośno i wyraźnie? Kolejna ciekawostka – raczej smutna. Trwa remont wschodniej elewacji Trasy W-Z. Jak wiedzą co bardziej zainteresowani Warszawą czytelnicy naszego bloga, u stóp tych schodów widnieją od ponad półwiecza dwie pokryte patyną tablice, które upamiętniają zarówno architektów i budowniczych, jak i „czynniki decyzyjne” odpowiedzialne za powstanie tunelu pod Starym Miastem. Szczerze zastanawiam się, czy w toku dalszych prac remontowych tablice te nie „zginą”, aby ewentualnie po 20 latach odnaleźć się w magazynach muzeum w Kozłówce. Albo – co bardziej prawdopodobne – przepaść na złomowisku razem z pamięcią o budowniczych Warszawy.

Nie traktujmy historii naszego miasta wybiórczo. Pamiętajmy o Warszawie – wiosce rybackiej, o prawdziwym, istniejącym kiedyś mieście o nazwie Nowa Warszawa, o którego historii przypomina już tylko figurka panny z jednorożcem na nowomiejskim rynku. O Warszawie czasów zaborów, przedwojennych (dziś powiedzielibyśmy „deweloperskich”) planach zabudowy Pola Mokotowskiego (i o samym tym, jakie były jego początki i dlaczego niepoprawnie jest mówić o „polach”), a także o Warszawie podniesionej z ruin trudem władzy czerwonej jak cegła, którą te ruiny odbudowywano. Świadków pamięci jest wśród nas coraz mniej. Jednych z nich czcimy godnie pierwszego sierpnia, o innych wolelibyśmy (w ostatnim czasie to „wolelibyśmy” przeniosło się na szczebel państwowy) zapomnieć. A sztuką jest właśnie pamięć, bo miasto bez pamięci nie będzie miało tożsamości. A bez niej już naprawdę nie będzie sensu bronić się przed stworzeniem u nas „Dubaju Północy”.

*prawa do tego uroczego określenia oddajemy redaktorowi naczelnemu popularnego serwisu o inwestycjach, który lubuje się w jego wykorzystywaniu podczas internetowych dyskusji – niech więc ma „przez zasiedzenie”.

Co sądzisz? Skomentuj!